20:16 27 Wrzesień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
15502
Subskrybuj nas na

Prawie nie ma dnia aby w mediach polskich, europejskich ale też amerykańskich nie ukazywały się jakieś enuncjacje na temat potężnej inwestycji, jaką jest układanie gazociągu Nord Stream 2 na dnie Bałtyku. Ogólnie rzecz biorąc ścierają się dwie frakcje: jedni są za drudzy przeciw.

Jedni twierdzą, że to inwestycja czysto biznesowa, drudzy, że to czysta polityka. Jedni wskazują na gazowe potrzeby Europy Zachodniej i łatwe ich zaspokojenie, drudzy na uzależnienie, czasem mowa o wręcz militarnym, od dostawcy gazu z Rosji. Polska kiedyś dość obojętnie patrząca na pierwszy projekt Nord Stream, dziś ostro protestuje przeciw budowie dubeltowego, praktycznie bliźniaczego Nord Stream 2.

Protesty i oferty

Posłowie prawicowi właśnie złożyli w Sejmie projekt uchwały, w której wzywają rząd Niemiec do zaprzestania budowy inkryminowanego gazociągu. Ma to być podkreślenie polskiego stanowiska na rzecz „pełnej solidarności państw członkowskich Unii Europejskiej”.

Kilka dni temu Piotr Mueller, rzecznik rządu stwierdził, że jeśli Berlin zrezygnuje z kończenia Nord Stream 2, to Polska jest gotowa zapewnić Niemcom dostęp do szykowanego gazociągu Baltic Pipe. Cytując rzecznika: Polska w imię solidarności jest gotowa udostępnić też infrastrukturę budowaną z myślą o własnym bezpieczeństwie energetycznym. Ale ta oferta ma haczyk, żeby nie powiedzieć poważny hak. Jeżeli Polska odda część możliwości przesyłowych na potrzeby Niemiec, to o tyle zmniejszą się dostawy do naszego kraju. Nie wiemy, czy ktoś to policzył, pewne jest jednak, że wcześniejsze bilanse tego nie zakładały. I nie wiadomo, co z tego wyniknie dla gospodarki, a także możliwości oferowania błękitnego paliwa na eksport. Warto więc, choć pobieżnie spojrzeć na projekt Baltic Pipe.

W szufladzie

Pomysł, aby kupować gaz ziemny ze złóż norweskich, zakiełkował w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. I nie chodziło o powody polityczne, a o zasady techniczno-strategiczne: na wszelki przypadek zawsze warto mieć drugie źródło zasilania i drugą, niezależną linię przesyłową paliwa. Dodajmy: bardzo ważnego choćby dla przemysłu nawozów sztucznych i tworzyw sztucznych, hutnictwa, produkcji najróżniejszych szyb, ale też szklanek i kieliszków, nie mówiąc o gotowaniu zupy i ogrzewaniu domów przez miliony obywateli.

Założenia przewidywały, że Norwegowie sfinansują większość kosztów rury, a Polska zorganizuje rynek zbytu – dla siebie i południowych sąsiadów. Dostawcy postawili podstawowy warunek: rurą popłynie przynajmniej 10 miliardów metrów sześciennych gazu, aby miało to sens ekonomiczny. Ale ci na południu policzyli, że bardziej im się opłaca sprowadzać gaz rosyjski przez istniejące rury i nie weszli do interesu. U nas też entuzjazm do północnego dostawcy opadł, wszak niedawno uruchomiono gazociąg z Jamału. Projekt trafił do szuflady.

Na marginesie: bardzo nieliczni specjaliści wskazywali, że jeżeli komuś kiedyś przyjdzie do głowy prowadzenie gazociągów pod Bałtykiem z północy na południe i ze wschodu na zachód, to powstanie konflikt interesów: gazociągi, ze względów bezpieczeństwa, nie mają prawa krzyżować się, ani dołem, ani górą. Polacy przestali się tym interesować, a Rosjanie, jeżeli w ogóle, w ciszy snuli swoje plany.

 

Bałtycka rura

Projekt Baltic Pipe odżył w 2007 roku kiedy to PGNiG i Gaz-System (operator sieci przesyłowych w kraju) podpisały porozumienie z duńskim Energitet.dk (tamtejszy operator gazociągów) o budowie „Bałtyckiej Rury”. Szybko okazało się, że pieniędzy z tego nie będzie i dano sobie spokój. Do pomysłu wróciły obecne władze w roku 2016.

Z tym samym duńskim operatorem ustalono, że opłacalność inwestycji zaczyna się od przesyłu 10 mld m sześciennych gazu rocznie. Łączny koszt to ponad półtora miliarda euro, połączenie polsko-duńskie: 280 mln euro. Połowę pokryje Gaz-System. Gaz ma docierać z szelfu norweskiego, gdzie w odwierty zainwestował Lotos i PGNiG.

Także z projektowanego gazociągu Skanled, który ma łączyć Norwegię, Danię (ma własne złoża) i Szwecję. Ma to istotne znaczenie, bo złoża na Morzu Północnym powoli wyczerpują się.

Polsko-duńską rurę o długości 275 kilometrów ma budować włoska firma Saipem, odnoga konceru ENI. Ta firma była liderem konsorcjum realizującym powstawanie gazoportu w Świnoujściu. Jako anegdotę można przytoczyć fakt, że budowa gazoportu miała wiele kłopotów i opóźnień, ale Włosi tak sprytnie skonstruowali umowę, że za potknięcia nie zapłacili ani grosza kar.

Trochę gorzej wyszło im w Algierii, gdzie za przekręty i łapówki stołki stracił zarząd firmy, a włoski wymiar sprawiedliwości do dziś ma jakieś pretensje. Co ciekawe, ta sama spółka brała też udział w budowie pierwszego Nord Stream, łączącego Niemcy i Rosję. Ot takie włoskie dolce vita...

Tylko z obowiązku dziennikarskiego przytaczamy skrócone dane techniczne projektu Nord Stream 2. Rurociągi długości 1200 km połączą wybrzeże bałtyckie w obwodzie leningradzkim z niemieckim wybrzeżem w okolicach Greifswaldu. Zakładana przepustowość to 55 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Baltic Pipe coraz bliżej: niemiecka firma dostarczy rury do budowy gazociągu
Pierwsze rury dla Baltic Pipe gotowe
Baltic Pipe dostał zielone światło: to „uniezależnienie się od dostaw gazu ziemnego z Rosji”
Tagi:
PGNiG, Bałtyk, Unia Europejska, Baltic Pipe, Nord Stream 2
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz