10:42 28 Styczeń 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
5377
Subskrybuj nas na

W czwartkowy wieczór, w każdym programie publicystycznym na każdym z kanałów informacyjnych – od TVP Info po TVN24 – dziennikarze pytali swoich gości, czy „pogratulują Mateuszowi Morawieckiemu”. Nie było wielu chętnych. Nie bądźmy zatem skąpi: pogratulujmy premierowi. Jak mówią Amerykanie: przeżył, żeby walczyć następnego dnia.

To, że cała brukselska awantura z ostatnich tygodni nie wynika ze sporu na linii Polska-UE, tylko z wojny między Morawieckim i Ziobrą – tak naprawdę nie wymaga tłumaczenia. Minister sprawiedliwości dostrzegł swoją szansę w ochłodzeniu uczucia prezesa do premiera i przypuścił kozacką szarżę, której najjaśniejszym punktem był słynny już „miękiszon”. Premier, widząc, jak jego szanse na objęcie władztwa Zjednoczonej Prawicy topnieją w oczach, dokonał strategicznego wyboru, postanawiając zagrać w grę Ziobry, żeby z gry nie wylecieć.

Jeśli wejdziesz między Ziobry...

Był to wybór słuszny. Wczorajsze brukselskie decyzje oczywiście nie znoszą mechanizmu, przeciwko któremu Polska z takim żarem walczyła: środki europejskie nadal są powiązane z praworządnością, prawne zapisy na ten temat się nie zmieniły nawet o jotę. Znowu – podobnie jak w lipcu – Unia dała Morawieckiemu coś, co może pokazać w Polsce, żeby odeprzeć zarzuty o „zdradę narodową” i „zaprzedanie suwerenności”.

I to jest, podobnie jak w lipcu, przejaw geniuszu Unii Europejskiej, będącej – o czym często zapominamy – nieprawdopodobną strukturą państw mających niejednokrotnie sprzeczne interesy, opierającą się na porozumieniu i kompromisie.

A to wszak stwory w dzisiejszym świecie zagrożone wyginięciem. Dlatego niewielu z nas spodziewa się napotkać je na swoje drodze – znacznie łatwiej jest uwierzyć w szczerość konfrontacyjnej retoryki używanej przez polityków, niż w to, że mogą się porozumieć.

Morawiecki wiedział – podobnie jak wiedział w lipcu – że unijni decydenci będą w stanie przejrzeć jego histeryczne okrzyki i zrozumieć, że są one wznoszone na potrzeby wewnętrznej walki (choć niewykluczone, że w zaciszu gabinetów im to osobiście wytłumaczył). Że antyunijne oracje to danina, którą ów racjonalny w sumie bankowiec musi złożyć na ołtarzu oszołomów, z którymi dzieli władzę, żeby władza ta nie wpadła całkowicie w ich ręce – co byłoby rozwiązaniem wyraźnie gorszym. Z punktu widzenia Polski, Europy, a także Mateusza, który niewątpliwie lubi być premierem. Tym razem interesy tych trzech stron okazały się zbieżne. To powód do świętowania – a także pogratulowania premierowi.

Mniejsze zło

A w każdym razie, zanim odmówimy mu gratulacji – warto zastanowić się nad alternatywą. Wyobraźmy sobie, że Morawiecki wykazałby twardość wobec groźby bycia uznanym za miękiszona – i nie włączył się w idiotyczną pyskówkę o tym, że nie oddamy ani guzika i będziemy do ostatniej kropli krwi bronić polskiego prawa do instytucjonalnej homofobii, nawet kosztem zawetowania budżetu i Funduszu Odbudowy, których jesteśmy wielkimi beneficjentami. To, czy pomiędzy tymi kwestiami istnieje jakikolwiek merytoryczny związek, nie ma w tym momencie żadnego znaczenia – znaczenie ma to, w co wierzy Jarosław Kaczyński, którego związek z rzeczywistością jest coraz luźniejszy.

W lipcu, kiedy Ziobro rozpoczął otwartą batalię z premierem, używając żądań weta jako oręża – Kaczyński radykalnie przyciął jego ambicje. Ziobro dwukrotnie próbował przepchnąć uchwałę zobowiązującą premiera do weta – w rządzie i w Sejmie – i dwa razy Kaczyński dał mu po łapach.

A w razie, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości – prezes PiS, w wywiadzie udzielonym PAP chwilę po zakończeniu obrad szczytu, pouczył podwładnych stanowczo: „Uzyskaliśmy najwięcej jak było można. Wiem, że zdarzają się krytycy przyjętych rozwiązań – nawet w naszym obozie. Chcę im powiedzieć, że bardzo się mylą”.

Łaska prezesa na pstrym koniu jeździ

Tym razem było zgoła inaczej. Uchwała wzywająca rząd do weta została przyjęta w kilka godzin po zgłoszeniu z jednogłośnym poparciem całej Zjednoczonej Prawicy. Zapewne nie bez wpływu na to pozostał wywiad, którego prezes PiS udzielił „Gazecie Polskiej” (wybór tytułu do ogłoszenia skrętu w stronę prawicowej ekstremy nie był zapewne przypadkowy).

„Będziemy bronili naszej tożsamości, naszej wolności, suwerenności za wszelką cenę. Nie damy się terroryzować pieniędzmi. Nasza odpowiedź na te działania będzie jasna: nie” – grzmiał prezes.

Na przenikliwe pytanie red. Gójskiej i Sakiewicza: „Będzie zatem weto dla budżetu i koronafunduszu?” – padła twarda odpowiedź: „Będzie weto. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronili żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus”.

To oczywiście musiało wpłynąć na retorykę Mateusza Morawieckiego, który – w odróżnieniu od wielu innych polityków ze swojego obozu z jego przywódcą na czele – ma bardzo twardy kontakt z rzeczywistością. I zdaje sobie sprawę, od kogo naprawdę zależy jego pozycja.

To obłaskawieniu bestii, jaką w prezesie obudził Ziobro, służyła bojowa antyunijna retoryka Mateusza Morawieckiego, czy jego żenująca laudacja z debaty nad votum nieufności dla wicepremiera Kaczyńskiego, w której przypisał swojemu zastępcy wszystkie swoje gospodarcze sukcesy, podobnie jak w kampanii przypisywał je prezydentowi Dudzie. Mateusz Morawiecki robiąc z siebie idiotę, walczy o życie dla siebie i swojego rządu.

I wiecie co? Ja to szanuję. Wolelibyście rząd premiera Błaszczaka z wicepremierem Ziobro? 

Zamiast tego mamy rząd, z którego Ziobro może za chwilę odejść.

Choć na to bym zbytnio nie liczyła. Jak coś jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe – przeważnie nie jest prawdziwe.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Ziobro: TSUE nie jest kompetentny, aby oceniać mechanizm praworządności
SuperExpress: „Prezesie, załóż maseczkę!”
Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo ma nowego prezesa
Tagi:
prawica, Jarosław Kaczyński, PiS, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz