21:20 22 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
13533
Subskrybuj nas na

Choć tytuł nasuwa skojarzenie z żartem o zależności słonia i „sprawy polskiej”, to jednak należy go traktować całkiem poważnie. W wyniku ponad 30 lat wasalizacji Polski wobec Waszyngtonu, nadchodzące wybory prezydenckie w USA mogą mieć dla nas naprawdę istotne znaczenie.

Wojna utracjuszy

Nie mają już racji ci, którzy wybory prezydenckie w USA mają za zorganizowany odgórnie przez amerykańskie elity cyrk, w celu przekonania własnych obywateli o panującej nad oceanem idealnej demokracji. Rzeczywiście, przez lata można było odnieść takie wrażenie, gdy kolejni kandydaci, czy to Demokratów czy Republikanów, dobrani byli tak by kanalizować pojawiające się nastroje społeczne i zapewnić trwałość zamkniętego na cztery spusty systemu politycznego Stanów Zjednoczonych. Tak było, dopóki hegemonii amerykańskiej nikt nie zagrażał.

Choć wydawało się, że upadek Związku Radzieckiego to ostateczne i historyczne zwycięstwo amerykańskiego imperium, chwilę wcześniej (gdy w Polsce odbywały się tzw. wolne wybory) na Dalekim Wschodzie, na pekińskim Placu Tiananmen, Chińska Partia Komunistyczna obroniła swoją władzę w państwie.

Zdarzenie miało oczywiście charakter niezwykle tragiczny, ale zwycięstwo ówczesnego kierownictwa zapewniło kontynuację linii polityczno-ekonomicznej ChRL, polegającej na planowej konkurencji w światowej gospodarce, dzięki taniej sile roboczej, a wszystko po to by zdobyć zaawansowane zachodnie technologie i nadgonić historyczne opóźnienie. Tak na peryferiach narodziła się zamieszkiwana przez ponad miliard ludzi potęga, która przerosła Stany Zjednoczone zarówno pod kątem PKB jak i zaawansowania technologicznego.

W tych warunkach narastał podział polityczny we współczesnej Ameryce. Coraz bardziej uwidaczniająca się porażka w rywalizacji z Chinami, zmusiła elity w USA do opracowania strategii powrotu na najwyższy stopień światowego podium.

Z jednej strony, ciągle przecież potężny, kapitał finansowy chce za wszelką cenę utrzymać Chiny w ryzach dzięki instrumentom ekonomicznym tj. zaprzęgając chińską produkcję do całego systemu powiązań finansowych będącego pod kontrolą  , z drugiej zaś objawił się kapitał przemysłowy, który gotowy jest posłużyć się argumentem siły, byle ograniczyć chińską potęgę, np. poprzez ruchy odśrodkowe w samych Chinach bądź dewastację łańcucha dostaw, co najłatwiej byłoby zrobić niszcząc jakiś strategiczny dla Pekinu ośrodek, np. będący w coraz lepszych relacjach z Państwem Środka Iran.

Tak wygląda dziś realny podział „partyjny” w Stanach Zjednoczonych: Pan Joe Biden to reprezentant finansjery, zaś Prezydent Donald Trump to lider frakcji przemysłowców.

Polacy w gotowości

Choć jest to w polskiej publicystyce temat tabu, to jednak nikt już nie powinien mieć wątpliwości, że przyszłość Rzeczypospolitej jest wprost zależna od decyzji podejmowanych w Białym Domu. Instalując amerykańskie wojska w Polsce, sami skazaliśmy się na rolę nieruchomego lotniskowca NATO w Europie Środkowo-Wschodniej.

Zgodność kolejnych rządów, czy to lewicy czy prawicy, w wysługiwaniu się amerykańskiemu imperium, doprowadziła do degradacji roli Polski i dziś już nie można liczyć na jakąkolwiek niezależność w ewentualnym konflikcie mocarstw. Przynajmniej dopóki nie pojawi się ktoś, kto grzecznie acz stanowczo, pogoni stąd US Army.

O ile relacje polsko-chińskie nie są jakoś szczególnie istotne dla omawianego problemu, o tyle niezwykle ważne są nasze stosunki z Federacją Rosyjską. Te, jak wiadomo, są fatalne i od ponad 10 lat nie widać choćby jaskółki, która mogłaby to zmienić, a to jest Amerykanom bardzo na rękę. W obu scenariuszach, czy to Bidenowskim czy Trumpowskim, Rosja jest bowiem kluczowa, a Polska może (a nawet na pewno będzie) pełnić rolę awangardy i/lub przedmiotu zwyczajowego politycznego handlu.

Możemy oczywiście temu wszystkiemu zaprzeczać i prężyć muskuły na kolejnych prowincjonalnych paradach, ale przecież nie wpłynie to na fakt, że ani ekonomicznie, ani politycznie ani tym bardziej militarnie, nie jesteśmy dziś bytem zdolnym do postawienia się Federacji Rosyjskiej.

Tymczasem Rosja jest w Waszyngtonie postrzegana jako klucz do rozwiązania chińskiego „problemu”. Plan przemysłowców wydaje się być prosty, żeby nie powiedzieć: prostacki. Pozyskać rosyjską neutralność, by poskromić Chińskiego Smoka, na przykład poprzez wywołanie wojny domowej (tu warto zwrócić uwagę już nie tyle na przegrany dawno Tybet, co na muzułmański Sinciang) lub wplątanie Pekinu w jakiś spór w bliskim sąsiedztwie. Od lat Ameryka szykowała się na taką ewentualność budując zaplecze w Korei Południowej, Japonii, Filipinach, Tajlandii, Kambodży czy w Indiach.

W ostatnich latach z tego zestawu wyłamał się Prezydent Duterte, ale to nie znaczy że sprawa jest przegrana.

Co Donald Trump mógłby zaoferować Moskwie w zamian za neutralność? Na przykład rezygnację z roszczeń co do wpływów w naszym regionie Europy. Wówczas całe 30 lat wiszenia u klamki kolejnych prezydentów USA wyjdzie polskim elitom bokiem. Niemożliwe? A czym niby przelicytujemy taką stawkę, gdy Ameryka walczy o przetrwanie? Pomnikiem?

Nieco bardziej podstępny, ale przez to dla Polski chyba nawet groźniejszy, jest plan zgromadzonej wokół Demokratów finansjery. Ci, odwrotnie, chcieliby zaoferować Chinom tak doskonałe warunki rozwoju, by to od Pekinu rozpoczął się „rozwód” rosyjsko-chiński. Amerykańscy liberałowie dysponują tak potężną siecią powiązań i ośrodków wpływów w całym euroatlantyckim świecie, że nie muszą posuwać się do wojen sensu stricto. To za rządów Baracka Obamy dochodziło do tzw. „arabskiej wiosny” czy Majdanu na Ukrainie.

Finansjera chce przede wszystkim Rosję zniszczyć od wewnątrz, by przejąć kontrolę nad tamtejszymi surowcami i tym samym zmusić Chiny do zgodnej kooperacji. Tutaj Polska odgrywałaby rolę agresywnej awangardy, np. wzywającej do kolejnych sankcji przeciw Rosji czy wykorzystującej bliskość geograficzną do siania niepokojów u sąsiada, czego sprawdzianem w jakimś stopniu była już Ukraina, a obecnie jest Białoruś. Nie trzeba przy tym chyba dodawać, że Moskwa będzie się musiała przed takim scenariuszem bronić?

Nadzieja w rozsądku

Ale przecież nie naszym. Kalkulacje amerykańskich elit mają tę wadę, że opierają się o założenie iż sojusz chińsko-rosyjski można w jakiś sposób podkopać. Bądźmy bowiem uczciwi: historia relacji Pekinu i Moskwy nie należy do najłatwiejszych. Jeszcze kilka lat temu oba byty funkcjonowały jakby oddzielnie, zaledwie się tolerując.

Przełom nastąpił dopiero w momencie, gdy Rosja straciła możliwość budowy poprawnych relacji z Europą Zachodnią, a Chiny zaczęły być dla Ameryki zbyt uciążliwą konkurencją. To pchnęło obie potęgi ku zgodnej współpracy dla wspólnego bezpieczeństwa.

Z eurazjatyckim mariażem Ameryka nie jest w stanie wygrać, nie gdy Smok i Niedźwiedź grają w jednej drużynie. Jeśli więc do takiego rozłamu nie dojdzie to i szaleńczy plan polskich podżegaczy wojennych nie będzie miał prawa się udać.

Swoją drogą, choć to pewnie odległa perspektywa, pojednanie chińsko-rosyjskie niech służy nam za  przykład. Porozumienie dwóch największych narodów Słowiańszczyzny byłoby historycznym osiągnięciem, którego Polakom i Rosjanom szczerze życzę.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tagi:
sankcje, Joe Biden, bank, PKB, Chiny, demokracja, Barack Obama, Ukraina, stosunki międzynarodowe, stosunki dyplomatyczne, USA, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz