12:49 05 Sierpień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
40826
Subskrybuj nas na

Kiedy byłam dzieckiem, Pałac Kultury i Nauki był w Warszawie powszechnym obiektem żartów. Nazywaliśmy go – za Broniewskim – „koszmarnym snem pijanego cukiernika”, „Pekinem”, „słoniem w koronkowych majtkach”, a co bardziej wyrafinowani złośliwcy „darem narodu radzieckiego”, co w latach 70. brzmiało już ironicznie w każdych uszach.

Co innego w latach 50.

„Zajrzyjmy do historii. Szukałem długo, skrupulatnie i nie znalazłem. Były różne dary – owszem. Od pradawnych lat składali je sobie monarchowie, książęta, magnaci. Posłowie z dalekich krajów przywozili podarki królom i wielmożom, by ich skaptować, olśnić. Ale żeby jeden naród drugiemu... prostym ludziom – tego nie było. Nie udało mi się też znaleźć takiej umowy międzynarodowej, jak ta z dnia 5 kwietnia 1952 roku: >Rząd Związku Radzieckiego zobowiązuje się zbudować w Warszawie siłami i środkami Związku Radzieckiego 28-30 piętrowy gmach Pałacu Kultury i Nauki... Koszty, związane z budową bierze na siebie rząd Związku Radzieckiego...

Oko, przyzwyczajone do utartych formuł dyplomatycznych szuka mimo woli dalszej części tej umowy. Że w zamian za to rząd polski... że druga strona zobowiązuje się... Tej drugiej strony w umowie polsko-radzieckiej z 5 kwietnia 1952 roku nie ma. Że za nic?...

Że jako dowód i wyraz przyjaźni?... po to, żeby bratniemu narodowi pomóc? Kroniki dyplomacji nie znały takich wartości” – sławił Dar Bratniego Narodu redaktor Karol Małcużyński, w wigilijnym numerze „Trybuny Ludu” z 1952 roku.

Trzy dekady później Pałac wrósł w krajobraz stolicy, a także w jej życie codzienne. Wielu moich kolegów z podstawówki było regularnymi bywalcami „Pałacu Młodzieży” – północnej części PKiN, gdzie można było uprawiać sport, muzykę lub sztuki plastyczne. Ja niestety nie byłam uzdolniona w żadnym z tych kierunków, ale bardzo im zazdrościłam. Bo niezależnie od obowiązkowego antykomunizmu żoliborskich dziesięciolatków, Pałac zawsze był miejscem swoiście magicznym – swoim ogromem, monumentalnymi rzeźbami i monstrualnymi żyrandolami oddziaływał na dziecięcą wyobraźnię znacznie bardziej, niż życzyliby sobie tego nasi, przeważnie niechętni Polsce Ludowej rodzice.

Pamiętam, kiedy gdzieś pod koniec szkoły podstawowej wypatrzyłam pod neonem przed głównym wejściem właściwe imię pałacu: „Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina” – i dało mi to dziwaczne poczucie wtajemniczenia; bezpośredniego dotknięcia historii. Albowiem już w latach 80., niezależnie od złośliwości, większość warszawiaków nie widziała w PKiN „symbolu radzieckiego zniewolenia” tylko stały punkt stolicy. Może dziwaczny, ale nasz.

Ten swoisty związek – kpiący, ale także miłosny – genialnie uwiecznił Bareja. Pamiętacie: Ryszard Ochódzki wbiega na 30 piętro Pałacu, żeby dygnitarzowi – który jeździ windą na trzydziestkę i z powrotem, żeby zmianami ciśnienia kurować się z astmy – zanieść sfałszowany list miłosny do swojej byłej, a jego przyszłej żony i puchar „Za zajęcie I miejsca” dla dygnitarskiego wnuka (kto nie wie o co chodzi, niech koniecznie obejrzy „Misia”).

Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, 1957 r.
Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, 1957 r.

Kiedy, dawno dawno temu, obchodziłam na 30 piętrze PKiN moje trzydzieste urodziny, przyjaciółka wręczyła mi puchar: „Agnieszce Wołk-Łaniewskiej, za zajęcie I miejsca”. Przekazanie pucharu odbyło się oczywiście w windzie. To wspomnienie czyni mi Pałac szczególnie bliskim. Podobnie jak wspomnienie kolegi spoza Warszawy, który pokłócił się z żoną, ale kiedy wyszła, postanowił ją dogonić i nie czekając za windę, ruszył za nią po schodach – zapominając, że ma do pokonania 30 pięter. Piękne czasy.

Wraz z antykomunistycznym wzmożeniem patriotycznym, które zaczęło się w okolicach zwycięstwa PiS-u w 2005 roku, czasy stały się dla Pałacu mniej piękne.

Pionierem idei burzenia PKiN był Radek Sikorski, a za nim przyszli inni, którzy od czasu do czasu wpadali na to, że wezwanie do zaorania centralnego miejsca stolicy to dobry pomysł na wykazanie swojego, nieco zapóźnionego, ale nieprzejednanego antykomunizmu: wiceprezes IPN-u Paweł Ukielski, poeta wyklęty Wencel Wojciech, Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych z Krakowa, które zażądało tego od prezydent Warszawy (Pałac należy do stolicy); i wreszcie wicepremier Gliński, którego wsparł Mateusz Morawiecki. „Marzę o tym od 40 lat” – wyznał w 2017 roku ówczesny wicepremier, a dzisiejszy szef rządu.

Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, 1960 r.
Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, 1960 r.

Według zgrubnych obliczeń, rozwalenie Pałacu Kultury i Nauki kosztowałoby 900 mln złotych, oznaczałoby wyłączenie centrum Warszawy z ruchu na co najmniej rok. Choć są to obliczenia raczej teoretyczne: Pałac, zbudowany w czasach atomowej grozy ma konstrukcję bunkra, a jego wysadzenie – w bezpośrednim sąsiedztwie dwóch linii metra i niezliczonych budynków, w tym dziesiątek bloków mieszkalnych – w ogóle nie chodzi w rachubę. Inaczej mówiąc: wszyscy antykomuniści do kupy wzięci mogą Pałacowi skoczyć – co stanowi szczególny trybut dla 3 500 radzieckich robotników, który w ciągu trzech lat, pracując w systemie trzyzmianowym, zbudowali gmach, który od 6 dekad pozostaje najwyższym budynkiem w Polsce.

Niech żyje niewzruszona i niezłomna przyjaźń polsko-radziecka!

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polska wierna myśli Stalina
Zaraza na naszą miarę
Warszawa: Śpiący, acz niezapomniani
Pospieszyli się z Rafałem
Andrzej Duda w amerykańskim sklepie z zabawkami
Bążur kontra Długopis
Koledzy Leszka Millera z Parlamentu Europejskiego
Tagi:
ZSRR, Warszawa, Pałac Kultury i Nauki, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz