15:34 25 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
0 510
Subskrybuj nas na

W całej Europie za przejazd ciężarówką głównymi drogami pobierana jest taksa-myto. Czasem w postaci winiet, częściej przez system elektroniczny. A w Polsce znów nie wiadomo, jak to robić. podłączymy się do programu dla ciężarówek Via Toll.

Niedawno w telewizji obiecywano kierowcom, że to już koniec stania w kolejkach przed autostradowymi bramkami kasującymi za przejazd. Ma być pełna elektronika – aplikacja mobilna – chcesz przejechać przez bramkę, to się zarejestruj. Na autostradzie będą kamery, zeskanują numer rejestracyjny a system pobierze opłatę z twojego konta. Teoretycznie już dzisiaj można uprawiać takie sztuczki jeżeli podłączymy się do programu dla ciężarówek Via Toll.

Wie o tym doskonale Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów do spraw informatyzacji, który roztaczał przed telewidzami nowoczesną wizję śmigania po autostradach. Ale o V-T wolał nie wspominać; spróbujemy wyjaśnić dlaczego.

Bramownice powstawały z mozołem

W roku 2011 austriacka firma Kapsch Telematic Services wygrała przetarg na budowę systemu poboru opłat od ciężarówek jeżdżących szerokimi drogami i nazwała go Via Toll. Nad autostradami i nie tylko wznoszono ogromne bramownice (takie stalowe pomosty) z nadajnikami. Kierowca powinien mieć w kabinie specjalny odbiornik, który miał odpowiadać nadajnikowi, że właśnie zapłacił z karty stosowne e-myto. Konstrukcje powstawały powoli, choćby dlatego, że brakowało do nich elektryczności; często stawiano przy nich agregaty prądotwórcze (wymagające przecież stałej obsługi).

Kierowcy przeklinali ten pomysł, bo zabierał kasę; odbiorniki słabo informowały o braku gotówki na koncie, a kary za brak zapłaty mogły iść w tysiące złotych. Więc wybierali objazdy przez drogi powiatowe i gminne niszcząc je skutecznie. Powoli sytuację opanowywano, teraz telefon informuje szofera, że na karcie ma debet. I wtedy nie ma przebacz – trzeba zjeżdżać na najbliższy parking. Cały system przynosi do kasy państwa ponad dwa miliardy złotych rocznie, ale Kapsch bierze za jego obsługę prawie 200 mln zł. I to był pierwszy powód do bicia dla aktualnie rządzących: podstawowe hasło - zagraniczne firmy będziemy nacjonalizować.

Bolesne przedłużanie

Umowa z Austriakami obowiązywała do początków 2018 roku, a wtedy miał zacząć działać czysto polski Nowy Krajowy System Poboru Opłat. Jak można się było spodziewać tylko niepoprawni marzyciele wierzyli w takie cuda. Teoretycznie państwo przejęło zarządzanie systemem V-T, ale pod koniec tegoż roku, po długotrwałych negocjacjach, obsługę techniczną powierzono... Kapschowi. Bez przetargu, czym powinna chyba zająć się prokuratura. Nie było wyjścia: bez fachowej obsługi kierowcy znaleźliby się w siódmym niebie jeżdżąc bez opłat, a fiskus z dziurą w kasie.

Gigantyczne zamieszanie opisywali fachowcy Najwyższej Izby Kontroli. Instytucje państwowe (a było ich kolejno kilka), które miały zająć się obsługą systemu, nie pobrały (czytaj: nie kupiły) kompletnej dokumentacji technicznej V-T, więc nie wiedziały, co z nim zrobić w przypadku awarii. Austriacy nie frajerzy – podnieśli koszty obsługi o prawie 8 procent. W ostatnich tygodniach rozgrywał się następny akt tej tragifarsy. Po czterech latach od ogłoszenia planu budowy narodowego systemu poboru e-myta rządzący błądzą w lesie. Więc wspomniany Przemysław Koch, po cichu próbował znów przedłużyć umowę z Austriakami na kilka miesięcy. Ci się zgodzili na dotychczasowe warunki, a wszystko ustalono „na gębę

Mimowolną ofiarą tego kryminału – jak donoszą dziennikarze „OKO.press” - jest dyrektor Instytutu Łączności. Nie wiedzieć czemu to jego wyznaczono kiedyś na operatora finansowych kontaktów z Kapschem i on, po alarmach, że sprawa się sypie, został odwołany ze stanowiska. Na następcę powołano kogoś z otoczenia Pałacu Prezydenckiego, choć tam skomplikowane projekty cyfrowe raczej nie są prowadzone.

Satelitarny bat na kierowców

Rządzący mają swoje pomysły na pobór opłat, więc austriackich bramek nie będą stawiać. Stawiają za to na satelity i Krajową Administrację Skarbową. Do Sejmu trafił projekt poselski (trochę trudno ustalić autorów), więc obędzie się bez konsultacji z fachowcami. To skomplikowany dokument, wybieramy niektóre szczegóły.

Administratorem będzie skarbówka, czyli jakby to nowy podatek. Kierowcy dostaną do obowiązkowego zamontowania systemy nawigacyjne z urzędową aplikacją.

„Dane geolokalizacyjne przekazywane z urządzenia do KAS obejmują współrzędne geograficzne dotyczące pojazdu, jego prędkość datę i godzinę pozyskania tych współrzędnych, azymut środka transportu(...)” - czytamy w projekcie.

W praktyce będzie wiadomo, na przykład, kto do kogo i kiedy jedzie, a to po polsku nazywa się inwigilacja. Ci z ciężarówek będą mieli gorzej: do systemu muszą wprowadzić: markę, model, numer nadwozia, dopuszczalną masę całkowitą, rodzaj paliwa, rok produkcji, moc, PESEL, NIP i wiele innych danych. Jak zapomną to 3 tys. zł kary. Jak smartfon przestaje działać to na parking. Jest w tym jeszcze jeden ciekawy haczyk: jeżeli system oparto na technologii satelitarnej, to w każdej chwili można na mapie wyznaczyć następne drogi, gdzie zedrze się z kierowcy kilkadziesiąt złotych.

Kiedy to zacznie działać

Polskie banknoty i monety
© Depositphotos / Kalinovsky
Najprostsza odpowiedź: kiedyś, jeśli w ogóle. Fachowcy tłumaczą, że to wszystko nie jest takie proste, trzeba mieć rozbudowany know-how, gigantyczny zespół informatyków nie mówiąc o sprawnej organizacji. KAS nie ma w tym doświadczenia, a Główny Inspektor Transportu Drogowego zarządzający Via Toll słabo sobie z tym radzi (skoro nie ma pełnej dokumentacji), podobnie jak z egzekwowaniem należności z fotoradarów stacjonarnych.

W Sejmie podobno nad narodowym systemem poboru opłat pracują, ale raczej powoli. Można sobie wyobrazić, że za kilka miesięcy, kiedy znów wygaśnie umowa z Kapschem trzeba będzie znów negocjować i znów odprowadzać nad Dunaj miliony złotych. Choć może są to normalne koszty sprowadzania do kraju zagranicznych technologii.

Po co jeść tę żabę i wyważać otwarte drzwi? Niektórzy publicyści dopuszczają myśl, że komuś mocno nie zależy na zrywaniu umowy z Kapschem. Ale może to tylko takie „austriackie gadanie” - mówienie bez głębszego sensu i celu, ale też wróżenie – jak podaje Słownik Języka Polskiego. Podobno negocjacje z Kapschem miały się zakończyć w ubiegłym tygodniu, na razie cisza nad tą trumną...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tagi:
technologie, ciężarówki, pieniądze, finanse, gospodarka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz