06:02 28 Wrzesień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
7505
Subskrybuj nas na

Uprawiana przez polski rząd technologia zarządzania nastrojami społecznymi opiera się na koncepcji kozy ewentualnościowej. Pamiętacie żydowską przypowieść o kozie, którą rabin kazał najpierw kupić, a potem sprzedać wiernemu, narzekającemu na ciasnotę w mieszkaniu?

Czasem wystarczy sam koncept zagrożenia kozą, żebyśmy poczuli się lepiej, kiedy kozia ewentualność zmaleje na horyzoncie. I taką ewentualną kozą rząd – a szczególnie min. Szumowski – potrząsają nam przed nosem. Co, paradoksalnie, wpływa na lud uspokajająco.

Nie czujecie się lepiej?

Można domniemywać, że jeśli rząd ma jakieś modele matematyczne, które przewidują wzrost zachorowań, to wzrost ów jest wyrażany w widełkach „od do”. Tymczasem prof. Szumowski, w swoim szlachetnym zatroskaniu, nieodmiennie raczy nas wersją maksimum.

12 marca rano, kiedy w kraju odnotowano 44 przypadki, minister informował red. Piaseckiego w TVN24, że „pewnie za tydzień, miejmy nadzieję trochę dłużej, będziemy dochodzili do takiej liczby osób zarażonych jak w innych krajach – czyli do tysiąca”. Tydzień później – 19 marca – przypadków było 355. Trzy razy mniej! Jak świetnie radzi sobie ten rząd!

17 marca, w piątek, prof. Szumowski mówił, że „na koniec tego tygodnia myślę, że to będzie 1500, może trochę więcej chorych. W następnym tygodniu to może być dobrych kilka tysięcy, jak nie dochodzenie do liczby 10 tysięcy”. Koniec tygodnia wypadał wspomnianego 19 – 355 przypadków – tydzień później, 26 marca, chorych było 1221. Normalnie byśmy się przestraszyli, ale przecież miało być 10 tysięcy.

W drugiej połowie marca ulubionym leitmotivem ministra była wizja wzrostu „co tydzień o jedno zero”: powtórzył to w „Gościu Wydarzeń” Polsatu 16 marca i w rozmowie z „Wprost” opublikowanej 22 marca, co namiętnie powielali wszyscy, począwszy od organów rządowych – PAP i TVP Info – a skończywszy na mediach jądra opozycji, takich jak  „Gazeta Wyborcza” i portal natemat.pl.

22 marca było 634 chorych, co oznacza, że – zgodnie z wizjami ministra – koniec miesiąca powinien przynieść 6-7 tysięcy. 31 marca było ich 2311. No i co, nie czujecie się od razu lepiej

Przyznajcie to, odetchnęliśmy z ulgą

I na tym nie koniec. W połowie marca plotka stugębna doniosła o zamykaniu miast wojewódzkich, podziale Warszawy na strefy, których nie będzie można opuszczać. Słyszeliśmy, że patrole będą chodzić po mieszkaniach i mierzyć ludziom temperaturę, a porządku na ulicach pilnować ma wojsko w czołgach.

Żeby było jasne – nie twierdzę, że rząd rozsiewał te plotki; nawet je dementował. Ale z drugiej strony – zręcznie brał udział w podnoszeniu temperatury lęków.

Konferencja Morawieckiego i Szumowskiego z 24 marca zaczęła się od długiego kazania premiera, który sięgnął nawet dziadków, którym jesteśmy winni troskę, bo walczyli w II wonie światowej. Kiedy w 10. minucie swego monologu Morawiecki doszedł do frazy: „...i przed nami ta bardzo trudna faza, ponieważ będą to ograniczenia, które będą dotyczyć każdego z nas, dotyczyć również życia codziennego” – zgromadzeni przed telewizorami obywatele gryźli palce z przerażenia, że władza zamknie ich w domu i zakaże wyściubiać nosa za próg, jak Włochom, Francuzom i Hiszpanom... Toteż kiedy okazało się, że można wychodzić do pracy, do sklepu, na spacer i do potrzebujących pomocy staruszków – i nikt tego w zasadzie nie kontroluje – wszyscy, przyznajcie to, odetchnęliśmy z ulgą.

Ostatnie zmiany były oczywistym podbijaniem bębenka

Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że rząd zauważył ten efekt i postanowił z niego skorzystać. Ostatnie zmiany, ogłoszone 31 marca, poprzedzone były oczywistym podbijaniem bębenka.

„Po ostatnim weekendzie widać, że na pewno należy wzmóc działania na rzecz przestrzegania już wprowadzonych przepisów, ale również trzeba rozważyć wprowadzenie dodatkowych regulacji i z tym będzie jutrzejszy komunikat pana premiera związany, natomiast o szczegółach to poinformuje sam pan premier” – orzekł złowieszczo minister Dworczyk.

Chcemy wprowadzić takie reguły, jak na zachodzie Europy – uzupełnił minister Błaszczak, jasno nawiązując do bezapelacyjnego aresztu domowego, w którym siedzą Włosi i okolica.

„Ten wirus się rozprzestrzenia mimo wprowadzonych restrykcji, więc myślę, że te restrykcje będą musiały być jeszcze poważniejsze” – straszył wicepremier Gliński. Rzecznik policji, inspektor Ciarka, przeleciał jak meteoryt przez wszystkie media, obiecując, że nowe obostrzenia będą, ale jakie to już powie sam pan premier.

Sam pan premier powiedział w poniedziałek w Senacie, że we wtorek powie, jak obostrzy. Internet zatrząsł się od spekulacji: zakażą wychodzenia ludziom po 75 roku życia. Nie, po 65. Zakażą wychodzenia na spacer dalej niż 100 metrów od domu. Zakażą oddalania się od miejsca zamieszkania dalej niż na kilometr...

Każdy, kogo stać, może wyjść po flaszkę

Wtorkowa konferencja prasowa szefów rządu i ministerstwa zdrowia zaczęła się podobnie, jak ta sprzed tygodnia – tylko tym razem premier monologował ponad kwadrans. I kiedy wreszcie doszedł do nowych rozwiązań – znów wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

Bo oczywiście życie nabrało nowych upierdliwości – zamknęli plaże i bulwary, kazali chodzić w szyku rozproszonym, nawet z tymi, z którymi żyjemy w sposób bardzo zwarty, będą dłuższe kolejki przed sklepami – ale w sumie, nadal zachowaliśmy wolność, która objawia się w tym, że każdy, kogo stać, może wyjść po flaszkę.

Zamknęli fryzjerów i manikiurzystki – którzy i tak byli już w miażdżącej większości zamknięci, a także hotele – co może być problemem dla hotelarzy, ale jakości życia ogółu społeczeństwa nie zmienia.
Najlepiej wyszli na nowych przepisach staruszkowie, który nie tylko nie zostali pozbawieni prawa wychodzenia z domów, ale nawet dostali na dwie godziny sklepy na wyłączność.
Jedyną  grupą, która naprawdę dostała po dupie są nieletni, którym zabroniono wychodzić bez starych – ale przecież nieletni nie głosują.

Czy tu kryje się strategia wyborcza?
Co oczywiście prowadzi nas do kluczowego pytania: czy wszystkie te gierki służą jedynie zarządzaniu tłumem – czy też kryje się na nimi strategia wyborcza? Inaczej mówiąc – czy w PiSie naprawdę wierzą, że 10 maja odbędą się wybory?

Polacy na obchodach Święta Niepodległości
© AP Photo / Alik Keplicz
Osobiście obstawiam, że tak naprawdę wierzy w to prezes i – na bazie zaparcia się w sobie –  jego najbliższa gwardia. Natomiast członkowie rządu posiadający lepszą orientację w rzeczywistości zdają sobie sprawę z tego, że to nieszczególnie niemożliwe – co wprost powiedział  (ni mniej, ni więcej tylko w TVN24!) wiceminister nauki, były minister zdrowia Wojciech Maksymowicz.

Pozytywna wiadomość jest taka, że przy absolutnie opętańczym uporze, jaki wykazuje w tej sprawie Jarosław Kaczyński, którego związek z rzeczywistością wyraźnie się rozluźnił – odwołanie wyborów może doprowadzić do pewnych przewartościowań w łonie partii rządzącej.

Wróg naszego wroga nie jest naszym przyjacielem, ale walka buldogów pod dywanem daje nadzieję na to, że się wzajemnie pokiereszują.

Wewnętrzna dekompozycja obozu dyktatorskiego to zawsze dobra wiadomość dla demokracji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

„Z szablami na czołgi!”: Setka lekarzy z koronawirusem. Polsko, przestań udawać
„Do urny nędzy”, czyli protest przeciwko wyborom – wideo
Gowin chce wyborów na wiosnę w przyszłym roku
Zaraza na naszą miarę
Wybory 2020: Zalecana opcja atomowa
Tagi:
PiS, Rząd RP, rząd, Andrzej Duda, wybory, wybory prezydenckie, koronawirus, Łukasz Szumowski, pandemia, epidemia
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz