16:07 25 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Sytuacja na Białorusi, wrzesień 2020 (152)
13993
Subskrybuj nas na

Wysiłek premiera Morawieckiego został doceniony. Unia Europejska przyjęła tzw. „pakiet dla Białorusi”. Czy to rzeczywiście nowy rozdział w najnowszej historii Europy Wschodniej, czy tylko okrzyk bezradności?

Gang Olsena

Szczerze mówiąc, niesamowicie trudno jest zrozumieć, korzystając z oficjalnych przekazów, na czym w istocie ma polegać ten wielki „plan” i jak miałby on pomóc Unii Europejskiej w obaleniu legalnych władz Białorusi. Czy chodzi o podobne reformy jak na Ukrainie? O tanią siłę roboczą i prywatyzację całkiem pokaźnego majątku narodowego Białorusi? Ale w jaki sposób, skoro ze strony Mińska nie ma przecież ku temu woli politycznej?

Powstaje miliardowy fundusz, który nie bardzo wiadomo komu i czemu ma służyć, więc najpewniej jego beneficjentami będą ci, którzy zajmą się jego obsługą. O tak, to na pewno. Z duża dozą prawdopodobieństwa można założyć, że decydenci będą chcieli przemycać duże środki na wsparcie dla białoruskiej opozycji, oczywiście pod pretekstem „pomocy” czy to dla „społeczeństwa obywatelskiego”, czy też sektora MSP, który jest tu postrzegany jako pas transmisyjny. Tylko jaki sens ma tak otwarta deklaracja?

Na Białorusi, gdzie gospodarka narodowa została zorganizowana zupełnie inaczej niż w Europie Zachodniej tzn. strategiczne zakłady pozostają w rękach państwa, a prawie połowa obywateli zatrudnionych jest w tym sektorze, małe i średnie przedsiębiorstwa nie stanowią aż tak dużej siły jak w Polsce czy innych podrzędnych europejskich państwach.

Wydaje się, że ktoś musiał wytypować konkretne segmenty białoruskiego społeczeństwa jako bardziej podatne na zachodnią propagandę i chce zrobić z nich mięso armatnie celem eskalacji konfliktu. Jeśli tak, to znaczy ni mniej ni więcej, iż Europa zdecydowała się wywołać na Białorusi wojnę klasową, stawiając na warstwy uprzywilejowane, zainteresowane w odebraniu zdobyczy socjalnych klasie pracującej. Dawno nie było to tak klarowne nigdzie na kontynencie. Tyle tylko, że to przecież umocni Aleksandra Łukaszenkę i jego wizerunek ludowego przywódcy.

Ogrom środków zostanie zapewne też przeznaczony na propagandę, która dociera na Białoruś m.in. przez producentów fake-newsów z Polski. Uczciwie trzeba przyznać, choćby oceniając skalę protestów w pierwszych tygodniach po wyborach, że to odniosło policzalny efekt, bo kolejne sensacje firmowane przez Stiepana Putiłę, docierały do sporej części białoruskiego społeczeństwa. I choć wiele z nich okazywało się potem bujdą, to jednak „łatwiej jest człowieka oszukać, niż przekonać że został oszukany”.

W tej „misji” pomocny może też się okazać Kościół Katolicki, którego symptomy nieposłuszeństwa wobec władz już można było zauważyć, a który akurat w Polsce jest instytucjonalnie silny i posiada swoje, wypracowane przez lata, wewnętrzne kanały komunikacji. Tyle tylko, że ile jest na Białorusi katolików?

To się nie dzieje naprawdę

Pomimo radosnego tonu obecnego we wszystkich, także „opozycyjnych” mediach w Polsce, nie jest jednak tak, że Unia Europejska przyjęła ten „plan Morawieckiego” z pełnym entuzjazmem. Znów, by to poprawnie rozpoznać, należy zwrócić uwagę na to czego się nie mówi. A niezwykle istotny jest fakt, iż z sankcji ostatecznie został wyłączony sam Prezydent Łukaszenka. To oznacza, że europejscy liderzy jednak nie są w stanie postawić wszystkiego na jedną kartę i obawiają się retorsji, a mimo werbalnego oporu, ciągle zdają sobie sprawę, że władza na Białorusi pozostaje niezachwiana.

Po drugie, co związane z poprzednim, nawet objazd Swietłany Cichanouskiej i jej odwiedziny  u kolejnych europejskich liderów, nie są przedstawiane jako spotkania z politykiem w randze prezydenta, a przecież gdyby faktycznie liderka opozycji została przez Europę namaszczona, to każde takie spotkanie kończyłoby się uroczystym uznaniem jej w funkcji „prezydenta na emigracji”. Emmanuel Macron i Angela Merkel będą sobie z Cichanouską robić zdjęcia, ale jednocześnie wiedzą, że jest ona co najwyżej kartą przetargową w relacjach z Białorusią i (zwłaszcza) z Rosją, a nie realną alternatywą dla Łukaszenki.

Można bowiem pokazywać bez przerwy te same zdjęcia i mnożyć w nieskończoność liczbę protestujących w Mińsku, ale nie wpłynie to na fakt, że dynamika protestu nieustannie spada. To już nie są liczby sięgające stu tysięcy.

Masowe wystąpienia okazały się mieć charakter incydentalny, związany z chwilowym oburzeniem konkretnych grup społeczeństwa białoruskiego, dodatkowo mobilizowanych przez wojnę informacyjną wypowiedzianą Łukaszence przez Zachód, ale nie zrealizowały ani jednego z celów należących do scenariusza „kolorowych rewolucji”.

Białoruś odchodzi na Wschód

Należy to jednak rozszerzyć. Nie doszło na Białorusi do jakiejkolwiek utraty jedności struktur państwa. Odejścia kilku ambasadorów czy milicjantów ze służby, ani nie pociągnęły za sobą masowych reakcji, ani też nie spowodowały utraty sterowności administracji.

Demonstracje poparcia dla Prezydenta Łukaszenki okazały się równie duże, a czasem nawet większe, niż pojawiające się coraz rzadziej wystąpienia opozycji. Wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, na którą tak bardzo liczyła opozycja, w ogóle nie przystępowała do strajków ogłaszanych średnio raz na tydzień przez bliżej niezdefiniowane „niezależne związki zawodowe”. Białoruś okazała się znakomicie zorganizowanym i wydajnym w realizacji własnych zobowiązań państwem. Naród zdecydował się nie podążać drogą Ukrainy.

Porażające prognozy zachodnich „ekspertów” odnośnie białoruskiej gospodarki, mogą może działać na podświadomość polskiego czytelnika, ale (być może celowo) omijają szerokim łukiem fakt dobrze prosperującej kooperacji Mińska z Moskwą i Pekinem. Już dziś Białorusko-Chiński Park Technologiczny jest największym pracodawcą na Białorusi. Aleksander Łukaszenka doskonale rozumie, że położenie w tym miejscu Europy może mieć strategiczne, geoekonomiczne znaczenie i nie zawahał się tego wykorzystać.

To Białoruś, a nie Polska, może być jutro „hubem” dla chińskiego eksportu do Europy. Nie bez znaczenia jest też współpraca z Rosją, która daje Białorusi dostęp do tańszych surowców, a to wprost oddziałuje na poziom życia Białorusinów.

Gdy Polska „dywersyfikuje” źródła dostaw i woli solidnie przepłacać, by „uniezależnić się od Rosji” – Białoruś nie obraża się na swoje miejsce na mapie, a przeciwnie: czyni z niego swoją siłę.

Cały ten wielki plan premiera Morawieckiego okaże się najprawdopodobniej tylko argumentem za podążeniem Białorusi drogą integracji, ale na obszarze poradzieckim, a nie z Unią Europejską. Otwarcie głoszona agresja polityczno-ekonomiczna raczej nie zachęci białoruskich mas do ukorzenia się przed żądaniami międzynarodowego kapitału.

Zresztą – nawet z czysto polskiej, patriotycznej perspektywy, nawet gdyby jakimś cudem udało się obalić Łukaszenkę, to przecież beneficjentem tego nie byłby żaden „polski kapitał”, bo taki zwyczajnie nie istnieje. Polska miałaby wykonać „mokrą robotę”, a śmietankę spiłby ktoś inny. Może więc i dobrze, że to się nie ma prawa udać?

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Sytuacja na Białorusi, wrzesień 2020 (152)
Tagi:
chiny, Emmanuel Macron, Angela Merkel, Unia Europejska, stosunki międzynarodowe, stosunki dyplomatyczne, współpraca, pomoc, Polska, protesty, wybory prezydenckie, Alaksandr Łukaszenka, Białoruś
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz