03:10 29 Wrzesień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
8316
Subskrybuj nas na

W orędziu Andrzeja Dudy, rozpoczynającym jego drugą kadencję, optymistyczni komentatorzy dostrzegli brak hołdu lennego pod adresem prezesa PiS. Niektórzy byli nawet skłonni z tego przemilczenia wnioskować, że prezydent ma zamiar wyzwolić się spod dominacji Jarosława Kaczyńskiego.

Osobiście podejrzewam raczej, że był to taki emocjonalny gest Kozakiewicza pod adresem szefa, który upokarzał go wielokrotnie, a teraz już nie będzie miał okazji. Trochę jak scenka z reklamy totalizatora: „A mnie to teraz lotto”...

Generalnie zresztą uważam, że Andrzej Duda był szczery w swoim mało inspirującym orędziu. Dobór poruszanych tematów i wartości, którym prezydent zaprzysiągł wierność w swojej drugiej kadencji, oddawał to, co mu w duszy gra. A gra mu tradycyjny, lekko przypudrowany prowincjonalny bigot.

Zwyczajowe przy takich okazjach opowieści o „wyciąganiu ręki” w żaden sposób, chociażby w pustych słowach, nie zostały wsparte jakimkolwiek ustępstwem pod adresem środowisk, które Duda w kampanii atakował i obrażał.

Czy „obywatele Rzeczypospolitej wszyscy są sobie równi”?

Kiedy prezydent ogłosił, że „będziemy bronić prawdy o tym, że piękno, pomyślność i zamożność naszego kraju jest wspólnym dziełem wszystkich Polaków”, albowiem „obywatele Rzeczypospolitej wszyscy są sobie równi” – naiwni mogli oczekiwać, że uczyni minimalny choćby ukłon w stronę obywateli, których usunął z grona ludzkości w ramach „ideologii LGBT”. Tymczasem okazało się, że ta uciskana mniejszość, której prezydent będzie bronił przed niedocenieniem – to jego elektorat: „Nie ma różnicy pomiędzy mieszkańcami wielkich miast, małych miasteczek i wsi. Nie dzielimy Polaków na lepszych i gorszych ze względu na zarobki, wykształcenie, poglądy czy wyznanie religijne.”...

Od wielu lat powtarzam, że protekcjonalna wyższość, jaką beneficjenci kapitalizmu – będący wyborcami kolejno Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej – okazywali prostemu ludowi, jest rzeczywistą przyczyną triumfów PiS w ostatnim pięcioleciu. Jednak dziś, po pięciu latach pisowskich rządów, retoryka władzy, polityka historyczna i symboliczna – są w najwyższym stopniu skupione na dowartościowywaniu tych właśnie wyborców, którzy tradycyjni kojarzeni się z PiS: uboższych, gorzej wykształconych, bardziej wierzących mieszkańców wsi i małych miejscowości.

To, że Duda uważa ich za swoją bazę i przymila się do nich przy każdej okazji – nie wymaga dowodu. Nie oczekuję oczywiście, żeby odciął się od nich w swojej mowie inauguracyjnej – ale byłoby nieźle, gdyby w takim momencie, zamiast podkreślać konflikt między swoimi i nieswoimi wyborcami, w jakiś sposób zwrócił się do obu.

Zamiast tego, Duda obiecał – odwołując się naturalnie do JP2 – „otoczenie rodziny szczególną ochroną; tak w wymiarze prawnym, jak i ekonomicznym”. „Otoczenie rodziny ochroną w wymiarze prawnym” oznacza w dudamowie prawne gwarancje dyskryminacji osób nieheteronormatywnych.

Ani słowa o UE

Podobnie negatywny kontekst miało przemilczenie prezydenta dotyczące UE. Nie tylko wstępująca na urząd Głowa Państwa unijnego nie powiedziała słowa o Unii Europejskiej, ale wyraziście, w ramach typowych dla osobowości zależnej zachowań pasywno-agresywnych, podgryzała wartość polskiej przynależności do wspólnoty na różne, niedosłowne sposoby. Usłyszeliśmy, że „Polska znalazła się w Europie przyjmując chrzest w 966 roku; jesteśmy częścią Europy od 1054 lat” – czytaj: wstąpienie do UE było bez znaczenia. Usłyszeliśmy o szczególnej wartości współpracy transatlantyckiej, kooperacji z amerykańską armią na polskiej ziemi, o walorach NATO, o gazociągu Baltic Pipe, a nawet o OBWE, w którym za dwa lata obejmiemy przewodnictwo, co pozwoli nam promować na arenie międzynarodowej ideę „pokój poprzez prawo międzynarodowe” czyli „siła prawa, a nie prawo siły”.

Uczciwie powiedziawszy, w tym miejscu zdziwiłam się lekko, że Andrzej Duda zapowiada twarde stanowisko wobec USA i ich strategii nieustającej przemocy na arenie międzynarodowej – ale prezydent szybko doprecyzował, że chodzi o „przywrócenie pełnej suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy”. Ironia sytuacji wiernopoddańczego sojusznika USA, który chce pouczać inne kraje na temat przestrzegania prawa międzynarodowego, najwyraźniej prezydentowi Dudzie umknęła.

Pasywno-agresywny ton prezydenta wobec UE obecny był także w jego monologu na temat inwestycji lokalnych „w każdej części Polski, w każdym województwie, w każdym powiecie, w każdej gminie”. W każdym województwie, w każdym powiecie i w każdej gminie wiszą tablice informujące, że coś zostało wybudowane, zmodernizowane czy wyremontowane ze środków europejskich – ale prezydent Duda szanse dla społeczności lokalnych dostrzega w „Funduszu Inwestycji Lokalnych, Funduszu Modernizacji Szkół, rozbudowie szpitali powiatowych, dotacjach na zbiorniki retencyjne oraz na rozwój zielonej energii, ochronę klimatu, czystej wody i powietrza”. Znów – ani słowa o UE.

Unia pojawiła się w całym orędziu jeden jedyny raz: jako źródło niesprawiedliwości. Sławiąc walory nieszczęsnego Trójmorza, prezydent wyjaśnił, że potrzebujemy go „dla wyrównania poziomu rozwoju ekonomicznego i infrastrukturalnego w ramach Unii Europejskiej”.

Dla Andrzeja Dudy Unia Europejska to – jak wyznał kiedyś szczerze – „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”. Jednak według wiosennego sondażu CBOS, poparcie dla przynależności do tej wyimaginowanej wspólnoty wyraża 89 procent obywateli jego kraju. Jeśli nie racja stanu, to choćby kindersztuba w stosunku do suwerena nakazywałaby o niej wspomnieć.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Pospieszyli się z Rafałem
Andrzej Duda w amerykańskim sklepie z zabawkami
Warszawa: Śpiący, acz niezapomniani
Bążur kontra Długopis
Koledzy Leszka Millera z Parlamentu Europejskiego
Tagi:
Baltic Pipe, wybory prezydenckie, Jarosław Kaczyński, PiS, Andrzej Duda, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz