03:02 28 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
244312
Subskrybuj nas na

Nie stało się nic, czego byśmy się nie spodziewali. Większość przeciwników obecnej władzy chciała wierzyć, że Rafał Trzaskowski ma szanse pokonać Andrzeja Dudę – ale obiektywnie nie wskazywało na to nic, poza nieco naciąganymi sondażami, robionymi na zamówienie opozycyjnych mediów.

Kiedy zatem opadł kurz bitewny, jedyne pytanie, które pozostaje, brzmi: jaką zmianę może przynieść brak zmiany? Czy Andrzej Duda, w drugiej kadencji, okaże się mniej zależny od prezesa, który przecież nic już nie może mu zrobić? I – z drugiej strony – czy Rafał Trzaskowski zostanie nowym „liderem opozycji”, cierpiącej dotąd na tragiczny brak przywództwa?

Wpisując się w ogólnie ponury nastrój panujący dziś w „antypisie” odpowiem: nie i nie.

Andrzej Duda nie musiał słuchać prezesa w każdej kwestii przez ostatnie 5 lat – raczej trudno sobie wyobrazić sytuację, w której PiS wystawia kontrkandydata przeciwko własnemu prezydentowi, zwłaszcza, że jego notowania były, mimo całej śmieszności, zupełnie przyzwoite.

Kilka razy Duda wykazał pewną niezależność – wetując ustawę o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, która podporządkowywała władzy samorządy; ustawę degradacyjną, która budziła  oburzenie w wojsku; nową ordynację eurowyborów, która prowadziła wprost do systemu dwupartyjnego – ale historia zawetowanych ustaw sądowych, które prezydent następnie zastąpił własnymi, równie szkodliwymi, raczej nie daje powodów do optymizmu. Andrzej Duda nie ma siły charakteru, która pozwoliłabym mu na otwarte postawienie się autorytetowi, jaki w środowisku Prawa i Sprawiedliwości ma Jarosław Kaczyński. Duda jest politycznym produktem PiS, to jemu zawdzięcza karierę – stanowisko wiceministra sprawiedliwości, ważki krok dla młodego prawnika spoza Warszawy; funkcję podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta; prestiżowy a także dochodowy mandat europosła; i wreszcie Pałac Prezydencki. Żaden ze szczebli jego kariery nie był efektem jego osobistej walki czy charyzmy; wszystkie pochodziły z namaszczenia przez pisowskich mecenasów: najpierw Ziobry, a potem obu braci Kaczyńskich. To nie jest życiowa droga, która skłaniałaby do niezależności.

Ale poza brakiem charakteru – brakuje mu chyba także motywacji. Andrzej Duda wierzy w to, w co wierzy twardy rdzeń PiS: że III RP jest areną walki między postkomunizmem i dziedzicami „Solidarności”, na czele których stoi prezes; że patriotyzm wymaga obrony polskości przed europeizacją, która jest nową formą germanizacji i nawet pochodzi z tego samego źródła; że pedalstwo chce demoralizować nasze dzieci. W całym dyskursie na temat ewentualnej niezależności Dudy bądź jej braku, nikt chyba nie bierze pod uwagę tego, że obecny prezydent po prostu zgadza się z prezesem we wszystkich kluczowych kwestiach. Zgoda, pewna antyczność myślenia Jarosława Kaczyńskiego, którego wizję świata ukształtowała epoka Gomułki, może nie współgrać z wrażliwością estetyczną faceta, wychowanego za Gierka i wchodzącego w dorosłość we wczesnym kapitalizmie – ale wrażliwość estetyczna jest mniej ważna niż pryncypia. A te prezydent i prezes mają wspólne. 

Jakkolwiek zatem nie kształtowałaby się przyszłość drugiej kadencji Andrzeja Dudy – nie będzie ona pochodną jego osobistego wybicia się na niepodległość. Zdeterminować ją może wewnętrzna wojna w PiS, gdzie Mateusz Morawiecki zdaje się mieć dość nadzoru ze strony faceta urodzonego w latach 40. i wrogiego wobec wszystkiego, co niesie XXI wiek. Morawiecki zrobił w ostatnich tygodniach bardzo dużo, wygłupiając się na jarmarkach z czekami z dykty i przypisując Dudzie wszystkie swoje zasługi (należę do tego odłamu lewicy, która docenia keynesowską politykę gospodarczą obecnego rządu), żeby oczekiwać wzajemności. Gdyby okazało się, że głowa państwa przejdzie spod patronatu prezesa pod władzę premiera – byłaby to zauważalnie „dobra zmiana”.

Z drugiej strony – mamy niespodziewany wystrzał kariery Rafała Trzaskowskiego. Który jeszcze 2 miesiące temu zdawał się beznadziejnie grzęznąć na fotelu prezydenta stolicy – prestiżowym stanowisku, które go nie cieszyło i na którym się nie sprawdzał – i który nagle okazał się „nadzieją demokracji”.

Kiedy Trzaskowski został kandydatem PO, pisałam, że jest to błąd – że znacznie mądrzej byłoby postawić na Tomasza Grodzkiego, który jest opozycyjną gwiazdą sezonu i, jako profesor medycyny, byłby znacznie łatwiejszy do łyknięcia przez  pewną grupę wyborców, kierujących się uogólnionym poczuciem prestiżu. Czy wystarczyłoby to do wyrównania różnicy między kandydatami – wynoszącej niespełna pół miliona – trudno ocenić, ale dziś są to rozważania kompletnie jałowe. Ważne, że Trzaskowski – ze swoją niewątpliwą energią i merytorycznie nowym przekazem zrywającym z paradygmatem „opozycji totalnej” – stał się kluczowym politykiem opozycji, jej punktem odniesienia. 

Jeśli oznacza to odnowę dla PO – której dotychczasowy lider, Borys Budka, jest postacią totalnie żenującą – to, w duchu wspólnoty demokratycznej opozycji, życzę Platformie wszystkiego najlepszego. Ale z plarfomianych kręgów – np. od Grzegorza Schetyny – słychać już, że winę za klęskę Trzaskowskiego ponoszą Hołownia, Kosiniak-Kamysz i Biedroń, którzy niedostatecznie zaangażowali się w kampanię PO w drugiej turze. Jeśli Platforma Obywatelska ma zamiar wykorzystać przegraną swojego kandydata do zdominowania reszty opozycji, której kandydaci przegrali bardziej – nie mam wrażenia, żeby służyło to demokracji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

PKW podała pierwsze dane ws. frekwencji wyborczej. Więcej niż w I turze
Dzień przed wyborami: łamanie ciszy wyborczej i chowanie kart do głosowania
To już jutro. W Polsce rozpoczęła się cisza wyborcza
Tagi:
Andrzej Duda, prezydent, fotel prezydenta, pałac prezydencki, wybory prezydenckie, wybory, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz