04:10 12 Sierpień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
19335
Subskrybuj nas na

Snów o przywróceniu potęgi I Rzeczpospolitej ciąg dalszy. Polska dyplomacja, po raz kolejny, odwołując się do historycznych tytułów, postępuje dokładnie tak, jakby była elementem Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli ma to niewiele wspólnego z polskim interesem.

Trochę mniejsze Międzymorze

Sztandarowym projektem dyplomacji Polski ery rządów Prawa i Sprawiedliwości miało być „Międzymorze”, czyli sojusz łączący te wszystkie państwa Europy, które nie są zaliczane do Zachodu, a należały niegdyś do radzieckiej strefy wpływów. To się niespecjalnie udało. Czesi i Słowacy tradycyjnie nie wyrażali chęci udziału w antyrosyjskich inicjatywach, Węgrzy pomimo pewnej wspólnoty interesów z obecną polską władzą, z Rosją akurat też utrzymują dobre relacje. W międzyczasie zmiany nastąpiły na Ukrainie, a i nawet Chorwacja dawała do zrozumienia, że nie bierze pod uwagę projektów integracyjnych innych niż Unia Europejska.

Dlaczego ten projekt był „antyrosyjski”? Po pierwsze; nie chodziło w nim o to, by zacieśnić relacje biedniejszych krajów Unii Europejskiej, bo przecież wykraczał on poza granice UE. Po drugie, jedynym, co miało łączyć uczestników, to bliższe relacje z USA, dla których „Międzymorze” z jednej strony byłoby wygodnym partnerem do rozbijania jedności w samej Europie, a z drugiej skuteczną geopolityczną blokadą porozumienia na linii Moskwa-Bruksela. Docelowo, zwłaszcza takie państwa, jak Polska i Rumunia, mogły by służyć Amerykanom jako „nieruchomy lotniskowiec” w tej części świata, co zresztą już się dzieje, gdy zwrócimy uwagę na zwiększanie obecności US Army choćby w Polsce. Testem scenariusza było zresztą wywołanie wojny domowej na Ukrainie. Trzeba bowiem pamiętać nie tylko o otwartym wsparciu amerykańskiej ambasady dla puczystów, ale także o wycieczkach kolejnych polskich „autorytetów” do Kijowa, w tamtych gorących dniach.

Expose premiera Mateusza Morawieckiego
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Skoro jednak nic z tego nie wyszło, to minister Czaputowicz wraz ze swoimi vis a vis z Litwy i Ukrainy, postawili na format nieco ograniczony, dosyć zabawnie nazwany „trójkątem”. To symboliczne, bo przecież termin „trójkąt” stosowany był najczęściej do weimarskiego, w którym naszymi rozmówcami były europejskie potęgi: Francja i Niemcy. Można więc chyba, przynajmniej w tym względzie, mówić o regresie polskiej polityki zagranicznej, skoro na ten szczebel awansowały malutka (za to bardzo nacjonalistyczna) Litwa i Ukraina, która według co najmniej kliku politologicznych definicji kwalifikuje się do kategorii „państwa upadłego”.

Nieprzypadkowo na miejsce i imię tego porozumienia wybrano Lublin, oczywiście po to, y skojarzyć to z Unią Lubelską i potęgą I Rzeczypospolitej. Zwolennicy tych odwołań najwidoczniej nie chcą pamiętać, że był to początek kilkusetletniej rywalizacji z Moskwą, którą w końcu przecież… przegraliśmy i na ponad sto lat znaleźliśmy pod okupacją innych państw.

Projekt odwołujący się do tradycji I Rzeczypospolitej

W chwili obecnej jednak te trzy państwa rzeczywiście łączy wspólny interes, a przynajmniej wszystkim trzem rządom tak się wydaje. Ukraina jest nadal terytorium frontowym i tak długo, jak Porozumienia Mińskie nie są przez jej władze realizowane, tak długo nie istnieje możliwość trwałego uregulowania relacji Rosji z Europą.

Andrzej Duda
© Sputnik . Alieksiej Witwickij
Litwa z kolei może i jest niewielka, ale wydaje się być państwem-testem, na ile można sobie pozwolić w stosunkach z Moskwą. Sprawa utrudniania życia mniejszościom narodowym nie jest nowa (dotyczy zresztą nie tylko Rosjan, ale przecież także Polaków), lecz dodatkowo w Wilnie próbują tworzyć jakieś karykaturalne konstrukcje prawne, które mają być wymierzone we wszystkich tych Litwinów chcących z Rosją mieć poprawne relacje. Przykładem jest los uwolnionego niedawno Algirdasa Paleckisa, „litewskiego Mateusza Piskorskiego”. Dodatkowo rząd litewski śmiało uderza w wolność słowa, zakazując transmisji RT na terenie kraju.

Polska w tym układzie ma rolę podobną pod względem prześladowania zwolenników poprawy stosunków z Rosją, ale niewielu żyje w Polsce Rosjan, więc trudno stworzyć analogiczne zagadnienie. Mimo to bezpieka próbuje to robić, czego efektem było najpierw wydalenie Leonida Swiridowa, a potem anulowanie prawa do pobytu dla wielu Rosjan zamieszkujących Rzeczpospolitą.

Te „braki” Warszawa nadrabia w roli awangardy militarnej Stanów Zjednoczonych, ściągając kolejnych żołnierzy amerykańskich, a nawet bajdurząc coś o budowlach czy instalacjach nazywanych „Fort Trump”. Jeżeli więc coś łączy polską politykę zagraniczną z ukraińską i litewską, to jest to przede wszystkim tworzenie „antyrosyjskiego frontu”, wyraźnie pod auspicjami USA.

Prezydent Andrzej Duda, w poprzedniej kadencji, mówił o „wyobrażonej wspólnocie” odnosząc się do Unii Europejskiej i jej kulturowej agendy starającej się tworzyć „europejską tożsamość”. Jak więc nazwać „trójkąt lubelski” który komentatorzy (przynajmniej w Polsce) zgodnie określają jako odwołujący się do tradycji I Rzeczypospolitej? Mówimy przecież o projekcie, który poniósł absolutną historyczną porażkę, a czego dowodem jest… istnienie takich państw jak Litwa i Ukraina. Zarówno tożsamość narodowa Litwinów jak i Ukraińców, była budowana w kontrze do tej tradycji.

Unia Lubelska i jej „misja” podporządkowania prawosławia na Wschodzie, jedyne, co nam niosła, o wieczny konflikt z Rosją i jej różnymi emanacjami. Próba restauracji tego projektu, po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, zakończyła się właściwie podobnie, z tym, że już wtedy nie można było mieć złudzeń co do stosunku Litwinów i Ukraińców do tej tradycji. A żeby było śmieszniej: to właśnie antyrosyjskie opcje polityczne w Wilnie i w Kijowie są w największym stopniu przeciwnikami budowy tożsamości na historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Historia powtarza się jako farsa

Uważny czytelnik zauważy zapewne, że w tym całym projekcie brakuje jednego istotnego ogniwa: Białorusi, której tereny także były częścią RON. Serial polegający na próbach obalenia rządów Aleksandra Łukaszenki z udziałem polskich czynników trwa właściwie całe moje świadome życie i zaczyna trochę przypominać słynną bajkę „Tom & Jerry”.

Siła polityczna prezydenta Białorusi pozostaje przez ten czas nienaruszona i właściwie niekwestionowana, nawet według zachodnich ośrodków badawczych. Należy oczywiście przypuszczać, że „trójkąt lubelski” będzie przypuszczać kolejne ataki na niepodległą Białoruś, byle tylko włączyć ją w system amerykańskiej dominacji w Europie Wschodniej, ale powodzenie takiego scenariusza jest cokolwiek wątpliwe.

Co bardziej zorientowani polscy atlantyści próbują zresztą nawoływać do drogi przeciwnej tj. porozumienia się z Łukaszenką i wciągnięcia go w orbitę oddziaływania Ameryki, ale trudno uwierzyć, żeby po tylu latach podkopów, białoruski prezydent uznał nagle polską dyplomację za wiarygodnego partnera.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości jest jednak o tyle specyficzny, że w swojej retoryce próbuje przyjęty model geopolityki określać jako „patriotyczny” i to nie tylko w sferze symbolicznej, co tu już obrazuje odwołanie do I Rzeczypospolitej. Za lokalnymi porozumieniami mają stać również wielkie interesy gospodarcze. Komuś, kto najwyraźniej nie umie liczyć, zamarzyło się, że Polska już za kilka lat stanie się handlarzem amerykańskim gazem w Europie, i polska dyplomacja ma robić wszystko, by pozyskać sobie w regionie kontrahentów, argumentując to „dywersyfikacją źródeł dostaw”, a więc rezygnacją bądź ograniczeniem zakupu surowca od Rosji. I owszem, da się uwierzyć, że znajdą się jeszcze i kolejni, którzy będą chcieli za gaz płacić więcej, byle tylko nie być „uzależnionym” od Kremla. Ale czy państwa regionu są naprawdę aż tak bogate?

Inna sprawa, że wątpliwe, by Moskwa się tym jakoś bardzo przejmowała, bo ewentualne straty z tego tytułu jest w stanie przecież odrobić choćby doprowadzając do końca projekt Nord Stream 2, co pewnie w najbliższym czasie się wydarzy. Polskie władze nie ukręcą więc na tym wielkiego interesu, ale samopoczucie będą mieć na pewno znakomite. 

Na czym jednak polega farsa tego „współżycia w trójkącie”? A no na tym, że jakkolwiek byśmy nie byli krytyczni wobec polityki Rzeczpospolitej Obojga Narodów, to jednak trzeba przyznać, że była to polityka w dużym stopniu niezależna od czynników zewnętrznych. Był to projekt, który miał zapewnić ówczesnej Polsce panowanie i mocniejszą pozycję w Europie. Niewiele ma to więc wspólnego, mimo historycznych odwołań, z porozumieniem zawieranym właściwie tylko po to, by wykazać się jako sprawdzony sojusznik zaoceanicznego imperium, które wcale niekoniecznie musi być tym zainteresowane.

Wycofanie kilkunastu tysięcy amerykańskich żołnierzy z RFN to przecież wyraźny sygnał, że dla Ameryki Europa powoli przestaje być priorytetem. Rozpaczliwe próby odwrócenia tego stanu rzeczy przez polskie władze mogą co najwyżej stworzyć problem samej Polsce, a nie uratować słaniającą się na nogach amerykańską potęgę, która właśnie się łamie pod naporem… infekcji wirusowej.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Agencja bezprzykładnego wariactwa
Andrzeja Dudy o rzeczywistości wyobrażenie
A teraz przyjądą po was?
Rekonstrukcja czy reaktywacja?
Koronawirus – socjologiczne studium przeciw skuteczności paniki
Tagi:
bazy NATO, Nord Stream 2, Rosja, USA, Litwa, Ukraina, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz