08:30 13 Lipiec 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
21547
Subskrybuj nas na

Waszyngton opracował strategię wyparcia Rosji z międzynarodowego rynku energii atomowej, żeby uzyskać przywództwo w tej sferze. Amerykanie planują działać na czterech kierunkach jednocześnie. Jakie przewidzieli środki i na ile realne są ich plany?

Idą Rosjanie

„Upadek amerykańskiej bazy przemysłowej w energetyce jądrowej, jaki dokonał się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, zagroził interesom narodowym i bezpieczeństwu państwowemu” - twierdzi sekretarz energii USA Dan Brouillette. Z dokumentu, przygotowanego przez jego resort, wynika, że rząd planuje zerwać z zależnością od wzbogacania uranu za granicą i wyjść na rynki, na których teraz dominują rosyjskie spółki państwowe.

Rosja wzmacnia swoje gospodarcze i zagraniczne wpływy na całym świecie, realizując zagraniczne zamówienia na reaktory na sumę 133 miliardów dolarów. Moskwa planuje sfinansować budowę ponad 50 reaktorów w 19 krajach - podkreślają autorzy dokumentu.

Światowy rynek reaktorów jądrowych w ciągu najbliższych dziesięciu lat oceniany jest na 500-740 miliardów dolarów, stawką są więc ogromne pieniądze.

Departament Energii proponuje działać na czterech kierunkach. Po pierwsze - „zwiększyć wydobycie i przetwórstwo uranu i przywrócić cały jądrowy cykl paliwowy”. W budżecie na 2021 rok sugeruje zarezerwowanie 150 milionów dolarów na zakup uranu wydobytego w Stanach Zjednoczonych i tworzenie zapasów surowca jądrowego.

Brak kompetencji

Kolejne dwa kierunki to „wykorzystanie amerykańskich innowacji technologicznych i inwestycji w celu wzmocnienia amerykańskiego przywództwa w dziedzinie nowej generacji technologii jądrowych” i „zapewnienie rozwoju sektorowi energii jądrowej – spółkom górniczym, uczestnikom cyklu paliwowego i dostawcom reaktorów”.

Mgliste sformułowania mają na celu zamaskowanie tej okoliczności, że szanse na technologiczne dogonienie Rosji w sferze atomowej są bliskie zeru. Na co w swoim czasie zapracował „Rosatom”.

Amerykański przemysł atomowy zderzył się z problemami już w latach 80. Tak się już historycznie złożyło, że w USA uran wzbogacano w oparciu o mało skuteczną i drogą metodę dyfuzyjną, a w ZSRR – w centryfugach, zużywających 50 razy mniej energii.

Dlatego od razu po zakończeniu zimnej wojny Amerykanie przeszli na rosyjski wzbogacony uran – 12-krotnie tańszy. Dostawy rozpoczęte już w 1987 roku przez radziecki „Tiechsnabeksportom” stale rosły.

Nadwyżki radzieckiego nisko wzbogaconego uranu szybko się wyczerpały, za to za sprawą redukcji arsenału broni atomowej Rosja znalazła się w posiadaniu 500 ton wolnego wysoko wzbogaconego uranu, pozyskanego ze zdemontowanych pocisków atomowych. Pojawił się pomysł, aby go „rozcieńczyć”, przekształcając w paliwo dla amerykańskich elektrowni atomowych.

W 1994 roku Rosja i USA podpisały kontrakt, dotyczący przetworzenia wysoko wzbogaconego uranu na paliwo dla elektrowni atomowych (dedykowaną technologię opracowali specjaliści Uralskiego Kombintatu Elektrochemicznego). W 2013 roku strony zawarły nowy kontrakt, tym razem dotyczący wzbogacania w Rosji amerykańskiego uranu.

Wyłonił się wprawdzie problem natury prawnej: dostawy uranu naturalnego z USA do Rosji były zakazane amerykańskimi przepisami. Waszyngtońscy urzędnicy znaleźli świetne rozwiązanie: zorganizowali przejęcie przez Rosatom kanadyjskiej firmy Uranium One, zajmującej się wydobyciem w kopalniach w Australii, Kanadzie, Kazachstanie, RPA, Tanzanii.

W rezultacie Rosatom uzyskał nie tylko kanał umożliwiający mu handel z USA z pominięciem ograniczeń, ale też ogromną bazę surowcową.

Mało tego. Z uwagi na to, że przez okres kilkudziesięciu lat lwią część zapotrzebowania amerykańskich elektrowni atomowych na usługi wzbogacania uranu zapewniał „Tiechsnabeksport”, Amerykanie utracili praktycznie związane z tą sferą umiejętności. Korporacja Westinghouse zmuszona jest więc napełniać elementy paliwowe reaktorów bądź europejskim uranem, zakupowanym od brytyjsko-niemiecko-holenderskiego koncernu URENCO, bądź rosyjskim, dostarczanym przez „Tiechsnabeksport”.

Przejście na samowystarczalność pod względem zaopatrzenia w paliwo jądrowe musi się więc wiązać dla Stanów Zjednoczonych ze znacznymi nakładami czasowymi i pieniężnymi, a także z koniecznością rozwiązania masy problemów, i to nie tylko natury technicznej.

Jeden ma związek z tym, że wydobycie uranu jest działaniem nad wyraz nieekologicznym, wymagającym ogromnych ilości trujących środków chemicznych. W związku z czym realizacja planów Departamentu Energii bez wątpienia zderzy się z protestami mieszkańców i ruchów ekologicznych.

Drogi „atom wolności”

Dlatego główny kierunek amerykańskiej strategii jest inny. Jest nim „eksport technologii jądrowych do celów pokojowych”, któremu Waszyngton nadaje znaczenie „ogólnopaństwowe”. Mówiąc prościej, Waszyngton zamierza promować swoje reaktory atomowe w taki sam sposób, w jaki narzuca dziś gaz ciekły – drogą presji dyplomatycznych i sankcji przeciwko tym państwom i firmom, które postanowią współpracować z Rosją.

Tutaj, jak i w sferze gazowej, Amerykanie mogą śmiało liczyć na swoich wiernych wasali – Polskę i Ukrainę. Kijów i Warszawa zawarły już wieloletnie kontrakty na zaoceaniczny LNG i z łatwością oddadzą w ręce Waszyngtonu energetykę atomową. Amerykańskie zestawy paliwowe stoją już w Południowoukraińskiej i Zaporoskiej Elektrowniach Atomowych, a we wrześniu ubiegłego roku ukraiński „Energoatom” podpisał z Westinghouse memorandum o dostawach do innych elektrowni atomowych.

Procesor kwantowy
© Fotolia / Tomasz Zajda
Jesienią Polska ogłaszała, że w nadchodzących dziesięciu latach planuje zbudować sześć reaktorów atomowych i można być pewnym, że te zamówienia trafią się Amerykanom.

Ponadto, wykorzystując presję polityczną, Waszyngton z pewnością wymoże na Arabii Saudyjskiej budowę elektrowni atomowej w tym kraju. Rijad zorganizował przetarg i w drugim etapie na czołową pozycję wysunął się „Rosatom”. Być może właśnie to skłoniło Amerykanów do tego, by w trybie pilnym powstrzymać Rosję w sferze atomowej.

Bez presji politycznej szans na realizację nowej strategii USA po prostu nie mają, bo Rosatom na wszystkich płaszczyznach nie ma sobie równych. Przekonać się o tym nietrudno na przykładzie tejże Ukrainy. Jak wynika z danych Importgenius, strony rejestrującej międzynarodowe operacje eksportowe i importowe, w ubiegłym roku Westinghouse sprzedał ukraińskiej spółce Energoatom elementy paliwowe dla elektrowni atomowych o wartości 996 tysięcy dolarów za sztukę. W tym samym czasie Rosatom dostarczył Chmielnickiej Elektrowni Jądrowej zestawy paliwowe za 675 tysięcy – o niemal jedną trzecią taniej.

Nadmienić trzeba przy tym, że stosowane przez Westinghouse wzbogacenie uranu waha się w granicach między 3,48 a 3,82%, TVEL natomiast wzbogaca go do poziomu 3,99-4,38%. Innym słowy, rosyjskie zestawy paliwowe mają większą moc. Nawet zachodni eksperci uznają przewagę Rosatomu.

„Co się tyczy rosyjskich technologii atomowych, to one są najbardziej sprawdzone i niezawodne” - wskazuje przewodniczący Specjalnej Komisji ds. Energetyki i Zmian Klimatu Izby Gmin parlamentu Wielkiej Brytanii Tim Yeo.

Ponadto Rosjanie oferują wybór lokalizacji ogniw łańcucha dostaw, a także pełny program szkoleniowy dla miejscowych pracowników i operatorów. Inni dostawcy nie mogą zaoferować takiego pakietu usług.

Ale kogo obchodzą takie „drobnostki”, kiedy Waszyngton chce zarobić, a wierni satelici gotowi są ponieść wszelkie straty, byle tylko zrobić Moskwie na złość.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polska i Japonia zamierzają wspólnie wybudować reaktor jądrowy
Energia atomowa w Europie i polskie scenariusze transformacji gospodarki
Rosja: rusza budowa najpotężniejszego lodołamacza na świecie
Tagi:
elektrownia atomowa, Rosatom, Rosja, USA
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz