17:13 04 Sierpień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
II tura wyborów prezydenckich w Polsce (77)
7361
Subskrybuj nas na

W odróżnieniu od znoszenia opłat za żłobki i wyrażania zgody na adopcję dzieci – polityka międzynarodowa leży w kompetencjach prezydenta Rzeczypospolitej. Toteż sposób, w jaki w kampanii prezydenckiej toczy się – czy też raczej nie toczy – dyskusja na temat relacji Polski ze światem, powinien być źródłem naszego zmartwienia.

Prowincjonalne skupienie na sprawach wewnętrznych

Ale nie jest – bo nikogo to nie obchodzi. Nieomal dekadę temu Polski Instytut Spraw Międzynarodowych wraz z „Gazetą Wyborczą” zorganizował debatę pod frustrującym tytułem „Gdzie się podział świat”, poświęconą nieobecności tematyki międzynarodowej w polskiej prasie, radiu i telewizji. Świata nie ma, bo ludzie się nim nie interesują – ustalili, mało odkrywczo, dyskutanci. Bardziej odkrywcza była teza o tym, że istnieje związek między pozycją międzynarodową kraju a obecnością tematów międzynarodowych w mediach.

Teza ta oczywiście oburza patriotów, którzy powtarzają z uporem – a niektórzy nawet z przekonaniem – że „Polska jest bardzo ważnym krajem”.

Patrząc na to bez bogoojczyźnianego zadęcia, można stwierdzić, że Polska jest krajem średnim i nasza ważność także jest średnia, czyli nie najgorsza; jednak obniżamy ją systematycznie właśnie przez to prowincjonalne skupienie na sprawach wewnętrznych i całkowity brak zainteresowania tym, jak działa świat, nie wspominając już o próbach jego zrozumienia.

„Autotebaty”: brak szans na jakikolwiek merytoryczny dialog

Było to szczególnie widać w poniedziałkowy groteskowy wieczór, kiedy kandydaci na prezydenta debatowali, każdy z samym sobą, 400 kilometrów od siebie. Kwestie polityki zagranicznej, stosunków międzynarodowych i pozycji Polski w świecie były w tych „autodebatach” przemilczane niemal zupełnie.

Uczciwie trzeba przyznać, że wiele więcej nie można się było spodziewać. Absurdalny pomysł zorganizowania dwóch konkurencyjnych debat, firmowanych przez życzliwe dwóm konkurentom media, pieczołowicie pokazujące pustą trybunę, z której powinien przemawiać kontrkandydat – gdyby nie „stchórzył” albo „znalazł czas na spotkanie z Polakami” – wykluczył naturalnie szanse na jakikolwiek merytoryczny dialog.

Zabawne skądinąd, jak dalece charakter tych konkurencyjnych „autodebat” potwierdzał wszystkie stereotypy, które związane są z obydwoma kandydatami i ich środowiskami politycznymi.

Wielkomiejski sznyt vs namaszczona prostota

Podczas gdy Rafał Trzaskowski w zamożnym wielkopolskim Lesznie odważnie odpowiadał na pytania dziennikarzy z 19 redakcji – treści kilku z nich mógł nawet nie znać wcześniej – Andrzej Duda w miejsko-wiejskich Końskich flirtował z kochającym go ludem.

Z jednej strony mieliśmy niepozbawioną arogancji pewność siebie prezydenta stolicy, przyobleczoną w ironiczny wielkomiejski sznyt – z drugiej namaszczoną prostotę aktualnej głowy państwa, szczerze zachwyconej tembrem własnego głosu. Z żadnej nie usłyszeliśmy choćby słowa poważnej refleksji na temat pozycji Polski w świecie i tego, co potencjalny prezydent może dla niej zrobić.

Wybrane przez TVP pytania „mieszkańców i internautów” pozostawały w pełnej zgodności z promowaną przez Woronicza wizją świata i w z zasadzie podpadały pod dwie kategorie: „jak pan zrobi, żeby w Polsce było jeszcze wspanialej” i „co z tymi pedałami”. Początek debaty, „moderowanej” przez zasłużonego dla władzy Michała Adamczyka, zabrzmiał obiecująco: red. Adamczyk ogłosił bowiem, że padną „pytania z pięciu obszarów tematycznych: polityka wewnętrzna, polityka społeczna, bezpieczeństwo, gospodarka i świat...” – tu wstrzymałam oddech, ale nie: chodziło otóż o „świat wartości”...

Konflikt między USA i Niemcami. Jak odniesie się do niego nowy prezydent?

Z drugiej wszakże strony – na poważne i bardzo aktualne pytanie red. Kolonko z „Rzeczpospolitej” o spór niemiecko-amerykański wokół sankcji, którymi Trump usiłuje sparaliżować dokończenie gazociągu Nord Stream 2 i ewentualną wspólną odpowiedź UE – Rafał Trzaskowski wygłosił standardowy monolog o tym, że „postawi na odbudowanie polskiej pozycji w Unii Europejskiej”, bo „PiS wyprowadził nas na margines”, a on sprawi, żeby „Polska znowu siedziała przy tym najważniejszym stole w UE” – co jako żywo nie odpowiada na kluczowe pytanie o to, gdzie potencjalny prezydent RP lokuje swoją lojalność.

Dla Niemiec Nord Stream 2 nie jest projektem ideowym, tylko gospodarczym – podobnie zresztą jak dla Trumpa, którego w stosunkach międzynarodowych interesuje wyłącznie kasa.

Obecny Przywódca Wolnego Świata uważa się za jednoosobowy dział akwizycji i windykacji dla całego amerykańskiego biznesu i jego histeryczny protest wobec niemiecko-rosyjskiego gazociągu nie ma nic wspólnego z „bezpieczeństwem Europy”, tylko z dominującym w Europie brakiem zainteresowania drogim amerykańskim gazem.

Polska, ze swoimi histerycznymi protestami przeciwko temu, że znowu została pominięta, przypomina dawnego kolegę, który od lat opowiada wszystkim wspólnym znajomym, że panna młoda to ladacznica, a pan młody jest kretynem – a teraz dziwi się, że nie został zaproszony na wesele.

To, w jaki sposób nowy prezydent odniesie się do narastającego konfliktu między USA i naszym najważniejszym parterem gospodarczym, jakim są Niemcy – jest, jako żywo, dość istotne. Niestety, wystąpienie Rafała Trzaskowskiego nie dało odpowiedzi na to pytanie.

Utożsamienie „polskiej sprawy” z interesami Trumpa

Andrzeja Dudy nikt oczywiście pod ścianą nie stawiał – nie po to ma się na własność telewizję publiczną – ale padło spontanicznie sformułowane pytanie: „Mamy najlepsze od wielu lat stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, ale czy to nie popsuje naszych relacji z Unią Europejską” – na co prezydent wyznał szczerze, acz nieco eufemistycznie, gdzie ma Unię, która robi nam wbrew z czystej zawiści: „Sądzę, że każde państwo Unii Europejskiej chciałoby mieć taką dobrą relację ze Stanami Zjednoczonymi; to zawsze jest oczywiście jakiś powód do zazdrości”.

Andrzej Duda, prezentując dziwaczny zgoła związek przyczynowo-skutkowy dodał w tym miejscu, że „oczywiście w ramach Unii Europejskiej działamy”, ale „ja przede wszystkim jestem prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej i dla mnie relacje polsko-amerykańskie wśród wszystkich tych relacji są najważniejsze, dlatego że jestem tutaj prezydentem i interesują mnie polskie sprawy”.

W powodzi bezmyślnych banałów, które wyszły z ust Andrzeja Dudy tego wieczora, mało kto zwrócił na to uwagę – ale obiektywnie rzecz biorąc, fakt że prezydent RP tak kompletnie utożsamia „polskie sprawy” z interesami Trumpa powinien być niepokojący.

Nic poza komunałami

Ta absurdalna, ciągnąca się jak smród za wojskiem kampania prezydencka bije nowe rekordy intelektualnej miałkości.

W tym jednym z niewielu tematów, w których prezydent ma – a przynajmniej powinien mieć – coś do powiedzenia, obydwaj kandydaci zachowują się jak debiutantki na dworze angielskiej królowej. Starają się taktownie przemilczeć niezręczną kwestię, a kiedy już ktoś wymusi na nich jakąśkolwiek odpowiedź – obydwaj, zaskakująco solidarnie, zbywają go komunałami; każdy swoim.

W kwestii polityki międzynarodowej Andrzej Duda ma do powiedzenia tyle, że z wzajemnością kocha Amerykę; Rafał Trzaskowski równie płomiennie wyznaje wzajemne uczucie, które łączy go z Unią Europejską. Obydwaj oczywiście nie lubią Rosji. Na tym kończą się przemyślenia przyszłej głowy państwa na temat „Prezydenta Rzeczypospolitej jako reprezentanta państwa w stosunkach zewnętrznych”.

To ostatnie to, przypomnijmy, art. 133 Konstytucji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
II tura wyborów prezydenckich w Polsce (77)
Tagi:
Rafał Trzaskowski, Nord Stream-2, stosunki międzynarodowe, stosunki dyplomatyczne, wybory prezydenckie, Andrzej Duda, Rząd RP, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz