06:39 31 Październik 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
8674
Subskrybuj nas na

Kiedy Polska staje się rekwizytem w amerykańskiej kampanii wyborczej – czy to znaczy, że wtrącamy się w wewnętrzne sprawy USA? Czy też USA w nasze?

W debacie z samym sobą, którą Joe Biden odbył w czwartek w związku z dezercją Donalda Trumpa, demokratyczny kandydat zarzucił obecnemu prezydentowi, iż „przytula do serca wszystkich zbirów tego świata” – wśród państw-zbirów wymieniając Białoruś, Polskę, Węgry, a także Koreę Północną.

Z drugiej strony – magazyn „The American Conservative”, będący głosem tradycyjnego konserwatyzmu w USA, zarzuca prezydentowi Trumpowi, iż nie jest prawdziwym prawicowcem, a jednym z kluczowych argumentów jest jego niedostatecznie bezkrytyczny stosunek do Prawa i Sprawiedliwości. 

Mam zabawną – choć niewesołą – refleksję, że w tej sprawie zgadzam się z prawakami.

„Po złej stronie historii”

Declan Leary, autor eseju w „The American Conservative”, atakuje Trumpa za zaangażowanie Georgette Mosbacher w zwalczanie homofobicznego dyskursu PiS. Ambasadorzyca USA, którą Leary opisuje z wdziękiem jako „salonową filantropkę” i „wieloletniego aparatczyka Partii Republikańskiej”, stała się twarzą listu 50 ambasadorów, którzy pouczali pisowski rząd, że „przyrodzona i niezbywalna godność każdej jednostki” obejmuje także osoby LGBT; udzieliła też PAP wywiadu, w którym przestrzegła polskie władze, że w sprawie walki z gejami są „po złej stronie historii”. Jak bardzo nie cieszyłoby mnie meritum tych wypowiedzi – ambasador „zaprzyjaźnionego mocarstwa” nie jest osobą, która powinna tego typu pouczenia wygłaszać.

I to właśnie napisał autor „TAC”: jego tekst to nietypowy w amerykańskiej publicystyce apel o niewtrącanie się w wewnętrzne sprawy innych krajów. Jest to zresztą apel, który stanowi jedną z cech wyróżniających jego środowisko polityczne z dominującego nurtu amerykańskiego dyskursu.

USA to republika, a nie imperium, i to powinno znaleźć odzwierciedlenie w naszej polityce zagranicznej. Preferujemy rozwagę, powściągliwość i realizm – politykę zagraniczną zgodną z konstytucją Stanów Zjednoczonych – od podżegania do wojny i terroryzowania świata liberalnym interwencjonizmem

– głosi credo „TAC”.

Dowód na szerszą ignorancję w sprawach polskiej kultury i polityki

W amerykańskiej narracji „liberalny” oznacza tyle, co „postępowy” – i w takim sensie trudno uznać, że brutalny interwencjonizm George'a W. Busha, który leży u podłoża rozwoju światowego terroryzmu i całego kryzysu uchodźczego – jest elementem „liberalizmu”. Ale poza tym – trudno, będąc człowiekiem lewicy, nie przyklasnąć postulatowi, żeby USA trzymały ręce przy sobie. Nawet, jeśli oznacza on także ochronę najbardziej ponurych elementów pisowskiej polityki.

Leary słusznie zarzuca Mosbacher „ignorancję w kwestii polskiej kultury, polityki i wartości”; stwierdza też, że „gdyby ambasador rzeczywiście szanowała fakt, że Polska jest krajem katolickim i miała choćby podstawowe pojęcie o tym, co to oznacza”, nie straszyłaby nas „złą stroną historii”.

Okopanie się na pozycji satelity USA czy potężna siła zmobilizowana w obronie tradycji?

Jako człowiek postępowej lewicy oczywiście chciałabym, żeby Polska nie była „krajem katolickim” – miejsce religii jest w życiu prywatnym i w budynkach sakralnych, a nie w polityce i ustroju państwa. Ale rozdział państwa i Kościoła – choćby w tak ograniczonym wymiarze jak zapisana w Konstytucji RP „wzajemna niezależność każdego w swoim zakresie” – to coś, co wywalczyć musimy sobie sami:

my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej.

Niedobrze jest, kiedy usiłuje nam to narzucać tzw. sojusznik. Tak zwany – bo sojusz zakłada pewne partnerstwo, a tymczasem wszystkie rządy ostatnich 30 lat (także, niestety, lewicowe), konsekwentnie pracowały nad okopaniem się na pozycji satelity USA.

Wiceprezydent USA Mike Pence z wizytą w Polsce
© AP Photo / Petr David Josek
W tym kontekście dość zabawnie brzmi pewien ton zawiści pobrzmiewający w tekście Leary'ego: „Polska wyróżnia się potężną siłą kulturową zmobilizowaną w obronie tradycji. Najbardziej nagłośnionym przejawem tego kulturowo-politycznego tradycjonalizmu było ustanowienie w całej Polsce „stref wolnych od LGBT". Strefy te są w dużej mierze symboliczne, reprezentując sprzeciw wobec ideologii, którą konserwatywni przywódcy postrzegają jako zagrożenie dla tradycyjnych obyczajów, a zwłaszcza jako demoralizujący wpływ na dzieci. Liderzy katoliccy i nacjonalistyczni, tacy jak prezydent Andrzej Duda, identyfikują ją jako ideologię zagraniczną, importowaną, przeciwstawną polskim wartościom. Trudno to nazwać tyranią. To dość standardowy konserwatyzm społeczny: opór wobec zmian, które grożą demoralizacją, zwłaszcza płynących z nieznanych i niepożądanych źródeł. Jedyną różnicą w stosunku do amerykańskiego konserwatyzmu społecznego jest to, że osiągnął minimum sukcesu – właśnie dlatego, że nie obawia się zgłaszać swoich żądań w dyskursie publicznym.

Skalę sukcesu PiS w klerykalizacji państwa trudno oczywiście określić mianem „minimum”. I także nasze – jako zwolenników postępu, rozumu, liberalnej demokracji i wartości europejskich – zadania nie są „minimalne”. I pewnie zajmie nam to dużo więcej, niż minimalną ilość czasu. Ale obejdziemy się bez amerykańskiej pomocy.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Żołnierze USA w Polsce: „Potencjalny agresor będzie widział, iż atak na Polskę mu się nie opłaci”
Fake news Bidena o „strefach wolnych od LGBT” w Polsce. Ambasada RP w USA reaguje
„Polacy wygrywają w wojnie o swój dom”: ambasador USA w Polsce w ogniu krytyki
Prezydent Duda podpisał ustawę o ratyfikacji umowy między Polską a USA
Tagi:
kampania wyborcza, wybory prezydenckie, Polska, USA
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz