02:46 24 Listopad 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
7167
Subskrybuj nas na

Rozgorzała w Polsce dyskusja na temat spodziewanego veta rządu Zjednoczonej Prawicy wobec budżetu UE, a konkretnie przeciwko powiązaniu wypłat unijnych środków z przestrzeganiem zasad praworządności. Czy rzeczywiście chodzi tylko o to?

Nam mniej wolno

Tak naprawdę samo „veto” jako technika służąca osiągnięciu konkretnych celów nie jest niczym nowym w polityce w ogóle, a tym bardziej w Unii Europejskiej. UE powstawała jako swoista konfederacja państw narodowych i możliwość zablokowania konkretnych zmian przez te państwa miała być ewentualnością zabezpieczającą ich żywotne interesy. Z drugiej strony miało to zmusić same instytucje unijne do tego, by w swoich strategicznych działaniach uwzględniały w maksymalnie możliwy sposób interesy podmiotów tworzących wspólnotę, czyli wspomnianych państw narodowych właśnie.

Oczywiście nam tu w Polsce kojarzy się to głównie z „liberum veto”, które poniekąd słusznie bywa oskarżane o znaczący udział w rozbiciu Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale to jednak był przykład dość skrajny, a i Polska wcale nie jest w czołówce państw UE, które z veta najczęściej korzystają.

Pokrętna logika

W całym sporze chodzi więc oczywiście o politykę, ale i to ma głębsze podstawy, niekiedy tkwiące w spaczonej tożsamości polskich elit opiniotwórczych. Bo jeśli „jedność Unii Europejskiej” określana jest przez polskich polityków jako dogmat polskiego interesu narodowego, to znaczy tylko tyle, że traktujemy wspólnotę dużo hojniej niż ci, którzy ją tworzyli i którzy de facto nadal pozostają jej największymi beneficjentami. Czy Niemcy przy okazji skorzystania z veta są przez tych samych ludzi oskarżani o europejskie rozbijactwo? Jakoś tego nie słyszymy ani nie czytamy w komentarzach.

Oczywiście naczelną rolę odgrywa też u nas „interes Putina”, który w takich dyskusjach pada niezwykle często i również w formie doktrynalnej funkcjonuje jako coś wobec czego powinniśmy zrobić dokładnie na odwrót. To dość wygodne: wymyślić sobie co akurat sądzi rosyjski prezydent i próbować z tym walczyć.

O ile jednak do tego co powyżej idzie się przyzwyczaić, o tyle niezwykle ciekawa jest też dyskusja ekonomiczna, polegająca na straszeniu Polaków, iż veto rządu polskiego wobec budżetu UE oznaczałoby zawieszenie wypłat dla Polski (tutaj zwykle liberałowie mają ten jeden jedyny moment, gdy nagle kochają rolników) i w ogóle katastrofę polskich finansów publicznych.

Z litości pomińmy już odpowiedź na pytanie, w jakim miejscu jest państwo, które swoje prognozy budżetowe musi opierać o kroplówkę z zewnątrz, natomiast cała ta retoryka jest o tyle zabawna, że przecież wygłaszają ją ci sami, którzy popierają powiązanie budżetu UE z praworządnością czy „praworządnością”, a więc nie kryją się z tym, że są gotowi poprzeć odebranie Polsce funduszy unijnych. Logika dość pokrętna.

Tyle tylko, że nie jest prawdą, iż PiSowskie veto zablokuje w całości środki europejskie. Owszem, znacząco je ograniczy, ale z głodu (tak od razu) nie umrzemy.

Expose premiera Mateusza Morawieckiego
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Unia Absolutna?

Polska i Węgry do tej unijnej praworządności uparcie dodają słynne trzy literki: tzw. Przyjmując jednak tę wersje, że to tylko europejski kij, który znalazł się głównie po to, by ukrócić samowolę Warszawy i Budapesztu, czyli traktując politykę jako stracie nie tyle idei co realiów, trzeba jednak odnotować, że nikt PiSowi i Fideszowi nie zabraniał nawiązać z innymi państwami na tyle poprawnych relacji, by te nie blokowały ich rządów. Viktor Orban zresztą występuje tutaj w nieco innej roli niż Jarosław Kaczyński. On akurat bardzo długo utrzymywał się w głównym nurcie UE, natomiast udało mu się opanować państwo węgierskie w dużo większym stopniu niż liderowi PiS, i jego polityczny potencjał stał się dla Europy zwyczajnie nieznośny. Prawo i Sprawiedliwość od lat znajduje się na bocznym torze, a po Brexicie nawet nie posiada żadnego istotnego partnera w samym Parlamencie Europejskim.

Euroentuzjaści nie ukrywają jednak, że Unia Europejska to wg nich także „wspólnota wartości” i tutaj zaczyna się duży problem. Bo czy to oznacza, że Bruksela ma uzyskać instrumenty bezpośredniej ingerencji w prawo państw narodowych nawet tam, gdzie nie jest ono istotnie związane z obowiązkami wynikającymi z członkostwa? No i: gdzie i jakie to będą wartości? Łatwo się to popiera, gdy jest się po prostu w opozycji do PiS i widzi się w tym doraźny interes, ale czy eurofile nie chcą w ten sposób stworzyć groźnego precedensu na przyszłość?

Wyobraźmy sobie np. sytuację, gdy w którymś kraju UE wygrywa opcja lewicowa, chcąca dokonać nacjonalizacji jakiegoś sektora gospodarki i rzuca się na nią cała „wspólnota wartości” broniąca prywatnej własności środków produkcji. To oczywiście już teraz byłby problem, ale póki co Bruksela nie ma jeszcze realnego instrumentu wpływu. Po przeforsowaniu proponowanych zmian – może go uzyskać.

Sama „praworządność” – w czysto definicyjnym swoim znaczeniu – jest dorobkiem cywilizacyjnym, związanym z końcem epoki absolutyzmu. Oznacza tylko tyle, że państwo swoim trybem ustala prawo i stosuje środki celem jego egzekucji. Litera prawa jest ponad wolą polityczną kogokolwiek. Czy w Polsce mamy z tym problem? Niewątpliwie, ale przecież nie tylko jedna strona. Widać to doskonale choćby teraz, gdy dotychczasowi „obrońcy konstytucji” wcale nie domagają się publikacji wyroku TK ws. aborcji, mimo iż władza posługuje się dokładnie tą samą, absolutnie niepraworządną techniką, co u swoich początków w roku 2015. I jest to nauka nie tyle na temat PiS czy opozycji, ale na temat społeczeństwa w ogóle. Bo prawo zawsze ustępuje przed siłą i od siły jest zależne. Niepodległa Polska w 1918 roku narodziła się zupełnie wbrew prawu i to trzech państw jednocześnie!

Wola boska czyniona rękami Tatarów

Spór nie dotyczy więc samej filozofii prawa, bo przecież o znajomość tak skomplikowanych zagadnień nie możemy posądzać polskich polityków, ale o rolę Polski w Unii Europejskiej i o władzę w samej Polsce również. Koncesjonowana liberalna opozycja wraz ze swoim lewym skrzydłem skalkulowały bowiem, że skoro Polacy należą do czołówki euroentuzjastycznych narodów UE, to gra świeczki warta i trzeba ich przekonać, że dalsze rządy PiS to zagrożenie dla samego bytu Rzeczypospolitej we wspólnocie. Liderzy tej formacji nie przerobili jednak wystarczająco psychologii społecznej.

Amerykański senator Joe Biden i przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Andriej Gromyko, Kreml,14.01.1988 r.
© Sputnik . Władimir Rodionow
Zaskakująco (dla naszych komentatorów) wysokie okazało się poparcie polskiego społeczeństwa dla ewentualnego veta budżetowego w wykonaniu rządów PiS. A to przecież bardzo prosty mechanizm związany z interesem stada. O ile stado czuje, że zagrożenie dla niego nadchodzi z zewnątrz, o tyle narasta w nim poczucie jedności, to jeden ze starszych mechanizmów obronnych u zwierząt prowadzących swoje życie we wspólnotach. Im bardziej ta wspólnota jest rozwinięta, tym bardziej narasta efekt.

Nie chcę tu wyjść na jakiegoś obrońcę PiSowskiej polityki zagranicznej. W rzeczywistości znajduje się ona bowiem między tymi zasiekami, w których ramach operuje liberalna opozycja.

Przekonanie o bezalternatywności Unii Europejskiej jest przez PiS podzielane w stu procentach. To właśnie związani z PiS ćwierćinteligenci odpowiadają za podburzanie w Polsce nastrojów antyrosyjskich i do tej koncepcji chcieliby również zaprzęgnąć europejską wspólnotę. PiS w tym wypadku broni tylko swojej władzy, ale być może zupełnie bezwiednie robi też przy okazji coś dużo ważniejszego…

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Wybory w USA a sprawa polska
TVPandemia
MSZ Niemiec: W grę wchodzi dużo pieniędzy, pomimo weta Polski i Węgier znajdziemy rozwiązanie
Witold, nie szuraj!
Rany Julek
Trzaskowski o wecie Polski ws. budżetu UE: To samobójcze przedsięwzięcie
Tagi:
pieniądze, budżet, UE, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz