11:42 25 Listopad 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
12391
Subskrybuj nas na

Wzrost opłat za odbiór śmieci i dostawę prądu do mieszkania czy domu to ostatnio dyżurne tematy w mediach. W pierwszym przypadku – jak podkreślają specjaliści – mamy do czynienia z wyjątkowym bałaganem. Inaczej jest z opłatą za dostawę energii elektrycznej. Tu państwo ma dużo do powiedzenia – przynajmniej teoretycznie.

Każde miasto, miasteczko, gmina realizują własne pomysły na zabieranie śmieci i wysokość opłat za tę usługę. W wielu przypadkach firmy utylizacyjne korzystają z elementarnego braku wiedzy samorządowców – jak to zorganizować – i robią na tym niezłe biznesy. Krańcowy opisywany przypadek wyglądał tak: jedna firma wywoziła śmieci do lasu (brała pieniądze za odbiór odpadów), a druga oczyszczała te wysypiska i też brała za to pieniądze – w tej samej gminie.

Oczywiście samorządowcy mogą skorzystać z doświadczeń mądrzejszych rozwiązań, tak krajowych jak i zagranicznych, ale to jeszcze potrwa. Rządzący państwem bardzo umiarkowanie interesują się tym problemem. Tylko płacić, coraz więcej za odbiór śmieci, trzeba już dziś.

Inaczej jest z opłatą za dostawę energii elektrycznej. Tu państwo ma dużo do powiedzenia – przynajmniej teoretycznie. Teoretycznie też o interesy obywateli i przedsiębiorców powinno dbać. Ma do tego narzędzie – Urząd Regulacji Energetyki (URE) – władny blokować nadmierne apetyty wytwórców tejże energii na podwyższanie cen za dostawę. Ale jako się rzekło: tylko teoretycznie.

Opłata mocowa

Elektrownie, wytwórcy prądu to spółki skarbu państwa, czyli praktycznie firmy państwowe. Lecz ich szefowie, jeżeli chcą chociaż trochę posiedzieć na swoich fotelach, muszą wykazać się zyskiem z działalności firmy. Aby zarobić domagają się podwyżki ceny swojego produktu – prądu. URE, też urząd państwowy, analizuje ich coroczne podania, te z sugestią podwyżki. Albo się zgadza, albo nie.

Wtedy elektrownie sięgają po drugi wariant – opłatę mocowa, już w praktyce, niezależną od URE. Mówiąc w dużym skrócie: w ogólnokrajowej sieci musi płynąć prąd. A to oznacza, że bloki energetyczne muszą działać na okrągło – czy wytwarzany przez nie prąd jest akurat potrzebny czy nie. A ta gotowość do natychmiastowego działania, na wezwanie Państwowej Dyspozycji Mocy, kosztuje.

Ktoś musi za to zapłacić – czytaj państwo, czytaj – końcowi odbiorcy czyli obywatele i zakłady zużywające energię.

Dymiące kominy elektrowni węglowej w polskiej miejscowości Bogatynia, widoczne ze strony Czech
© AP Photo / Petr David Josek
Figiel w tym, że w różnych elektrowniach koszt utrzymywania generatorów w gotowości kosztuje różnie. W zależności od ich stanu technicznego (stare albo nowe) i paliwa, jakim opalają piece wytwarzające parę wodą napędzającą turbiny. I tu leży, przysłowiowy pies pogrzebany. Opłata mocowa pobierana jest od wszystkich odbiorców (obywateli, właścicieli zakładów) bez względu na to, czy otrzymują prąd z nowoczesnej elektrowni (gdzie koszty, a więc i cena produktu powinna być niższa), czy z dużo starszej, która w zasadzie powinna już iść na emeryturę. Lecz u nas nie obowiązuje drapieżny kapitalizm, takiej starej wytwórni nie zamyka się z dnia na dzień.

Ale to pryszcz wobec cen paliwa – węgla – podstawy w naszych elektrowniach. Tu rządzi tylko polityka rządzących, a obywatele mogą, co najwyżej, smętnie patrzeć na rosnące rachunki za energię.

Obowiazek utrzymywania kopalni

Wydobywanie węgla w Polsce – podstawowego paliwa dla elektrowni – od lat wymagało finansowego wsparcia budżetu. Z opublikowanego niedawno raportu Najwyższej Izby Kontroli można się dowiedzieć, że od początku ubiegłego roku ceny węgla z importu były niższe o 20-40 procent od krajowego. Wcześniej też - o czym świadczył przykład elektrowni Dolna Odra sprowadzającej paliwo aż z Kolumbii. Taki pomysł miał dać tej elektrowni oszczędności rzędu 100 mln zł rocznie. Ale takie rozpasanie spotkało się ze zdecydowaną reakcją rządzących, wymuszone, nie ma co ukrywać, przez górników.

Więc skonstruowano szatański pomysł związania elektrowni z kopalniami: my wydobywamy węgiel, a wy musicie go kupić. Koszty wydobycia są nieistotne, elektrownie odbiją sobie straty na podwyżce cen sprzedaży prądu. Efekt można zobaczyć w analizie międzynarodowego think tanku Ember, gdzie czytamy: uzależnienie Polski od kosztownego krajowego węgla sprawia, że ma ona obecnie najdroższą energię elektryczną w Europie.

Ale po co nam europejskie wyliczenia, można skorzystać z rodzimych mediów. Portal „WysokieNapięcie” opisuje wydatki Polskiej Grupy Energetycznej – największego producenta energii elektrycznej w Polsce. Węgiel musi kupować od Polskiej Grupy Górniczej – największego zarządzającego naszymi kopalniami, jedynymi dostawcami do wspomnianej PGE. Tu nie ma dyskusji – za paliwo trzeba płacić tyle ile kopalnie zażądają. Konkretne dane są tajemnicą spółki energetycznej, ale wnikliwi dziennikarze oszacowali: za każdą tonę zakupionego miału węglowego trzeba dać ponad 300 złotych. To złodziejska propozycja, kiedy z innych kopalń można byłoby kupić za jakieś 260 zł, a z importu jeszcze taniej. Pamiętajmy, że chodzi o miliony ton węgla rocznie. Ale rządzący zabronili takich interesów – trzeba wspierać biedne kopalnie.

Kogo boli cena prądu

Niedawno spółka ArcelorMittal ogłosiła zamknięcie działania wielkiego pieca w krakowskiej hucie. Jednym z podstawowych powodów były ceny energii elektrycznej – nie do wytrzymania. Z podobnych powodów bankrutuje Huta Częstochowa – każdy z tych zakładów zużywa ogromne ilości prądu, więc każdy grosz podwyżki się liczy.

Przedsiębiorcy, właściciele większych i mniejszych zakładów kombinują jak koń pod górę – albo własne elektrownie gazowe, albo panele korzystające ze słońca (ale to wystarcza tylko na oświetlenie hal), albo prąd z importu. Specjaliści wyliczyli, że import tańszego prądu był w ubiegłym roku rekordowy, a w tym będzie jeszcze większy. Rządzącym to się nie podoba, ale nie bardzo jest jak to zablokować. Bo mamy połączenia sieci z naszymi sąsiadami na wschodzie i zachodzie, także przez Bałtyk i zwyczajnie „chochlować” się nie da.

Choć przymiarki trwają – jak się zlikwiduje w kraju tzw. giełdę energii, to wszyscy będą musieli kupować polski prąd.

Naturalnie duże fabryki będą mogły szukać jakichś manewrów, ale przeciętny Kowalski szanse ma mikre. Może zmieniać dostawcę, lecz zyski z tego tytułu będą groszowe, a kłopotów z papierami dużo. No i co najważniejsze – my szaraki nie możemy zamówić sobie tańszego prądu z importu. Fachowcy policzyli, że przeciętne gospodarstwo domowe dopłaci do rachunków więcej niż 120 zł rocznie. Oczywiście dodatkowe obciążenie będzie zależeć od szacunków zużycia energii przez klienta. Swoją drogą – jakie trzeba mieć komputery i ilu ludzi zatrudnić aby to wszystko przeliczać? Biegli w wielkich rachunkach wyliczyli, że ze wszystkich odbiorców energii elektrycznej trzeba ściągnąć ponad 4 miliardy złotych „opłaty mocowej”, ale i tak wątpliwe, czy to wystarczy na utrzymanie w ruchu elektrowni i nierentownych kopalni dostarczających paliwo – węgiel.

A może by tak skorzystać z ostatnio rzuconej na rynek oferty Białorusi. Właśnie uruchomiła swoją elektrownię atomową i zadeklarowała dostawy energii elektrycznej po konkurencyjnych cenach.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Unijne 720 mln euro na Baltic Synchronization Project. Co z tego będą miały państwa bałtyckie?
Czy „Zielony Ład” zadecyduje, kiedy zamkną ostatnią kopalnię?
A jednak można zamykać kopalnie
Tagi:
elektrownia atomowa, Europa, Kolumbia, węgiel, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz