19:10 28 Listopad 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
7405
Subskrybuj nas na

Kto się założy, że nie będzie polskiego weta do budżetu UE? Od lat z radością powtarzamy „Mateuszek kłamczuszek” – ale wierzymy mu skwapliwie, jak tylko zapowiada, że zrobi coś głupiego.

Zawetowanie budżetu Unii – a szczególnie Funduszu Odbudowy – byłoby gospodarczym samobójstwem. Opowieści, że prowizorium budżetowe jest równie dobre albo i lepsze od nowego budżetu UE, są absurdalne – środki z prowizorium można wydawać tylko na istniejące już projekty i zadania, nie można zacząć żadnych nowych programów, co wobec konieczności działania gospodarki w całkiem nowych realiach po pandemii jest naprawdę złym pomysłem.

Ta żaba nie wymaga zjedzenia

Co gorsza, jeśli Polska z Węgrami zawetuje Fundusz Odbudowy, niewykluczone, że kraje, które nie mają focha na tle praworządności, zrezygnują z dotychczasowego projektu i stworzą sobie własny, bez nas. I do tego, z naszym wetem czy bez niego, przepis wiążący wypłaty z praworządnością obowiązuje – więc cała ta żaba naprawdę nie wymaga zjedzenia.

Unia Europejska. Polska
© AP Photo / Gregor Fischer
Morawiecki to wszystko wie, bo nie jest idiotą. Ale co miał powiedzieć, kiedy Ziobro szantażuje go zarzutami o zdradzie ojczyzny i utracie suwerenności, a 57 procent Polaków, z bardzo bladym pojęciem co do istoty sporu, popiera weto jako odwet za powiązanie funduszy z praworządnością – bo nie będzie Niemiec pluł nam w twarz? Morawiecki musi wznosić patriotyczne okrzyki – jak w środę w Sejmie – i grać na czas, aby rozwodnić tę awanturę. Co już raz mu się udało latem, kiedy zatkał Ziobrze gębę kompletnie nic nieznaczącym zapisem „Rada Europejska szybko powróci do tej kwestii”. Dziś chcący zachować anonimowość politycy Solidarnej Polski łkają w mediach, że trzeba było wetować w lipcu i oni to wiedzieli, ale odpuścili bo „premier ich okłamał”.

To nie premier ich okłamał, tylko prezes im nie pozwolił przepchnąć przez rząd albo Sejm uchwały zobowiązującej premiera do weta.

Uzyskaliśmy najwięcej jak było można. Wiem, że zdarzają się krytycy przyjętych rozwiązań – nawet w naszym obozie. Chcę im powiedzieć, że bardzo się mylą

– skarcił wówczas ziobrystów Jarosław Kaczyński.

Czyżby był to jednorazowy odruch niezgody?

Dziś sytuacja się zmieniła – albowiem zmienił się Jarosław Kaczyński. Jego dziwaczne i nieprzewidywalne wybryki ostatnich tygodni – przede wszystkim „piątka dla zwierząt” i zaostrzenie zakazu aborcji – wskazują, że prezes Polski zakończył swój związek z rzeczywistością.

Dobitnie potwierdzają to wydarzenia ostatnich dni, kiedy Jarosław Kaczyński znienacka odwiesił trzynastkę posłów ukaranych za głosowanie przeciwko „piątce dla zwierząt”.

Prezes w swoim obecnym stanie może sądzić, iż jest to bardzo przebiegłe posunięcie, albowiem w ten sposób wybija broń z ręki zdrajcy Kołakowskiego, który zapowiedział opuszczenie PiS-u i założenie koła, które będzie władzę popierać, ale po uważaniu. Poseł Kołakowski to wypróbowany towarzysz, dzielący z prezesem polityczny los jeszcze od czasów Porozumienia Centrum, toteż jego zdrada musiała Kaczyńskiego szczególnie zaboleć. Ale rozkosz zemsty nad zaprzańcem to wygórowana cena za sygnał, jaki ta decyzja wysyła do struktur partii: że można wykazać bezczelną niesubordynację, a potem zaszantażować prezesa odejściem i grzechy zostaną odpuszczone.

Wagę tego wydźwięku dość nieskutecznie usiłował pomniejszyć marszałek Terlecki, tłumaczący, iż posłowie zostali przywróceni, gdyż „po wyjaśnieniach okazało się, że był to jednorazowy odruch niezgody na co, z czym się nie zgadzają”. Nie powiedział natomiast – co zdaje się w tej kwestii kluczowe – czy Kaczyński uzyskał od buntowników gwarancję, że rzeczywiście akt niezgody był jednorazowy; ergo, za następnym razem zagłosują za „piątką dla zwierząt”. Co oznacza, że zapewnienia takiego nie uzyskał.

Poseł-buntownik nie wygląda na „psa z podwiniętym ogonem”

Sytuację dodatkowo pogorszyło spotkanie Kaczyńskiego z Kołakowskim. Nie tylko dlatego, iż kluczowym argumentem posła-buntownika było to, iż od pół roku nie mógł się doprosić audiencji u prezesa partii – chodź oczywiście nauka z tej lekcji nie pójdzie w las: wystarczy rzucić kwitem i Kaczyński znajdzie dla ciebie czas. Ważniejsze, że mimo pokornego tonu i dziecięcej wdzięczności za spotkanie poseł Kołakowski tak naprawdę nie wycofał się ze swojej deklaracji o odejściu z partii.

Co więcej: przyprowadził do Sejmu Michała Kołodziejczyka, bojowego prezesa Agrounii, skutego ostatnio na protestach przeciwko rządowi – a na okrasę jeszcze Gabriela Janowskiego. Nie jest to zachowanie działacza, który wraca na łono partii z podwiniętym ogonem. A nawet jeśli Kołakowski ostatecznie zostanie w PiS, raczej trudno liczyć na to, żeby poparł „piątkę dla zwierząt” – a przecież o to bezkrytyczne wsparcie dla ustawy, płynącej z miłości prezesa do kota, chodziło w całej tej awanturze.

Rowiązanie dla Morawieckiego

Wyraźna słabość Jarosława Kaczyńskiego stawia Mateusza Morawieckiego w nowej sytuacji. Dotychczas w wojnach z Ziobrą mógł liczyć na prezesa. Teraz jest najwyraźniej sam – co Ziobro także rozumie, stąd jego buńczuczne deklaracje w formie ultimatum: brak weta będzie oznaczał, że SP „całkowicie utraci do szefa rządu zaufanie z wszelkimi tego konsekwencjami”.

Mateusz Morawiecki nie może sobie na to pozwolić. Ale nie może sobie pozwolić także na utratę unijnych pieniędzy. Szukając rozwiązania, które pozwoli mu zneutralizować Ziobrę, albo pozbyć się go z rządu, będzie zatem lawirował i łgał. Wprawy mu nie brakuje.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Duda o zawetowaniu unijnego budżetu: Sprawa jest jasna - nie zgadzamy się na dyktaty
Polacy podzieleni ws. wiązania unijnego budżetu z praworządnością
Trzaskowski o wecie Polski ws. budżetu UE: To samobójcze przedsięwzięcie
Tagi:
gospodarka, Polska, UE, budżet
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz