03:15 26 Listopad 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
9379
Subskrybuj nas na

Aktualny projekt Polityki Energetycznej Polski zakłada wdrożenie energetyki jądrowej w 2033 roku, docelowo ma działać sześć reaktorów jądrowych. Ostatnio ogłoszono, że dużo tutaj do powiedzenia będą mieli Amerykanie.

Betonowy skansen w pradawnej wsi

To było piękne miejsce. Góra ze wsią Kolkowo, pod nią owalne Jezioro Żarnowieckie zakończone wsią Kartoszyno, założoną w XIII wieku. Ten teren to jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Na Górze Zamkowej, u której podnóża jest położona miejscowość, odkryto pozostałości grodziska z okresu wczesnego średniowiecza (VIII-IX wiek). Kartoszyno pierwotnie należało do zakonu cysterek, następnie benedyktynek. W dwudziestoleciu międzywojennym w jego okolicach przebiegała granica polsko–niemiecka.

W 1973 roku obcięto wierzchołek góry i wydrążono w niej ogromny zbiornik. Do jeziora spuszczono rury kończące się, w niemal podziemnej, elektrowni. W nocy, kiedy kraj zużywa mało prądu, turbiny elektrowni pompują wodę do górnego zbiornika. W godzinach szczytowego zapotrzebowania na energię woda spada podziemną sztolnią i napędza generatory. Może tak zasilać krajową sieć przez pięć godzin.

Cała ta skomplikowana konstrukcja miała być tzw. akumulatorem energii dla elektrowni atomowej. W takiej wytwórni prądu nie da się szybko, w zależności od krajowego zapotrzebowania, zwiększać lub zmniejszać produkcji. Więc nocny nadmiar prądu miał właśnie napędzać turbiny tłoczące wodę na górę. Dodatkowo woda z jeziora mogła być wykorzystywana do częściowego chłodzenia urządzeń nowatorskiej siłowni.

Dobra lokalizacja

Układ geograficzny przesądził o lokalizacji Elektrowni Jądrowej Żarnowiec i pierwszych bloków atomowych w Polsce. O tej budowie władze zdecydowały w 1971 roku. Ale do realizacji było jeszcze daleko. Najpierw musiała być gotowa mniejsza wodna elektrownia szczytowo-pompowa (fachowa nazwa konstrukcji z górą i jeziorem). Jednocześnie trzeba było wymyślić, co zrobić z ludźmi z historycznego Kartoszyna, gdzie zaplanowano atomowy kompleks.

Dotychczasowa praktyka, jak przy tworzeniu Zalewu Zegrzyńskiego pod Warszawą czy zbiornika na Dunajcu w miejscu wsi Maniowy, była jednoznaczna – mieszkańców się wysiedli, a odszkodowania będą raczej symboliczne.

Ale lata minęły i przy tak nowoczesnej inwestycji nie wypadało już iść na skróty. Tym bardziej, że władzy zależało na roztaczaniu pozytywnego wizerunku przedsięwzięcia. Stworzono specjalne ekipy fachowców, którzy opowiadali na spotkaniach w okolicznych gminach, że diabeł nie taki straszny i elektrownia nie pozbawi krów mleka, a ludzie zyskają nowoczesne drogi, łącznie z linią kolejową. Mieszkańcom Kartoszyna, którzy dobrowolnie opuszczą gospodarstwa, oferowano (umiarkowane, na skalę możliwości państwa) odszkodowania. Kilkanaście rodzin nie chciało jednak opuścić ojcowizny. Choć dachy starych domów groziły wręcz zawaleniem, a reperować ich nie było wolno, bo to teren przyszłej inwestycji. I stał się cud: władza wysupłała pieniądze na budowę zupełnie nowej wsi kilkanaście kilometrów dalej, na terenach dużego PGR-u.

Oglądaliśmy te nowocześnie, jak na tamte czasy, zaprojektowane, kompleksowe zabudowania. A przeprowadzani mieszkańcy zabierali stare tabliczki adresowe, aby powiesić na nowych domach i ustalili, że to miejsce będzie się nazywać Nowe Kartoszyno. Ze łzami w oczach opowiadali, że teraz już nie boją się elektrowni atomowej.

Lanie betonu

Inwestycja ruszyła wiosną 1982 roku, kilkanaście miesięcy później ZSRR i PRL podpisały umowę o współpracy przy budowie. Poważne prace przy betonowaniu potężnych fundamentów zaczęły się pod koniec 1985 r. Mieszkańcy okolicznych wsi przeżywali horror – dzień i noc jeździły betoniarki, bo jak zaczęto lać beton, to nie można było tego przerywać.

I nagle totalne nieszczęście: wybuch w Czarnobylu. To oczywiście zmieniło nastroje społeczne, akceptujących budowę w Żarnowcu ubywało. Choć poważne autorytety wyjaśniały, że przyczyną były nieodpowiedzialne ludzkie błędy i że przy nowocześniejszej technologii, jaką zaplanowano w polskim wydaniu, taka awaria się nie zdarzy.

Zaczęto też prace nad lokalizacją drugiej elektrowni EJ Warta. Ale prawa ekonomii są nieubłagane: w 1988 roku wstrzymano finansowanie inwestycji, po prostu budżet państwa wyczerpał się. Przez dwa lata eksperci pracowali nad opiniami mającymi dać odpowiedź na podstawowe pytanie: co dalej? Wreszcie we wrześniu 1990 r. premier Tadeusz Mazowiecki decyduje o porzuceniu przedsięwzięcia, a „Elektrownia Jądrowa Żarnowiec w budowie” zostaje postawiona w stan likwidacji.

Z zastrzeżeniem, że do budowy reaktorów będzie można wrócić po piętnastu latach. Tysiące drogich urządzeń stało się bezużytecznych - dwa z czterech reaktorów zezłomowano, jeden sprzedano za symboliczną kwotę fińskiej elektrowni jądrowej Loviisa, a ostatni trafił do Centrum Szkoleń Elektrowni Jądrowej Paks na Węgrzech.

Ile to kosztowało

Dzisiaj tereny niedoszłej inwestycji to betonowy zamknięty skansen. Ochrona pilnuje, aby ludzie się nie szwendali, bo to po prostu niebezpieczne, a ukraść nie ma co. Ale chętnych do oglądania tych ruin-nie ruin nie brakuje. Może się jednak do czegoś przydadzą, bo przecież to były solidne konstrukcje o trwałości przewidzianej na dziesięciolecia. Zwykłe budynki administracji, stołówki czy szatnie dawno wyburzono.

W 1990 roku eksperci Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów policzyli, że inwestycja, od początku jej prowadzenia pochłonęła ponad 500 milionów dolarów. Gdyby uwzględniać inflację wyszedłby okrągły miliard czyli ponad 4 miliardy złotych. Choć zagraniczni eksperci wspominali kiedyś o dużo wyższych kwotach.

Takie różne skojarzenia

Co nie wyszło? Przecież w tamtych latach poważnie rozważano postawienie na istniejących fundamentach reaktorów fińskich mających dużo lepszą „prasę” niż radzieckie.

Zdaniem Tadeusza Syryjczyka, wtedy ministra przemysłu odpowiedzialnego za energetykę, na porażkę projektu EJŻ złożyły się trzy czynniki. Po pierwsze: jedni eksperci, związani z profitami wynikającymi z uczestnictwa w budowie elektrowni, mocno argumentowali – za. Inni, związani z opozycją antyrządową – przeciw.

Węgiel
© Sputnik . Alexandr Kryazhev
Po drugie: opinia publiczna po katastrofie czarnobylskiej nie przyjmowała żadnych racjonalnych argumentów – organizowano wiele inicjatyw z podstawowym hasłem – „Nigdy atomu w Polsce”. Trzeci wydaje się najważniejszy: nie było poprawnej prognozy bilansu energetycznego państwa. Zakładano duży wzrost zużycia prądu, więc potrzeba więcej własnych elektrowni. O oszczędzaniu przy dotowaniu cen energii nikt nie będzie myślał. Jedynym wyjściem dla lobby energetycznego było: trzeba zwiększyć ilość produkcji prądu, oczywiście finansowaną przez budżet państwa, czyli... obywateli.

Nie trzeba mieć wybitnej pamięci, aby skojarzyć te argumenty z dzisiejszymi postulatami górnictwa węglowego. Ale wtedy państwo było faktycznie na skraju zapaści finansowej i premier Mazowiecki już nie miał skąd wziąć pieniędzy na kontynuowanie wielkiej, sztandarowej budowy Żarnowca. Czy coś nam się kojarzy...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Amerykanie podarują Polsce atom?
Rosyjski atom „ciągnie do Europy”
Polska energetyka: jednak postawimy na atom?
Tagi:
sektor energetyczny, energetyka atomowa, energetyka jądrowa, energetyka, Polska, wojna jądrowa, siły jądrowe, broń jądrowa, atak jądrowy
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz