Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Wybory prezydenckie w USA (150)
26203
Subskrybuj nas na

Joe Biden, który niedawno świętował swoje 78. urodziny, niesprawiedliwie nazywany jest staruszkiem, bo bywają starsi niż on, gotowi pobłażliwie poklepać go po policzku. Właśnie uczynił to Henry Kissinger, gdy przypomniał sobie znajomość ze znacznie młodszym od siebie prezydentem elektem.

W połowie lat 70. Kissinger już z niejednego pieca jadał chleb: od 1969 roku był właściwie głównym po prezydencie architektem amerykańskiej polityki zagranicznej (najpierw na stanowisku doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego, a od 1973 roku – dodatkowo sekretarza stanu). A Biden trafił do Senatu w 1973 roku, gdzie od razu został wzięty w obroty przez doświadczonych senatorów z Komisji Spraw Zagranicznych. Już na początku tego stulecia stanął na jej czele i kierował nią z przerwami do momentu wybrania na urząd wiceprezydenta w 2008 roku. Przez osiem lat swojej wiceprezydentury Biden w dużym stopniu zajmował się polityką zagraniczną (nie tylko polityką wobec Ukrainy), jeśli więc wprowadzi się do Białego Domu będzie najbardziej doświadczonym w sprawach międzynarodowych – jeśli nie w skali całej historii USA, to już na pewno od czasów prezydentury Jamesa Monroe – amerykańskim przywódcą.

Rozbieżności w polityce zagranicznej

Ale dla Kissingera wszystko to nie ma zasadniczego znaczenia, dlatego że on dobrze zna swoją wartość i wartość Bidena jako działacza międzynarodowego. Przez pierwsze trzy lata (z ośmiu spędzonych na szczycie władzy) przeprowadził kilka arcytrudnych operacji geopolitycznych, odbudowując relacje z Chinami i doprowadzając do odprężenia w stosunkach USA z ZSRR. A co zrobił dla Ameryki Biden w ciągu przeszło 40 lat pracy na arenie międzynarodowej?

„Cenię go jako człowieka. Często mieliśmy odmienne poglądy na politykę zagraniczną, ale jestem pewien, że jeśli stanie na czele państwa będzie się zachowywać powściągliwie i rozważnie. W czasie kampanii wyborczej pomagali mu doświadczeni doradcy ds. polityki zagranicznej, to było widać… I choć w pewnych kwestiach politycznych się nie zgadzamy, wiem, że nie jest to osoba, która będzie forsować swoje decyzje. Główne zadanie Ameryki będzie polegać na łagodzeniu wewnętrznych konfliktów politycznych; Ameryka będzie musiała zrozumieć, że jednego mandatu nigdy nie będzie dość, by rozwiązać fundamentalne sprawy, z jakimi jesteśmy skonfrontowani” - powiedział w wywiadzie dla Le Figaro i Die Welt 97-letni autorytet w amerykańskiej geopolityce Henry Kissinger.

Biden, jeśli tylko wprowadzi się do Białego Domu, faktycznie będzie musiał zająć się przede wszystkim pracami wewnętrznymi, choć pilnej naprawy wymaga też amerykański mechanizm polityki zagranicznej.

Trump zaczął go przebudowywać i zmieniać kurs (pomimo oporu ze strony samego mechanizmu i otoczenia „waszyngtońskiego błota”) i powrót na stare tory będzie po prostu niemożliwy. Choć Bidena będą popychać właśnie ku temu – co jest nie tylko głupie, ale też niebezpieczne. A Kissingera zajmują dwie rzeczy: konflikt między USA i Chinami oraz przyszłość jedności atlantyckiej, to znaczy sojusz USA i Europy.

W innym wywiadzie, jaki pojawił się kilka tygodni temu na łamach Welt am Sonntag, Kissinger otwarcie mówił, że „bardzo myli się ten, kto sądzi, że po zmianie władzy w Ameryce można będzie wycofać się ze wszystkiego, co w ostatnim czasie przyprawiało Europejczyków o zawrót głowy”. Według jego słów Biden „będzie uważnie obserwować, jakie sprzeczności między Europą i USA dotyczą zaledwie różnych podejść, a jakie dotykają meritum”.

Rady dla Europy

Jako osoba urodzona i wychowana w Europie Kissinger przebiegle radzi Europie wzbić się ponad własne problemy i przygotować do nowych zadań:

Jak na razie mamy wobec NATO obowiązek bycia fundamentem stosunków transatlantyckich i musimy podążać tą drogą. Jednak na poziomie konceptualnym sojusz wojskowy, jakim jest dzisiaj NATO, musi rozwinąć się w sojusz, który zachowując swoją silną wojskową orientację musi też uwzględniać stale rosnącą liczbę globalnych zawirowań nierozgrywających się wyłącznie na gruncie wojskowym: chodzi o cele i zadania wymagające zrozumienia politycznego i subtelności.

Kissinger nawołuje Europę do tego, by jednoznacznie opowiedziała się po stronie USA w relacjach z Chinami:

Unia Europejska. Polska
© AP Photo / Gregor Fischer
„Moje myślenie polityczne sięga czasów, gdy powstawało NATO – w kontekście wszechobecnego strachu przed geopolitycznym przeciwnikiem. Obecna sytuacja nie może już się zadowalać takim stanowiskiem, podczas gdy cele i zadania nie muszą się już ograniczać do zewnętrznych granic Europy. Europa i Stany Zjednoczone muszą koniecznie zająć wspólne stanowisko w kwestii relacji chińsko-amerykańskich. Europa nic nie ugra, prowadząc niezależną linię polityczną w kwestii światowej równowagi z Chinami. Europa nie jest zainteresowana tym, by w przyszłości stanowić swego rodzaju przedłużenie Eurazji. Zachowanie naszych wspólnych, trwających od wieków wartości odpowiada interesom Europy i Ameryki”.

Konfrontacja między USA i ChRL pod kontrolą

Jednocześnie były amerykański sekretarz stanu nie chce, by pomiędzy jego krajem i Chinami wybuchła wojna geopolityczna z prawdziwego zdarzenia. Wręcz przeciwnie, przez ostatnie lata nawołuje do zachowania powściągliwości w dążeniu do konfrontacji. Konflikt pomiędzy Ameryką i Chinami jest nieunikniony, ale nie może całkowicie wymknąć się spod kontroli. W czasie swojego wystąpienia na początku października w Nowym Jorku Kissinger oświadczył, że obie strony muszą ustalić reguły gry:

Nasi liderzy i ich liderzy muszą ustalić granice, do jakich mogą się posunąć w swoich pogróżkach. Następnie muszą znaleźć sposób prowadzenia takiej polityki przez długi czas… Powiecie Państwo, że to całkiem niemożliwe. Ale jeśli to całkiem niemożliwe, zabrniemy w sytuację podobną do I wojny światowej - ostrzega Kissinger.

Czy Biden zrezygnuje z zimnej wojny z Chinami?

Kissinger przypomina też, że powodem, dla którego doszło do zbliżenia Chin i USA za czasów prezydentury Nixona, było zrównoważenie dominacji ZSRR w regionie, a teraz powiedział, że „ani Nixon, ani ja nie podejrzewaliśmy, że ich rozwój nieuchronnie doprowadzi do zmiany chińskiej ideologii. W tamtym czasie naszym głównym celem strategicznym było wciągnięcie Chin w zimną wojnę ze Związkiem Radzieckim i poszerzenie perspektyw naszego własnego narodu i naszych sojuszników poza zasięg istniejących wówczas konfliktów kolonialnych”.

Ameryka potrzebowała Chin jako figury przeciwko ZSRR na światowej szachownicy w wielkiej geopolitycznej grze i Waszyngton w ogóle nie przywiązywał wagi do ideologii Pekinu.

Nie interesowała go też ona po rozpadzie ZSRR i zwycięstwie w zimnej wojnie. Dopiero w ostatnich latach, gdy Chiny odmówiły bycia młodszym partnerem USA w sprawach dotyczących globalnego zarządzania, a zbudowany przez atlantystów światowy system zaczął się walić, Waszyngton przypomniał sobie o różnicach ideologicznych. Obecny sekretarz stanu Pompeo (z inicjatywy Trumpa) wypowiedział de facto zimną wojnę Pekinowi, wskazując na chińską partię komunistyczną jako zagrożenie komunizmem.

Joe Biden
© AP Photo / Andrew Harnik
Kissinger kategorycznie odrzuca takie podejście: nie chce, żeby konflikt ideologiczny wpływał na stosunki obu mocarstw. Ale rzecz w tym, że ideologia jest tylko instrumentem presji i demonizacji tak, jak to miało miejsce w czasach zimnej wojny z ZSRR. Ponadto Amerykanie doskonale rozumieją, że „czerwone Chiny” w żadnym razie nie zagrażają amerykańskiemu stylowi życia, a na płaszczyźnie wojskowej Chiny z pewnością nie są nastawione na podbój USA, a w przypadku „czerwonej Rosji” strach był mimo wszystko bardzo głęboki i po części szczery.

Przy tym dla Trumpa aspekt ideologiczny to zaledwie dodatkowy element konfrontacji z Chinami, której celem jest umocnienie Ameryki jako państwa narodowego – utrzymującego pozycję lidera na świecie, ale też stopniowo wycofującego się z dążeń do przywództwa światowego. A już dla Bidena, który być może zrezygnuje z zimnej wojny z Chinami, Ameryka w dalszym ciągu powinna być światowym hegemonem: prezydent elekt może i zmniejszy wymiar propagandowy konfrontacji z Chinami, ale też będzie dużo bardziej nieprzejednany. Przy czym zarówno dla Pekinu, jak i dla Moskwy – i w ogóle dla wszystkich krajów pracujących nad rozkładem atlantyckiego ładu światowego.

Szanse na „nowy sposób myślenia” w Białym Domu są prawie zerowe

Co zatem proponuje Kissinger? W istocie złoty środek: zjednoczenie Zachodu i odrzucenie dążeń do światowego przywództwa (tym bardziej, że ich krach był oczywisty już dawno), uznając konieczność budowy nowego ładu światowego opartego na nowej równowadze sił. Nie ma szans na przywrócenie świata jednobiegunowego, dlatego Kissinger mówi o tym, że Ameryce potrzebny jest „nowy sposób myślenia” (wszelkie echa słów Gorbaczowa są przypadkowe), dzięki któremu zrozumie, że świat jest nazbyt złożony, żeby jeden kraj mógł „uzyskać taką przewagę zarówno w strategii, jak i w gospodarce, żeby nikt nie mógł nam zagrażać”.

Czy Biden jest w stanie usłyszeć i zrozumieć Kissingera? Nie Biden osobiście, a to „waszyngtońskie błoto”, które zamieszkuje? Niestety szanse ku temu są nikłe: profesor jest nie tylko starszy, ale też znacznie mądrzejszy od zbiorowego „śpiącego Joe”.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Wybory prezydenckie w USA (150)

Zobacz również:

Trump i Biden komentują doniesienia o szczepionce Moderny
Biden zainteresował się Białorusią i Ukrainą
Biden przedstawił swój przyszły zespół
Tagi:
Henry Kissinger, Joe Biden, Donald Trump, USA
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz