01:24 01 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Wybory prezydenckie na Białorusi i masowe protesty (103)
5311514
Subskrybuj nas na

Choć polscy jastrzębie od wielu lat robią co mogą, by przyciągnąć Białoruś do „Wschodniej Flanki NATO”, ta się nadal bezczelnie opiera i nie rozumie, że polscy podżegacze wojenni chcą dla niej „jak najlepiej”. Co znowu poszło nie tak?

Polska propozycja dla Białorusi

Polskie elity opiniotwórcze oszalały ze wściekłości. Aleksander Łukaszenka znowu zwycięzcą wyborów prezydenckich. I choć już od wielu tygodni opinię publiczną nad Wisłą uczulano na to, że wybory będą „sfałszowane”, to jednak nikt nie zalecił opozycji zastosowania powszechnego bojkotu głosowania. A przecież skoro opozycja ma za sobą, jak twierdzi, większość, to byłby to najprostszy sposób do delegitymizacji białoruskiego prezydenta. Można było ustawić przed lokalami działaczy (no chyba ich nie brakuje, skoro to „cały naród”?) i liczyć idących na wybory, a potem pokazać światu, że frekwencja była niska. Z jakiś powodów tego nie zrobiono.

Sławomir Sierakowski przyleciał do Mińska. Pewnie liczył na to, że białoruskie władze zatrzymają go na lotnisku i „będzie afera”, ale nic z tych rzeczy. Publicysta amerykańskiego „New York Timesa” próbuje więc przekonywać nas, że nic się jeszcze nie skończyło, że ludzie jeszcze wyjdą na ulicę i będą protestować „aż do zwycięstwa”. Wyliczył też (najpewniej suwmiarką), że opozycja ma 2/3 poparcia w społeczeństwie. Kreskę położył za to Bartłomiej Węglarczyk, który ogłosił powrót Białorusi do ZSRR (sic!) i nawołuje do sankcji UE przeciwko – jak się wyraził – „ubekom”. Witold Jurasz z kolei nawet z lekka sympatyzuje z Łukaszenką, bo jego życiowym motywem przewodnim jest „Rosja”, a w jego przekonaniu alternatywą dla białoruskiego przywódcy jest „wchłonięcie Białorusi przez Kreml”. Trzy różne, sprzeczne narracje. Nie będziemy analizować tu ich powagi (bo szkoda czasu) ale to pokazuje jak bardzo polska awangarda Zachodu znalazła się w defensywie.

Nikomu natomiast nie przyjdzie do głowy, że większość Białorusinów naprawdę nie chce podzielić losu Ukraińców, którzy „awansowali” do roli taniej siły roboczej (i rozrodczej, co zasługuje na odrębną publikację, a nawet reportaż) Zachodu. W moim ponad 30-letnim życiu jeszcze się nie spotkałem z sytuacją w której Zachód uznałby za demokratyczne i uczciwe wybory, w których wygrywa ktoś niepowiązany z tymże Zachodem. Wychodzi na to, że „demokracja” to po prostu przymiot konkretnej części geograficznej świata i że wiąże się nieodłącznie z kapitalizmem. O ile jednak stosunkowo łatwo było zbałamucić tym Ukraińców, o tyle trudno oczekiwać powtórki scenariusza w Mińsku.

Dlaczego Białoruś nie będzie drugą Ukrainą?

Zacznijmy więc od samego początku. Już sama konstrukcja systemu władzy na Białorusi jest inna niż na Ukrainie. Białoruś jest krajem bez oligarchów i miliarderów, więc nie ma instytucji, która w celu zdobycia władzy mogłaby sfinansować jakiś poważny ruch społeczny. Białoruska opozycja zdana jest więc na siebie i na finansowanie z zagranicy. To drugie ją jednak z automatu kompromituje, bo Białorusini znają wartość własnej suwerenności. To nie Ukraina, gdzie nawet tożsamość narodowa nie jest jednolita. Między Białorusinem z Witebska, a Brześcia nie ma większej różnicy, z kolei między Ukraińcem ze Lwowa, a z Charkowa jest ogromna przepaść. To powoduje, że na Białorusi nie ma tożsamościowych sprzeczności, które można wykorzystać, tak jak to zrobiono po Majdanie.

Ale to i tak byłoby do „pokonania”, gdyby na Białorusi były problemy natury socjalnej. Tutaj wyjątkowo zwróćmy uwagę na narrację przyjętą przez Zachód, a właściwie na to czego „demokraci” o Białorusi nie mówią. A nie mówią o bezrobociu, o głodzie czy o bezdomności, bo tych po prostu nie ma. Owszem, Białorusini w większości żyją skromnie, ale jednak godnie. Zagrożenie absolutnym wykluczeniem społecznym jest tam o wiele mniejsze niż w „demokratycznej” Polsce. Tu wystarczy nie zapłacić raty kredytu i ląduje się na bruku. Ba! Wystarczy mieszkać w domu przeznaczonym do reprywatyzacji i to w samej stolicy.

Protestujący w Mińsku
© REUTERS / Dmitry Brushko/Tut.By
Białoruś jest więc europejską wyspą bez oligarchii i neoliberalizmu. Owszem, wielu Białorusinów kłuje coś co nazywają „brakiem perspektyw”, a co nieodłącznie wiąże się ze zjawiskiem „małej stabilizacji”. Tuż za zachodnią granicą funkcjonują przecież państwa gdzie, przynajmniej w teorii, można zrealizować kapitalistyczne marzenie „od pucybuta do milionera”, ale – jak wiemy – tych Billów Gatesów za wielu nie ma, za to spotykamy emigrujących Białorusinów w różnych „agencjach pracy tymczasowej” gdzie mogą poznać smak kapitalistycznego wyzysku. Należy zresztą dodać, że emigracja z Białorusi i tak jest o wiele mniejsza niż z „demokratycznej” Ukrainy czy z państw bałtyckich. Białorusini mają prawo tego wszystkiego nie chcieć. Wolą „dyktatora”.

To zresztą bardzo symboliczne, że „dyktatorem” Zachód ogłasza zawsze tego przywódcę, który nie chce dzielić się władzą z międzynarodową finansjerą. To samo nie raz i nie dwa czytaliśmy w Polsce o Prezydencie Putinie, gdy bywał na kursie kolizyjnym z różnymi miliarderami.

Nieskuteczna propaganda

Przy tym wszystkim nie należy zapominać o atakach propagandowych kierowanych w stronę Białorusi. Czasami to przekracza granice żenady. Ilość fake-newsów z którymi spotykaliśmy się od wczoraj jest porażająca. To rzeczywiście „nowa jakość”. Łukaszenka miał uciec do Turcji, nad Mińsk miały przylecieć wojskowe śmigłowce, miała być w użyciu ostra amunicja. I wszystko to szybko okazało się bujdą. Wiadomo oczywiście, że tego rodzaju „informacje” mają mobilizować kolejnych Białorusinów do wyjścia na ulice i świadomie wprowadza się ich w błąd, ale efekt jest również odwrotny – mieszkańcy są coraz bardziej „zaszczepieni” przeciwko wirusowi propagandy.

Nie byłem obserwatorem wyborów na Białorusi, ale zastanawia mnie też skąd to przekonanie, że wybory były sfałszowane, a opozycja ma za sobą większość narodu? W kraju takim jak Białoruś, czyli w kraju bez bezrobocia, to jest bardzo łatwo zweryfikować: już od poniedziałkowego poranka powinien się rozpocząć strajk generalny z konkretnymi żądaniami. Nie jedna czy dwie fabryki, ale cały kraj powinien zgodnie zaprzestać pracy. Przy, jak twierdzi Sierakowski, 2/3 poparcia narodu? Żaden problem! Notabene, stąd przecież wiemy, że skala oburzenia Polaków na władze PZPR była w roku 1980 naprawdę wielka, bo stawały kolejne zakłady. W przeciwnym razie zagraniczna inspiracja byłaby po prostu nieskuteczna. Służby specjalne mogą przekupić sto czy nawet tysiąc prowodyrów, ale nie wielomilionowy naród. Czemu więc ta „oburzona” Białoruś dziś spokojnie poszła do pracy?

Poziom tych manipulacji oddaje też dość zabawna komedia pod ambasadą Białorusi w Polsce. Zebrało się tam kilkuset Białorusinów, zapewne w większości „stypendystów” polskiego rządu, którym od lat wtłacza się do głowy antybiałoruskie przekonania, po czym przeprowadzili tam „wybory” gdzie wygrała Cichanouska i na tej podstawie uznali, że władza w ich kraju dopuściła się fałszerstw! Rety, nie pytajcie kto u mnie w domu wygrał wybory parlamentarne! Podobnie jest zresztą z nadzwyczaj zgodną narracją PiS, PO, Lewicy i jakichś 90% polskiego establishmentu (wliczając rząd i koncesjonowaną opozycję) które fotografują się z flagą powołanej pod auspicjami niemieckiego cesarza BRL. Oto polska scena polityczna, która codziennie straszy nas „rosyjską ingerencją”, zgodnie domaga się… ingerencji w wewnętrzne sprawy Białorusi.

Jedno małe ale…

Nie chcę jednak być źle zrozumiany. Białoruś to państwo, które ma swoje problemy, a Aleksander Łukaszenka nie jest na pewno władcą idealnym. Niedzielne protesty pokazały, że ludzie poniżej 40 roku życia nie są już podatni na ostrzeżenia białoruskiej władzy przed powrotem „demokracji” lat 90-tych. Z przyczyn naturalnych zwyczajnie tego nie pamiętają. To grupa ludzi, której Łukaszenka nie może zbagatelizować. Co więcej: godne potępienia są obrazki w których siły bezpieczeństwa biją jakby na oślep, bo przecież docierają do nas informacje o pobiciu niektórych dziennikarzy. Pozostaje też niesmak po tym, gdy białoruskie służby dały się nabrać na ukraińską prowokację jakoby przybyli do nich rosyjscy żołnierze by „obalić Łukaszenkę”. To wszystko każe przypuszczać, że na Białorusi pojawił się w jakimś stopniu „syndrom oblężonej twierdzy”. Z tym, że ingerencja Zachodu będzie go tylko pogłębiać...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Wybory prezydenckie na Białorusi i masowe protesty (103)

Zobacz również:

Białorusini wybierali swego prezydenta w Warszawie – wideo
Czaputowicz: UE powinna podjąć działania na rzecz wstrzymania rozwiązań siłowych na Białorusi
Białorusini w Polsce nie dają za wygraną
Tagi:
wybory prezydenckie, wybory, Mińsk, Białoruś
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz