18:29 10 Sierpień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
18264
Subskrybuj nas na

Wypowiedź Prezydenta Andrzeja Dudy na spotkaniu z mieszkańcami Bytowa, podczas której nazwał część sędziów „komuchami”, to nie tylko narracja partii rządzącej w stosunku do tej konkretnej grupy zawodowej, ale element większej całości – mitu III Rzeczypospolitej.

Komunista dobry na wszystko

Słowo „komuch” jest dzisiaj terminem-wytrychem, odnoszącym się do konkretnych osób, które miały rzekomo w PRL sprawować funkcje lub wykonywać zadania „niegodne Polaka”. Nie ma ono już zbyt wiele wspólnego z komunizmem jako ideą, chyba że faktycznie ktoś wierzy, iż ludzie na stanowiskach w Polsce Ludowej byli przekonanymi komunistami. O tym, że jednak nie byli świadczy wszakże historia końca PRL, kiedy to przecież z inicjatywy „komunistów” restytuowano w Polsce kapitalizm, a „komuniści” całkiem dobrze sobie w nim radzili.

Należy jednak wspomnieć, że nazywanie tak nawet komunisty byłoby czynem niegodnym Prezydenta RP. Czy Andrzej Duda zaakceptowałby bez problemu, gdyby ktoś zwrócił się do niego per „konserwo”? Oczywiście przy tego rodzaju analogiach zawsze pojawia się chór krzykaczy odmawiających komunistom prawa do równego udziału w debacie publicznej ze względu na „miliony ofiar komunizmu”, ale to argument zupełnie nietrafiony biorąc pod uwagę liczbę ofiar na całym świecie, które na koncie mają konserwatywni przywódcy państw w konkretnych czasach. Już więc sam język prezydencki jest nacechowany pogardą, choć tego oczywiście nikt nie zauważy.

W Polsce w każdym razie „komunizmem” zdążono już nazwać wszystko i wszystkich co w danym momencie było uznawane za „złe”. Komunistą miał być Stanisław Piotrowicz, bo w PRL był prokuratorem, Jarosław Kaczyński bo niespecjalnie przejmuje się konstytucją, ale z drugiej strony też sędziowie Sądu Najwyższego, bo sądzili w stanie wojennym, a teraz z kolei Rafał Trzaskowski, bo rzekomo jego matka na kogoś coś napisała, a on sam popiera ruchy LGBT, które choć od marksizmu stoją bardzo daleko, to jednak przez prawicowych publicystów bywają nazywane „neomarksistowskimi”.

Casting na komunistę

Zasada, według której w Polsce można zostać nazwanym „komunistą”, jest bardzo prosta. Na poziomie biograficznym wystarczy zrobić cokolwiek w PRL, np. wykształcenie, już nie mówiąc o sprawowaniu państwowej funkcji. Na poziomie ideowym wystarczy nie być klinicznym rusofobem lub powiedzieć coś dobrego o czasach Polski Ludowej. No i przede wszystkim – trzeba być z obozu przeciwnika. Co gorsza, ludzie się naprawdę na to nabierają.

A przecież gdyby chcieć być konsekwentnym – skoro komunistami są wykształceni w PRL sędziowie, to dlaczego nie wykładowcy? Czy autonomia uczelni była jakaś większa niż sądów? Sami sprawiedliwi i jeden Jarosław Kaczyński przeszedł komunistyczne sito? Ale idźmy dalej, po co się ograniczać. Może komuniści to po prostu wszyscy beneficjenci ustroju PRL? Łącznie z Andrzejem Dudą w komunistycznym harcerstwie? W szkołach nadzorowanych przez komunistów? Po co uczyć się jakiejś bolszewickiej matematyki i czytać marksistowskie lektury? Trzeba było chwycić broń i iść do lasu!

A co z lekarzami leczącymi, np. żołnierzy radzieckich? Co z pilotami latającymi do ZSRR? Co z taksówkarzami wożącymi członków partii? A bazarki i kobiety handlujące czerwonymi truskawkami? Będąc konsekwentnym, biorąc pod uwagę naturalną wymianę ludności na przestrzeni 30 lat, komunistami byłoby w takim razie około 70% społeczeństwa. Większość suwerena, który wybrał Prawo i Sprawiedliwość oraz Andrzeja Dudę do władzy?! To w takim razie PiS jest partią komunistyczną, a Andrzej Duda nowym Leninem?

Dostawa świeżych komunistów

Dowcip tkwi jednak w niezaprzeczalnym, a surowo cenzurowanym fakcie – wszyscy, poza jakąś garstką sanacyjnych bankrutów i pasożytujących ziemian, byliśmy beneficjentami PRL. Bardzo wątpliwe czy w rzeczywistości Polski przedwrześniowej Andrzej Duda w ogóle skończyłby szkołę, a już o jakimkolwiek wyższym wykształceniu mógłby co najwyżej pomarzyć. Nie mówiąc przecież o tym, że obecny Prezydent RP, choćby po losach własnej rodziny, powinien doskonale zdawać sobie sprawę, że bez sześciuset tysięcy poległych żołnierzy radzieckich, miałby nawet niewielkie szanse się urodzić.

Obóz rządzący rozkochał się w ostatnich latach w sprawdzaniu biografii swoich politycznych przeciwników. Powstały nawet książki typu „Resortowe dzieci”, które zresztą napisały… resortowe dzieci. Zagrajmy więc w tę grę: brat dziadka prezydenta, Franciszek Duda, od 1943 roku walczył w szeregach Armii Krajowej. Został zamordowany przez Gestapo w tarnowskim więzieniu. Prababcia Andrzeja Dudy, Joanna z domu Mrozowska, została wywieziona w czasie II wojny przez Niemców i jej losy są nieznane. Syn Nikodema Milewskiego, dziadka prezydenta, Lech, jako szesnastolatek walczył w Powstaniu Warszawskim. Następnie został osadzony w obozie koncentracyjnym Auschwitz, a później także w Mauthausen-Gusen. W następnym pokoleniu, ojciec Andrzeja Dudy, został już doktorem w Instytucie Nafty i Gazu. Oczywiście w Polsce Ludowej. Komunista?

Nie godzi się pierwszemu obywatelowi Rzeczypospolitej na tak wybiórcze podejście do historii własnego rodu i narodu. Nie godzi się Prezydentowi RP podsycać negatywne emocje wobec jakiejkolwiek Polaków. Nie godzi się wreszcie osobie na takim urzędzie rozpętywać antykomunistycznej histerii, która specjalnie nie wybiera i uderzyć może każdego, tylko nie tej garstki faktycznych komunistów, którzy się w Polsce ostali. I miejmy nadzieję, że tego rodzaju występy się już nie powtórzą, niezależnie od tego czy Andrzej Duda pozostanie prezydentem na kolejną kadencję.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Andrzej Duda pewniakiem w wyborach?
Więcej amerykańskich żołnierzy w Polsce? Prezydent Duda komentuje
Duda o podpisaniu Karty Rodziny: Zobowiązuję się chronić rodziny i dzieci przed ideologiami
Tagi:
prezydent, Andrzej Duda, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz