07:06 20 Wrzesień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Wybory prezydenckie 2020 (102)
2192
Subskrybuj nas na

Kampania przed wyborami prezydenckimi zbliża się do końca. Różnice między kandydatami bywają znaczne, ale niekoniecznie tam, gdzie Prezydent RP ma formalnie coś do powiedzenia.

Duda albo nieDuda

Przede wszystkim należy sobie powiedzieć jedno. O ile nie stanie się coś nieprzewidzianego na ostatniej prostej kampanii, wybory będą w zasadzie plebiscytem. Prezydentem będzie nadal albo Andrzej Duda albo ktoś inny. Poparcie dla obecnego prezydenta jest na tyle wysokie i stabilne, że trudno wyobrazić sobie scenariusz w którym nie wchodzi on do drugiej tury. Konkurencja walczy ze sobą o drugie miejsce, które takiemu zwycięzcy pozwoli być „nieDudą” i w drugiej turze apelować o głosy wszystkich pozostałych kandydatów.

W tak ujętej definicji wyborów prezydenckich, na pierwszy plan wysuwają się proste emocje i odruchy Polaków. Stopień utożsamienia się z Prawem i Sprawiedliwością przekłada się na motywację do głosowania na Andrzeja Dudę i na odwrót – stopień negacji obecnych rządów wprost wpływa na chęć zagłosowania na kogoś innego. Pewne niuanse wprowadzają kandydatury Szymona Hołowni czy Krzysztofa Bosaka, ale w ostatecznym rozrachunku i one obie są dziś analizowane jako ewentualny dostarczyciel głosów dla Dudy i nieDudy. Kandydat na nieDudę wydaje się być tylko jeden.

Rafał Trzaskowski uratował na ten moment Platformę Obywatelską od upadku, ale nie jest powiedziane czy zostanie nowym Prezydentem RP. PO, sięgając po jego nazwisko, wytoczyła najpotężniejszą broń jaką miała, ale tym samym zaryzykowała zwycięstwo Dudy lub oddanie w ręce PiS rządów w Warszawie. Co prawda ten drugi efekt trwałby najpewniej tylko trzy miesiące, ale byłej prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz i to nie za bardzo pasowało. W każdym razie Trzaskowski w drugiej turze jest dzisiaj niemal pewniakiem, ale niezwykle trudno będzie mu zdobyć jakikolwiek elektorat urzędującego prezydenta, z czym na pewno lepiej radziliby sobie Szymon Hołownia bądź Władysław Kosiniak-Kamysz.

Vanitas vanitatum...

W niedzielę wystartuje jednak kandydatów aż jedenastu, a to oznaczać powinno, że wachlarz ich pomysłów i poglądów jest dużo szerszy niż ten, do którego zdążył nas przyzwyczaić duopol PO-PiS. Tyle tylko, że kampania prezydencka przechodzi zupełnie obok tego co w tym stanowisku jest najistotniejsze – polityki zagranicznej. W rzeczywistości bowiem jest to jedyna konstytucyjna prerogatywa Prezydenta RP, która wyznacza jego pozycję polityczną. Nie „ustrojową”, a właśnie „polityczną”. Jest to zresztą zapis dość niejasny i budzący kontrowersje (słynna wojna o samolot do Brukseli Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem), ale to coś co odróżnia polskiego prezydenta od np. prezydenta RFN, sprawującego funkcję czysto dekoracyjną.

Na ile jednak znajduje się to zagadnienie w kampanii wyborczej? Niestety w stopniu minimalnym. Wpływa na to niepisany consensus w polskiej polityce zagranicznej, ale i autocenzura każąca rugować z debaty publicznej wszystkich, którzy nie podzielają dogmatów o zbawiennej roli Unii Europejskiej i gwarancji bezpieczeństwa ze strony Waszyngtonu. Jedynym kandydatem dosyć otwarcie mówiącym o wyjściu z UE jest Stanisław Żółtek, który nawet i zyskał pewną rozpoznawalność, ale to przez swoją wypowiedź o „menelowym plus”. O innej, bardziej katolickiej Europie, mówi Mirosław Piotrowski, równie marginalny kandydat, kojarzony ze środowiskiem zakonnika Tadeusza Rydzyka. O bliżej nieokreślonej niezależności od Brukseli wypowiada się Krzysztof Bosak, ale zupełnie bez konkretów.

Politykę zagraniczną do kampanii wyborczej, tak naprawdę, wprowadzi dopiero Andrzej Duda swoją wizytą w Stanach Zjednoczonych. To tworzy z automatu konieczność odniesienia się kandydatów do relacji Polska-USA. Niemniej tylko Waldemar Witkowski, kandydat zarejestrowany w ostatniej chwili, poddaje w wątpliwość obecność US Army w Polsce. W mniej zdecydowanym tonie zdarzyło się to Pawłowi Tanajno. Jeżeli jednak gdzieś pojawia się sceptycyzm wobec Waszyngtonu, to tylko w zestawieniu z „dywersyfikacją” polityki zagranicznej, oczywiście w stronę niemiecko-unijną. To główny przekaz kandydatów takich jak Trzaskowski, Biedroń, Witkowski, Kosiniak-Kamysz czy Hołownia: oni chwilowo zachowują wobec Ameryki dystans, bo nie do końca im po drodze z agendą prezentowaną przez Donalda Trumpa. Tego może jednak w Białym Domu niedługo nie być.

Ślepota wschodnia

O ile jednak w tym przeciąganiu liny Berlin-Waszyngton można dostrzec jakieś różnice i dynamikę, o tyle tragiczna jednomyślność panuje jeśli chodzi o relacje Polski ze Wschodem. Próbował to nieco zniuansować Szymon Hołownia, ale wypowiedź o „mam nadzieję partnerskich” relacjach z Rosją jest więcej niż symboliczna i pokazuje gdzie jest granica wyznaczona przez establishment. Niemniej, co chyba warto odnotować, brakowało tu agresywnego tonu wobec Moskwy. Na antyrosyjskość licytują się bowiem Duda, Trzaskowski, a nawet Biedroń. Gdyby nie to, że na Placu Czerwonym stoi Kreml – ich kandydatury nie miałyby programowego sensu. Podobnej retoryki nie uprawia za to Władysław Kosiniak-Kamysz, ale i on w odniesieniu do Wschodu mówi głównie o Ukrainie i Białorusi, niejako powielając tezy z tzw. doktryny Giedroycia.

Wnuk premier Ewy Kopacz, wybory w Polsce 2015
© AP Photo / Alik Keplicz
Bez większych konkretów, ale z jakąś nutką pozytywnego przekazu, wypowiedział się o Rosji Waldemar Witkowski. Choć ostatecznie poparł politykę sankcji, to jednak delikatnie zaapelował o wzajemne zrozumienie i wyjście poza ciasną polską perspektywę. Programowo to żadna różnica, ale sam kształt retoryki wprowadza do debaty novum w postaci umiejętności odniesienia do Rosji jako do sąsiada, a nie wroga. Trudno za to odczytać intencje Krzysztofa Bosaka. Po internecie krąży film w którym wypowiada się on za współpracą polskich narodowców z ukraińskimi banderowcami, jednocześnie wykluczając podobne relacje z Rosjanami. I choć wypowiedź ma już kilka lat, to jednak do tej pory kandydat Konfederacji nie uznał za stosowne jej w jakikolwiek sposób sprostować.

Niezależnie więc od tego, kto zwycięży ten plebiscyt, nie będzie to miało wpływu na polską politykę wobec Rosji czy innych państw Wschodu. Spór, który zaistniał w kampanii, ograniczył się do zarzutu wobec Andrzeja Dudy, o złe relacje z Ukrainą. Tyle tylko, że przecież rząd PiS nie zrezygnował z żadnej z kotwic uniemożliwiających normalizację relacji Kijowa z Moskwą, na czele z negacją woli politycznej ludności Krymu. Przeciwnie, „liczący się” kandydaci na prezydentów albo omijają temat, albo prześcigają się w licytacji na to który z nich będzie prezentował bardziej nieprzejednane antyrosyjskie stanowisko. Jak więc „wybrać mądrze”? To może być niewykonalne...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Wybory prezydenckie 2020 (102)

Zobacz również:

Rekordowa liczba Polaków za granicą chce wybierać prezydenta
Wybory nie tylko prezydenta
Wybory prezydenckie. Polonia w USA głosuje
Tagi:
Kancelaria Prezydenta, wybory prezydenckie, prezydent, Rosja, USA, wybory, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz