05:47 27 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
9275
Subskrybuj nas na

Pytanie o to czy nadchodzące wybory prezydenckie się odbędą, jest pytaniem nie tylko o przyszłość Andrzeja Dudy, wpływ na rozprzestrzenianie się wirusa czy o międzynarodowe uznanie ich wyników. Dużo wskazuje na to, że będzie to ostatni akt potęgi Platformy Obywatelskiej jako jednej z dwóch głównych sił w polskiej polityce.

Dualizm, czyli jak mieszano beton

Polska przez prawie 20 lat była krajem, w którym scena polityczna ukształtowana była w sposób wyjątkowy jak na warunki europejskie i to zarówno w krajach zachodnich jak i tych leżących bardziej na wschód. Dominującą pozycję zyskały u nas dwie postsolidarnościowe partie odwołujące się do prawicowych idei. Konserwatywne Prawo i Sprawiedliwość i liberalna Platforma Obywatelska. Obie formacje zresztą długo zgodnie współpracowały np. w opozycji do rządów SLD-UP-PSL czy startując razem w Wyborach Samorządowych 2002. W każdym razie sytuacja ta była niespotykana nigdzie indziej.

W Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii, na Węgrzech, w Czechach czy na Słowacji, przez lata na samej „górze" rywalizowały ze sobą partie socjaldemokratycznej lewicy z konserwatywno-liberalną prawicą. Klasycznie liberalne partie były raczej języczkiem u wagi, jak FDP w Niemczech czy FPÖ w Austrii (teraz tę rolę, po przejściu FPÖ na prawo, pełni NEOS), Ciudadanos w Hiszpanii czy Liberal Democrats w Wielkiej Brytanii. Rzadko się zdarzało by formacja liberalna zyskiwała kluczową pozycję na scenie politycznej.

Platformie Obywatelskiej się to jednak udało jeszcze podczas rządów lewicy. SLD szybko traciło poparcie bo zamiast realizować socjalne obietnice, kontynuowało balcerowiczowski program gospodarczy. W tej sytuacji głównymi graczami opozycji zostały Samoobrona i właśnie PO. Pierwsza dystansowała rząd w wyścigu na społeczny radykalizm, druga była po prostu bardziej wiarygodna dla takiego programu i bez „postkomunistycznego obciążenia". A jednak w pewnym momencie na tory prospołeczne weszło także Prawo i Sprawiedliwość, neutralizując nieco Samoobronę i samemu urastając do roli dominanta. Wybory Parlamentarne 2005, 2007, 2011 i 2015 to były starcia PiSu i PO. Obie partie dryfowały zresztą w przeciwną stronę. Jarosław Kaczyński wyciągał rękę do środowisk bardziej prawicowych, włącznie z nacjonalistycznymi, Platforma Obywatelska co jakiś czas otwierała się na lewo, wciągając w swoją orbitę m.in. takie postacie jak Grzegorz Napieralski czy Bartosz Arłukowicz.

Haker przy komputerze
© Fotolia / Yeko Photo Studio
Na co warto zwrócić uwagę – tego duopolu nie potrafił rozbić nikt z zewnątrz. Inicjatywy Janusza Palikota czy Pawła Kukiza okazywały się niewiele znaczącymi epizodami polskiego parlamentaryzmu. Rozłamowcy z PiS lub PO albo kończyli na pierwszym wirażu, albo wracali z podkulonym ogonem do partii-matek. Tak było z „liberałami PiSu" z PJN (których część skończyła w PO), tak było i z „radykałami PiSu" od Zbigniewa Ziobry którzy po nieudanej przygodzie wrócili na stare śmieci. Nowoczesna Ryszarda Petru w pewnym momencie mogła zmienić tę sytuację efektem świeżości, ale kolejne przebłyski intelektu jej lidera okazały się być dla niej dobijające. Resztówka skończyła w PO. Z kolei "prawica PO" pod batutą Gowina znalazła się w PiS, a gdy niedawno próbowała podskoczyć, lider dostał po uszach i grzecznie przeprosił za rozbijactwo, zapominając o własnym honorze.

„Zmiany, zmiany, zmiany" czyli beton kruszeje

Wybory
© Depositphotos / Vchalup2
Karta jednak przestała iść „gdańskim liberałom", gdy centrala przeniosła się do Wrocławia. Przywództwo Grzegorza Schetyny to pasmo ciągłych porażek i szklany sufit. Oczywiście to nie przez Schetynę PO przegrała w 2015 roku, ale to pod jego kierownictwem nie potrafiła dyskontować kolejnych wpadek PiSu. A przecież ostrzeżeń było mnóstwo. Lider Platformy Obywatelskiej chyba w każdym sondażu odnotowywał rażąco niskie zaufanie społeczne. Można mniemać, że sytuacja w partii była podobna do tej z Grudnia 1970 która spotkała PZPR, mianowicie nie było odważnego by powiedzieć Przewodniczącemu „musisz odejść". Ale to w każdym razie oznacza, że PO utraciła swoją zdolność do samokrytyki i mobilnych, oddolnych zmian. Do pieca dokładał z boku jeszcze Donald Tusk, który miał wjechać na białym koniu niczym gen. Anders, a ostatecznie nie przybył nawet furą i został na bezpiecznej posadce w Brukseli.

Pałac prezydencki w Warszawie
© Sputnik . Igor Zarembo
Zdaje się, że Platformie Obywatelskiej umknęło pewne zjawisko, mające miejsce od kilku lat w Europie czyli popularność prawicowego populizmu, związana z kryzysem uchodźczym dotyczącym w mniejszym lub większym stopniu całej Unii Europejskiej. Partie chadeckie, do których PO formalnie należy, dość szybko zorientowały się iż „polityka otwartych drzwi" staje się dla nich nie do utrzymania i by zatrzymać przyrost prawicowego nacjonalizmu, same muszą przejść nieco w prawo. Grzegorzowi Schetynie zdarzyło się zresztą to zapowiedzieć, ale jednocześnie wciągał do współpracy centrolewicowe: Inicjatywę Polską Barbary Nowackiej czy Zielonych. W Europie jednak wyglądało to inaczej. Sceptyczną wobec masowych imigracji agendę przyjęły niemiecka CDU (pod wpływem nacisków swojej bawarskiej „siostry" CSU), austriacka ÖVP, hiszpańska Partido Popular, czy wreszcie Conservative Party w Zjednoczonym Królestwie. Tam gdzie to nie miało zaś miejsca, wzrastała na prawicy popularność ruchów nacjonalistycznych jak np. we Włoszech gdzie ciągle zyskują Lega i Fratelli d'Italia kosztem tradycyjnej prawicy Silvio Berlusconiego.

Najlepszym dowodem na brak refleksji w PO jest zaś kandydatura Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Pewnie swoje robi też żenująca kampania wyborcza z neofeudalnym zachwytem nad „więzami krwi" kandydatki, które kazały jej przodkom walczyć pod Grunwaldem po obu stronach czy ogólny brak charyzmy tej polityk, ale fakt pozostaje faktem: Małgorzata Kidawa-Błońska najpewniej przegra z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, a może i z Szymonem Hołownią i nie wejdzie do drugiej tury, a to oznaczać będzie utratę znaczenia tej formacji jako głównego członu koncesjonowanej opozycji wobec PiS.

Natura pustki nie lubi, czyli ponowne stawianie betonu

Nie jest jednak tak, że po Platformie Obywatelskiej zostaną zgliszcza, a PiS będzie rządzić już zawsze. Co to to nie. Do rangi kluczowej formacji urosnąć może w kilka lat Polskie Stronnictwo Ludowe, które zmienia się tak kadrowo jak i ideowo dokładnie tak jak wymagają tego trendy. Po pierwsze już sam Kosiniak-Kamysz wydaje się być kandydatem rozsądnym i będącym do przełknięcia także dla sporej części konserwatywnego elektoratu Andrzeja Dudy. Po drugie zmęczone twarze Marka Sawickiego i Janusza Piechocińskiego zastępują młodzi i ambitni w typie Miłosza Motyki. Po trzecie PSL deklaruje konserwatywny zwrot i ma zdolność przyciągania co pokazuje sojusz z euroentuzjastami z UED czy wchłonięcie resztek Kukiz'15 wraz z jego liderem. Tak oto partia, która wydawała się być tylko melodią przeszłości związaną z bogatą tradycją chłopską w polskiej kulturze narodowej, okazuje się mieć wszelkie instrumenty ku temu by wrócić na pozycję jaką miała przed i po II wojnie światowej czy w latach 90-tych XX wieku. A przecież PSL ma także podstawy ku temu by przyciągać do siebie choćby środowiska zorientowane prorosyjsko, jest bowiem jedyną istotną w dzisiejszej Polsce formacją, dostrzegającą geoekonomiczną konieczność dobrych relacji z Federacją Rosyjską. Nic też nie stoi na przeszkodzie by ludowcy stali się w parlamencie reprezentacją drobnych przedsiębiorców czy samozatrudnionych cierpiących na chroniczny brak politycznej emanacji.

Nadchodzący w związku z „pandemicznym paraliżem gospodarki" kryzys ekonomiczny, z całą pewnością uderzy w Polskę dużo mocniej niż ten z 2008 roku. Uderzy także w rząd jak to zwykle w takich sytuacjach bywa. PiS postępuje coraz bardziej chaotycznie i już pojawiają się symptomy zmęczenia zarówno formacją rządzącą jak i samym Andrzejem Dudą. Jeżeli w jakiś sposób obecny prezydent zostanie jeszcze dociśnięty butem na kolejne lata, to może to i tak nie uratować PiSu, którego nawet sam przywódca przestaje mieć kontakt z rzeczywistością co mogliśmy obserwować podczas 10. rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. Tych potknięć nie jest już w stanie wykorzystać Platforma Obywatelska ze swoją liberalną agendą, która nie dotrze do obstającej jeszcze za PiS prowincji. Nie dotrze to też do klasy pracującej w wielkich miastach, które za chwilę będą zmagać się z bezrobociem i pauperyzacją.

Jeżeli więc PO w ogóle pozostanie na scenie politycznej tj. uchroni się przed dekonstrukcją po utracie pozycji dominanta na scenie politycznej, to może być już tylko partią około dziesięcioprocentową, reprezentująca klasę średnią, menedżerów czy ogólnie pojęte drobnomieszczaństwo, z okazyjnym wsparciem celebrytów, zawsze mających „liberalne odchylenie". Może być jednak niezwykle trudno liderom PO przeżyć taki upadek i całkiem prawdopodobne że skończy się to przetasowaniami w samej partii jak i całym środowisku. Wydaje się jednak, że „polska FPD" to i tak najbardziej optymistyczny ze scenariuszy stojących przed liberałami. Polskim Sebastianem Kurzem może zaś zostać Władysław Kosiniak-Kamysz, ale to już temat na osobną analizę.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Sejm przyjął budżet na 2020 r. Bez deficytu
Korwin: Sejm nie powinien zajmować się wypowiedzią Putina
Jak pożary w Czarnobylu wpływają na Polskę?
Nieoficjalnie: Platforma Obywatelska ma nowego szefa
Boty i fake konta w Platformie Obywatelskiej
Tagi:
Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Sejm RP, sejm, geopolityka, polityka, Warszawa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz