02:47 24 Listopad 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
121072
Subskrybuj nas na

Jeżeli w Stanach Zjednoczonych jest rzeczywiście tak źle jak widać, to czy Amerykanie nie wybrali właśnie do władzy swojego Konstantina Czernienki? I czy następny nie będzie już ichni Gorbaczow, który położy kres światowej hegemonii USA? A jeśli tak, to jakby to przeżyła polska elita polityczna?

Zombie w natarciu

Tyle się nasłuchaliśmy ostatnio w polskich środkach masowego przekazu, jak to długo rządzi na Białorusi prezydent Alaksandr Łukaszenka i jak to do późnej starości rządzić w Rosji będzie prezydent Władimir Putin, a tymczasem na tydzień zapomnieliśmy o świecie, by fascynować się wyścigiem dwóch emerytów o najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych. I – cóż za zaskoczenie – nikt nie pokusił się nawet o pewną analizę porównawczą tak wcześniej podkreślanej symboliki wieku. A przecież mówimy w tym przypadku nawet nie tyle o czyichś „długich rządach”, co o tym, że dwie największe siły polityczne w najpotężniejszym ponoć imperium nie są w stanie wygenerować z siebie kandydatów do rządzenia innych, niż takich, którzy już na pewno mają przed sobą mniej niż… za sobą.

Nie chcę nikomu złorzeczyć, ale prawdopodobne objęcie urzędu prezydenta USA przez Joe Bidena w wieku 77 lat, to personalne odbicie schyłku, u którego znajduje się raczej całe amerykańskie imperium. Już samo to, że walka o władzę przyjmuje w tym kraju formy pozaprawne (wspierany przez Demokratów ruch Black Lives Matter, rozpaczliwe próby zatrzymania liczenia głosów przez Republikanów), pokazuje w jakimś stopniu rozłam wśród amerykańskich elit, których interesy stały się nie do pogodzenia w obliczu ekonomicznej porażki w niewypowiedzianej wojnie z Chinami.

Były wiceprezydent USA Joe Biden i prezydent USA Donald Trump
© AP Photo / Matt Rourke / Patrick Semansky
W osobie Bidena do władzy wraca kapitał finansowy mający ambicję nie tyle zatrzymywania Pekinu, co podporządkowania go własnym interesom i zabezpieczenia w ten sposób swoich dochodów. Tyle, że to już „marzenia ściętej głowy”, bo trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym do władzy w Chińskiej Republice Ludowej dochodzi nagle opcja obniżająca ambicje państwa i narodu do poziomu, w którym zostaną one po prostu dokooptowane do „pańskiego stołu”, przy którym od II wojny światowej karty rozdaje Wujek Sam. 

Donald Trump był zresztą nie mniej naiwny. Dziecinnie wierzył w to, że wystarczy zasłonić oczy i zagrożenie zniknie. Że wystarczy zbudować odpowiednio wysoki i uzbrojony mur, by rozwiązać nabrzmiałe problemy. Przy czym nie chodzi tylko o plan zatrzymania uchodźców z Ameryki Środkowej, ale także o trumpowską politykę ekonomiczną sprowadzającą się do izolowania gospodarki amerykańskiej od chińskiej za pomocą ceł czy innych sztucznie produkowanych kosztów. Kończący już raczej swoje urzędowanie prezydent z nadania Republikanów doskonale oddawał te uczucia, które przejawiał amerykański kapitał produkcyjny. Donald Trump próbował amerykańskie imperium wystawić na sprzedaż, upublicznić cennik usług, co zresztą w pewnym stopniu mu się udawało, choćby wtedy, gdy polski rząd decydował się na kolejne syte kontrakty dla US Army.

Polska w centrum żenady

No właśnie. Polska. Przez dobry tydzień żyliśmy praktycznie za oceanem. Przestał nas interesować Strajk Kobiet, przestała martwić pandemia koronawirusa, przestaliśmy nawet mnożyć liczbę demonstrantów na Białorusi. Amerykańskie wybory opanowały przestrzeń informacyjną właściwie w całym kraju. Wielu prawicowych komentatorów nie chciało się pogodzić z porażką obecnie urzędującego prezydenta, bo ta – co oczywiste – jest ostatecznym pogrzebem sztandarowego projektu prezydenta Dudy, czyli „Fort Trump”.

Niestety zmartwienia polskich neokonserwatystów są tu bezpodstawne. Ameryka Bidena oczywiście nie będzie nazywać bazy wojskowej nazwiskiem niedawnego rywala, ale akurat angaż USA w wydarzenia w Europie Środkowo-Wschodniej raczej wzrośnie niż spadnie.

Strajk Kobiet. Protesty ws. zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Tu jednak trzeba się na chwilę zatrzymać i napisać parę słów o obrzydliwym wręcz potoku żenady i serwilizmu w polskim Internecie, polegającym na upominaniu Andrzeja Dudy o rzekomo „mało wylewne” gratulacje dla Joe Bidena. Tego się po prostu nie dało czytać i słuchać. Opozycja domagająca się od konkurenta, by wystarczająco nisko pokłonił się przed Panem, to jakieś fatalne połączenie mentalności chłopa pańszczyźnianego z kompleksem utraconego imperium. Dla ogromnej rzeszy polskich polityków, komentatorów, artystów i w ogóle warstwy inteligenckiej najpilniejszą ambicją polityczną jest okazanie uległości wobec obcego organizmu i oczywiście nieśmiertelne „ale ten PiS miał miny”. Doprawdy, szanowna opozycjo, w imię tego dopominasz się o władzę?!

Z drugiej strony Polacy kształceni są w duchu „utraconego imperium” w postaci Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a że nie ma dziś najmniejszych szans na jego odbudowę, to są w stanie oddać ciała i dusze, by choć chwilę móc poczuć się uczestnikami życia innej potęgi, w tym wypadku amerykańskiej. Historiografia dorabia do tego zresztą całkiem solidną nadbudowę w postaci wspominania postaci Pułaskiego czy Kościuszki, podnoszenia do rangi kluczowej zupełnie marginalnych przypadków pomocy Ameryki (czy raczej pojedynczych Amerykanów) dla Polski np. podczas wojny 1920 roku, zrzutów paczek od „cioci UNRY” czy nawet fotografii dawnej Warszawy w wykonaniu Juliena O’Bryena. To daje nam – oczywiście tylko w naszym przekonaniu – prawo do odczucia choćby minimalnej wspólnoty z tym co amerykańskie. Nie potrafimy natomiast być partnerami, bo ciągle mamy w tożsamości „dorobek” ery feudalnej, więc sympatię umiemy okazywać tylko poprzez całowanie pańskiego pierścienia.

To gdzie wojna?

Wiceprezydent USA Mike Pence z wizytą w Polsce
© AP Photo / Petr David Josek
To, co jest jednak w tym wszystkim niepokojące, to historia, która pokazuje że żadne imperium nie rozpada się bez wcześniejszego podjęcia walki i w zasadzie nigdy nie zwija się samorzutnie, nie pociągając za sobą wielu nieszczęść, w tym także ofiar w ludziach. Znów nie chcę być złym prorokiem, ale zarówno żywotne interesy amerykańskiego kapitału spekulacyjnego jak i wcześniejsze zaangażowanie (i to osobiste!) Joe Bidena w przewrót na Ukrainie, świadczą o tym, iż terenem ekspansji znowu będzie nasz region Europy, zaś za awangardę amerykanizmu i „szpicę” robić będą kraje takie jak Polska i Rumunia. Cała nadzieja w tym, co mówi… liberalna opozycja, strasząca, że PiS ze swoją konserwatywną agendą nie będzie w stanie utrzymać dobrych relacji z USA. Oby!

Obszar Europy Środkowo-Wschodniej jest dla Ameryki istotny co najmniej z kilku względów. Po pierwsze, konkretne państwa tego regionu mogą blokować rozwój konkurencji ze strony Unii Europejskiej (i tutaj PiS może się z Bidenem dogadać znakomicie), po drugie nadal nie zostały skolonizowane takie państwa jak Białoruś czy Rosja (pierwsza w ogóle odrzuciła kapitalistyczny model rozwoju, druga opiera się na własnym kapitale narodowym) – a to jednak są miliony konsumentów, które pozwoliłyby odetchnąć wilkom na Wall Street. Po trzecie, wreszcie, Federacja Rosyjska jest jedynym państwem zdolnym przynajmniej do obrony konkretnych terytoriów przed amerykańską napaścią, co widzieliśmy choćby w Syrii, a w jakimś stopniu też określiło to rozwój sytuacji w dalekiej Wenezueli.

Uderzenie w strefę wpływów Moskwy z automatu zmusza Kreml do zaangażowania zasobów w obronę stanu posiadania i neutralizuje konkurencję z tej strony. O ile Donald Trump był w stanie iść z Rosją na coś w rodzaju „protokołu rozbieżności”, o tyle administracja Bidena będzie robić wszystko, by pod mniej lub bardziej przekonującym pretekstem zaatakować.

Mieszkańcy Warszawy
© Sputnik . Alexey Vitvitsky
Na podstawie tej krótkiej analizy sił i interesów, można zakładać niemal w ciemno, że pierwszym terenem wzmożonej ingerencji amerykańskiej będą Białoruś lub Ukraina. Ta pierwsza obroniła się przed nieudolnie organizowanym Majdanem, do którego oddelegowane zostały niespecjalnie dobrze przygotowanie Polska i Litwa, ale można spodziewać się teraz „dogrywki” w wykonaniu CIA. Ta druga zaczęła zaś wymykać się spod kontroli i to poważnie. O ile zwycięstwo Zełenskiego nie naruszyło jeszcze w znaczący sposób interesów USA w tym kraju, o tyle fakt, iż w kolejnych sondażach rośnie poparcie dla prorosyjskiej opozycji ukraińskiej, musi być dla Amerykanów niezwykle niepokojący i z pewnością będą chcieli to za wszelką cenę zmienić. Tak czy inaczej – dużo okoliczności każe nam przypuszczać, że zanim pojawi się w Ameryce gaszący światło Gorbaczow, to właśnie w naszym najbliższym otoczeniu może rozegrać się ostatni zryw upadającego hegemona… 

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Nowa marność Trzaskowskiego
Białoruś nie chce na zachód
Witold, nie szuraj!
Мinister Сzarnek i kanclerz Нitler
Tagi:
USA, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz