23:46 26 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
25281
Subskrybuj nas na

W połowie 2016 roku ówczesny wicepremier, a dziś premier Morawiecki zapowiedział, że elektromobilność będzie kołem zamachowym polskiej gospodarki. W te dyrdymały nikt poważny nie wierzył, ale fajnie brzmiały. Po polskich szosach będzie jeździć milion samochodów elektrycznych.

Co ważniejsze – jak zapowiadał premier – polskich konstrukcji. Jakich – to już inna bajka, którą kiedyś opowiemy. Na serio: aby elektryk się ruszał musi gdzieś „zatankować” czyli podłączyć się do gniazda z prądem. A tu mizeria...

Schody przed elektrykiem

Jeszcze na początku roku Polska Grupa Energetyczna zapowiadała, że rozwinie jedną z największych w kraju sieć stacji ładowania samochodów elektrycznych. Ostatnio PGE wydała enigmatyczny komunikat, że wszystkie jej spółki mają podjąć działania „optymalizacyjne i racjonalizacyjne” czyli zamykać projekty o „niezadowalającej stopie zwrotu”. Tłumacząc na polski: rezygnujemy ze wszystkich pomysłów, które nie przynoszą zysków. W konsekwencji PGE zrezygnowała z podpisanej z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad umów dzierżawy nieruchomości pod stacje ładowania.

Chodzi o dwie stacje na autostradzie A1 łączącą południe z Gdańskiem, dwie na trasie A2 ze wschodu, przez Warszawę, do granicy z Niemcami i dwie na trasie A4 z Ukrainy, przez Rzeszów, Katowice, Wrocław także do Niemiec. Argumentacja jest prosta: stacje ładowania elektryków przy autostradach to interes deficytowy. Dzierżawa działek pod skrzynki z gniazdami elektrycznymi kosztuje dużo więcej niż ewentualne zyski ze sprzedaży prądu kierowcom. A PGE nie ma dziś pieniędzy na takie kaprysy. Dlatego też wprowadza opłaty za ładowanie na istniejących już stacjach, dotąd oferujących prąd za darmo. Wspomniane wyżej nowe lokalizacje przejmie prawdopodobnie Orlen, który ostatnio łyka co się trafi. Oby się nie zadławił...

Nikt tego nie chce

Programy wspierania elektromobilności jakoś słabo idą. Rozpisano konkurs na chętnych do dotowania zakupów samochodów elektrycznych przez osoby prywatne i firmy. Ale postawiono szereg „zaporowych” warunków.

W efekcie część donatorów zrezygnowała, choć pieniędzy zebrano więcej niż chętnych na skorzystanie z nich. Bo tych, którzy chcieliby skorzystać z dotowanego samochodu też związano różnymi przepisami. Spektakularną klapą zakończył się program „Koliber” proponowany taksówkarzom. Wymagano np. aby dotowany samochód elektryczny przejeżdżał rocznie przynajmniej 48 tysięcy kilometrów.

A czy to zależy od kierowcy „taryfy”?

W stolicy tylko w centrum

Dość przedziwnie toczą się starania o wzrost liczby ekologicznych samochodów w stolicy. Do niedawna było tu trochę ponad półtorej setki stacji ładowania. Ambitne plany mówią, że ma być ich, już niedługo, ponad tysiąc. Podstawowe pytanie brzmi: gdzie je stawiać? I tu odpowiedzi urzędników miejskich, obywateli, których ankietowano i inwestorów są zupełnie różne. Większość stacji ma powstawać w centrum. To daje szansę na szybkie doładowanie akumulatorów tym, którzy przyjechali np. do ministerstwa, a samochód „zdycha”. Także tym, którzy wypożyczają elektryki aby pojeździć po centrum (bo tańsze parkowanie), ale za dużo kilometrów wykręcili. Tu popierają pomysł właściciele carsharingów e-samochodów na minuty: jak auto pada to trzeba je holować do specjalnej stacji szybkiego ładowania i z powrotem do centrum, bo tu największe zapotrzebowanie.

Wszystko ładnie tylko jakie szanse mają mieszkańcy dzielnic odleglejszych od centrum? Właściciel willi podłączy się na parę godzin do własnego gniazdka. Tyle, że 86 procent Warszawiaków mieszka w zabudowie wielorodzinnej, raczej bez garaży, gdzie można by doładować baterie. A stołeczne projekty przewidują minimalne ilości stacji gdzieś na Bemowie czy Ursynowie. To po co ich mieszkańcom taki gadżet, zresztą droższy od benzynowego? Chyba,że prywatnym inwestorom będzie się opłacało postawić tam wiele stacji do ładowania samochodu przez kilka godzin. Na razie nie opłaca się... Patrząc z ogólnej perspektywy: ładowanie akumulatorów w dzień to zabójstwo dla ogólnego systemu energetycznego; tylko nocą można korzystać z nadwyżki mocy w sieciach.

Kogo na to naciągnąć?

Właściciele elektryków mają poważny zgryz, gdy chcą się wybrać w dalszą podróż. Dowcipnisie proponują. aby wyjeżdżając np. na urlop ciągnąć za sobą agregacik prądotwórczy albo opracować  specjalną marszrutę, patrząc, gdzie są umiejscowione stacje ładowania. Najlepiej te „szybkie”, w których akumulatory odżyją w kilkanaście minut. Ale takich jest co kot napłakał. Ministerstwo Klimatu tłumaczy: aktualne obciążenia finansowe prowadzenia takich stacji są jednymi z najdroższych w Europie. I wylicza: średni koszt funkcjonowania szybkiej ładowarki na prąd wynosi 3502 zł miesięcznie, z czego opłata stała to 3124 zł. Na czym tu zarobić ?

Ale plany MK są ambitne: w kraju stanie 400 ładowarek szybkich i ponad 6 tys. wolnych (ty śpisz a ona ładuje). Kiedy – nie wiadomo. Wyliczono natomiast, że cały biznes zacznie się opłacać, gdy po polskich drogach będzie jeździło 150 tysięcy samochodów elektrycznych. Dziś jest ich nieco ponad 12 tys. Ale MK zapewnia, że jak już sny się ziszczą, to operatorzy stacji dystrybucji energii elektrycznej będą mieli nawet 50 mln zł zysku. Premier liczył chyba na dużo więcej i samochodów i pieniędzy z podatków...
Wynagrodzenie dla górników

Zaczęliśmy od snu premiera o milionie polskich elektryków. Wypadało by zapytać: gdzie one będą budowane? Tu sprawa staje się strategiczna, bo chodzi o pracę dla górników. „Sputnik” informował o ciągle zmieniających się planach zamykania kopalń węgla kamiennego na Śląsku. Najbardziej nerwowo jest w Rudzie Śląskiej i okolicach, gdzie koszty pozyskiwania czarnego paliwa nie wytrzymują rachunku ekonomicznego, ale górnicy grożą „marszem na Warszawę”, jeśli ktoś zechce zamykać lokalne zakłady wydobywcze.

Prasa donosi, że rządzący politycy wymyślili rodzaj wynagrodzenia dla zwalnianych górników: pracę w fabryce polskiego samochodu elektrycznego przyszłości. Przewidywane zatrudnienie bezpośrednie to ponad 6 tysięcy ludzi, do tego ponad 12 tysięcy miejsc pracy w otoczeniu technicznym. Specjaliści dość dobrze oceniają szansę budowy takiej fabryki na pokopalnianych nieużytkach.

Wszak w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej działa 78 przedsiębiorstw z branży motoryzacyjnej. Inwestycja ma kosztować, na początek, ponad 5 miliardów złotych. Ale nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy sny premiera przybiorą realny kształt...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tagi:
Orlen, przemysł samochodowy, gospodarka, Mateusz Morawiecki, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz