05:40 23 Wrzesień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Polska walczy z COVID-19 (99)
17153
Subskrybuj nas na

Podjęto decyzję o zamknięciu 12 kopalń. Żaden rząd dotąd nie poważył się na taki zamach na górników. Niektórzy specjaliści sugerują, że jest to czas na zastanowienie się, czy wszystkie kopalnie muszą fedrować. Niestety, polskie górnictwo wypełnia dziś kryteria upadłości. Ale taka ocena nie przejdzie przez gardło politykom.

Już kilka tygodni temu Jerzy Markowski, wybitny ekspert górniczy, były minister, publicznie sugerował wstrzymanie wydobycia we wszystkich kopalniach węgla kamiennego. Po co narażać górników na nieuniknione zakażenia, kiedy na hałdach leżą miliony ton węgla – pytał. No właśnie...

Dopiero, kiedy Śląsk stał się regionem o największym występowaniu pandemii, kiedy wykryto wirusa u ponad 4 tysięcy górników, posłuchano fachowców i medyków. Jedynym sposobem zduszenia pandemii w tym regionie jest zamknięcie największych zakładów na kilka tygodni. W kopalniach i ich otoczeniu pracuje prawie 60 tysięcy ludzi...

Polski węgiel jest za drogi

Hałdy w tym roku tylko rosną. I to mimo ministerialnego zakazu sprowadzania do państwowych elektrowni węgla z zagranicy. Tyle, że elektrownie zużywają dziś dużo mniej węgla, bo prądu trzeba znacznie mniej – stoi przemysł. Więc w maju zapas na hałdach to 7,7 mln ton gdy w lutym „tylko” 7,1 mln.

Dla porównania: rok temu na hałdach leżało 2,8 mln ton węgla. Wydobycie w kopalniach jednak wciąż rośnie, a sprzedaż maleje. W kwietniu 2019 kupiono 4,9 mln ton, dziś niecałe 4 mln. Po prostu polski węgiel jest za drogi.

Podstawowa struktura górniczo-energetyczna jest taka, że państwowe elektrownie są właścicielami państwowych kopalni, od których muszą kupować paliwo. Ale to pachnie samobójstwem dla, teoretycznie, pracujących dla zysku spółek handlowych – dlaczego mają przepłacać za drogie wydobycie? Jeśli tak, to muszą podnosić ceny za sprzedaż energii elektrycznej, a to grozi awanturą społeczną.

Rząd miał tego świadomość i dlatego obiecywał, że owszem ceny za prąd wzrosną, ale będą też rekompensaty. Tyle, że nie wiadomo jakie i kiedy wypłacane – wspominano o jakimś mglistym terminie w przyszłym roku. Ale oczywiście większość szefów sektora energetycznego wolałaby pracować w normalnych warunkach rynkowych, a tu kwestia ceny paliwa jest kluczowa. Czyli wracamy do importu.

Wariactwo? Nie, rachunek ekonomiczny

Kiedyś Polska wydobywała nawet 200 mln ton węgla kamiennego i eksportowała ponad trzecią część tego. Często po kosztach, bo chodziło o zdobywanie dewiz. Dziś górnicy wywożą ok. 60 mln ton, a eksport, w ubiegłym roku to ok. 4 mln – najmniej od 15 lat. Z miesiąca na miesiąc jest gorzej, eksperci mówią wręcz o kompletnej zapaści sprzedaży zagranicznej. I nic dziwnego skoro w grudniu polski węgiel energetyczny kosztował 265 zł za tonę, a w portach bałtyckich można było kupić paliwo za mniej niż 170 zł. No i te oferty zagraniczne...

W 2019 r. sprowadziliśmy 16 mln ton, z czego z Rosji ok. 11 mln. Z powodu protestów górników o 2 mln ton mniej niż rok wcześniej.

Choć Rosjanie chcą za tonę 78 euro, a polskie kopalnie grubo powyżej 100. Skutek jest taki, że w ubiegłym roku kupowaliśmy tańszy od rosyjskiego surowiec z Indii i Norwegii, ale też z Kazachstanu, USA, Kolumbii, a nawet Australii. Wariactwo? Nie, rachunek ekonomiczny.

Dobry węgiel kazachski czy kolumbijski kosztował niecałe 90 euro za tonę, a podobny polski niemal 130 euro.

Rządowe zakazy nie poprawiły sprzedaży polskich kopalń

Zatem mimo zaleceń rządowych spółki skarbu państwa (czytaj huty i elektrownie) sprowadziły w pierwszym kwartale 450 tys. ton węgla koksowego i 250 tys. ton energetycznego. Choć to już mniej – rok temu kupiono takiego paliwa ponad milion ton. I ze wszystkich wyliczeń wynika, że rządowe zakazy nie poprawiły w żaden sposób sprzedaży polskich kopalń. Bo przecież różne typy węgla importują też małe i duże firmy prywatne – i huty i składy dla odbiorców indywidualnych.

W kraju największe kontrowersje wzbudza import z Rosji. Ciekawymi spostrzeżeniami na ten temat dzielił się na łamach prasy Iwan Gepting, prezes KTK Polska. Statystycznie w pierwszym kwartale tego roku przywóz węgla z Rosji zmniejszył się o ponad 50 proc., a naszej firmy o 66 proc. – mówił. Sprzedaż też znacznie zmalała. Obecnie nie widzimy sensu dostaw surowca i robienia zapasów. Rosyjska strategia zwiększania wydobycia odsunie się w czasie – podsumowywał.

Wstrzymanie wydobycia? Likwidacja czy „uśpienie”kopalń?

Rządzący jednak nie do końca posłuchali lekarzy i specjalistów. Wciąż kombinują, które kopalnie zamykać, a które po badaniach górników na wirusa można otwierać. To wzbudza różne, najczęściej nieprzychylne komentarze i spekulacje. Bo nie chodzi tu, przynajmniej zdaniem związkowców górniczych, o chwilowe wstrzymanie wydobycia, ale o likwidację niektórych zakładów wydobywczych.

Chyba mają trochę racji, a plotki i niedomówienia robią swoje. Np. taka o „uśpieniu” kopalni „Janina” w Libiążu i „Brzeszcze”, o której była premier Beata Szydło, sąsiadka kopalni, mówiła, że nigdy nie będzie zlikwidowana. Tylko nikt nie wie, co to ma być „uśpienie”.

W kopalni „Pniówek” i „Zofiówka” odnotowano najwięcej zakażeń i powinny natychmiast być zamknięte. Ale tam wydobywa się najlepszy węgiel koksujący. Zamknięto więc „Budryka” i „Knurów-Szczygłowice” z tej samej spółki węglowej, bo tam wydobywa się tylko gorsze paliwo dla elektrowni. Poważni specjaliści nie chcą tego komentować...

Niechęć do Śląska

Następna afera to obietnica wypłaty górnikom zamykanych kopalni stu procent wynagrodzenia za kwarantannę. I tu, o dziwo sami związkowcy protestują. Po pierwsze pensje będą musiały wypłacać kopalnie, które już są zadłużone, a dług się powiększy, bo nie ma wydobycia – to prowadzi do upadku. Po drugie: tylko w tej branży mają być takie przywileje, więc w kraju narasta fala oburzenia. To wyraźnie odbija się na opinii o Śląsku i bezpośrednio górnikach. Nawet tak dalece, że turyści raczej nie palą się, aby odwiedzać ten region. Na ile ze strachu przed zarazą, a na ile z niechęci do społeczności otrzymującej specjalne profity – trudno powiedzieć.

Sytuacja w polskim górnictwie węgla kamiennego nie jest wesoła. Stworzenie na siłę konglomeratów łączących kopalnie z elektrowniami wyraźnie szkodzi tym ostatnim. Ale to osobny temat. Teraz trzeba rozwiązać dylemat kopalni na „postojowym”.

Oczywiście, z technicznego punktu widzenia nie można zamknąć kopalni na dłużej niż trzy tygodnie. A mówiąc prawidłowo: na taki czas można zatrzymać wydobycie. Przez te dni pod ziemię musi jednak zjeżdżać jedna dziesiąta pracowników, aby obsługiwać pompy odwadniające, wentylatory przewietrzające wyrobiska, urządzenia do likwidacji zabójczego metanu.

Także, aby sprawdzać, czy wszystko się nie wali, bo głęboko pod ziemią skały „pracują” i trzeba pilnować jak to robią.

Czyżby przedwczesny koniec kopalń?

Niektórzy specjaliści sugerują, że jest to czas na zastanowienie się, czy wszystkie kopalnie muszą fedrować. Tym bardziej, że górnictwo ma dziś, per saldo, 14 mld zł zobowiązań; to jakieś 70 proc. rocznych przychodów sektora. To niestety, zdaniem ekonomistów, wypełnia kryteria upadłości. Ale taka ocena nie przejdzie przez gardło politykom.

Liczą na wsparcie Unii Europejskiej, zapominają chyba jednak, że Unia da pieniądze tylko na wspomożenie likwidacji wydobycia węgla kamiennego. I tu znów zaskoczenie, cytat z wypowiedzi prasowej Krzysztofa Stanisławskiego, szefa związku Kadra Górnictwo: Myślałem, że część kopalń pociągnie jeszcze 10-15 lat, ale rozwój nowoczesnych technologii uzyskiwania energii elektrycznej to spadek zapotrzebowania na węgiel i koniec tych kopalń już za kilka lat...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Polska walczy z COVID-19 (99)

Zobacz również:

Polski ekspert: Mamy możliwość importu węgla z różnych kierunków, co może się okazać zbawienne
12 kopalń na Śląsku wstrzymało wydobycie. Związkowcy przeciwni
Tagi:
kopalnia, epidemia, surowce, węgiel, Unia Europejska, Polska, koronawirus, ekologia
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz