09:13 28 Styczeń 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
4341
Subskrybuj nas na

Rok 2020 okazał się być dla Polski rokiem wyborczym. Nie tylko dlatego, że odbyły się kolejne wybory prezydenta Rzeczypospolitej, ale również dlatego, że równie wielkie polityczne i emocjonalne zaangażowanie w Warszawie budziła elekcja głowy państwa w innych krajach – najpierw w Białorusi, a później w Stanach Zjednoczonych.

Falstart i kontuzja 

Wszystko zaczęło się jednak od falstartu. Zarejestrowani kandydaci, pracujące na pełnych obrotach sztaby wyborcze, zaangażowani zwolennicy – wszyscy czekali na konstytucyjny, majowy termin wyborów prezydenckich. 10 maja wszystko miało być jasne, bo Prawo i Sprawiedliwość przekonane było o dużym prawdopodobieństwie zwycięstwa Andrzeja Dudy już w pierwszej turze. Dlatego dokonano kadrowej roszady i na odcinek Poczty Polskiej skierowano jako ministra aktywów państwowych niezawodnego Jacka Sasina.

Później mieliśmy spektakularny bunt Jarosława Gowina, kolejne dywagacje na temat możliwego terminu głosowania. I 70 milionów złotych wydanych przez wspomnianego Sasina na przygotowanie wyborów, których nie było. Odbyły się one, przy wątpliwościach prawnych i konstytucyjnych, półtora miesiąca później, 28 czerwca. A w drugiej turze 12 lipca niewielką przewagą głosów zwyciężył z urzędującym prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim urzędujący prezydent Andrzej Duda.

Andrzej Duda
© Sputnik . Aleksiej Witwickij
Tą historię wszyscy dobrze znamy i pamiętamy także z setek memów, które pojawiły się w Internecie. Owszem, było zabawnie. Wydaje się jednak, że państwo i jego instytucje nie są od tego, by nas zabawiać, lecz zapewniać nam realizację naszych obywatelskich praw. Wśród tych praw jest prawo wyborcze, może i mniej ważne w czasach pandemii, ale jednak teoretycznie nam gwarantowane. Tylko teoretycznie, bo wybory przerodziły się w farsę.

Większą część kampanii poświęcono na dyskusję o tym, jak wybory zorganizować. Niewiele dowiedzieliśmy się o programach kandydatów, mogliśmy za to oglądać Andrzeja Dudę ratującego kraj przed zarazą na tle pozostałych kandydatów nagrywających wywiady przez kamery internetowe z domowej izolacji.

Cały spektakl pokazał, jak niewiele potrafi państwo polskie, jak łatwo sypie się niczym domek z kart w obliczu nieprzewidzianej, wyjątkowej sytuacji. Wprawdzie nie było jeszcze rzetelnych badań na ten temat, ale można z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że zaufanie Polaków do instytucji i procedur demokratycznych topniało tego lata, mimo braku upałów, szybciej niż zazwyczaj.

Skok na wschód

W odróżnieniu od polskich, białoruskie wybory prezydenckie zorganizowane zostały sprawnie i przeprowadzone zgodnie z terminem. Wprawdzie pojawiły się najpierw dość osobliwe doniesienia z Mińska, w którym niektórzy uznali, że są w oblężonej twierdzy. Okazało się jednak, że oblężenie ze wschodu to mit. Za to oblężenie z zachodu (Polska), północnego zachodu (Litwa i Łotwa) i wreszcie z południa (Ukraina) było całkiem realne. 9 sierpnia Alaksandr Łukaszenka, zgodnie z przewidywaniami, został na kolejną kadencję wybrany prezydentem Białorusi. Wtedy do akcji przystąpiła Warszawa.

Lech Wałęsa.
© AFP 2020 / Mateusz Slodkowski
Niepomni własnych wyborczych problemów organizacyjnych, polscy politycy zaczęli ścigać się na głosy świętego oburzenia i potępienia białoruskiego „reżimu”. Wróciły dawne, nieco już zapomniane czasy, gdy w dobrym tonie było rozdawanie słownych cięgów i rzucanie epitetów w stronę białoruskiego sąsiada.

Przypomnijmy, że do pewnego czasu ekipa PiS najwyraźniej liczyła na możliwość swoistego „zwerbowania” Łukaszenki przeciwko wrogowi numer jeden, czyli Moskwie. Gdy plany te, jak zresztą nietrudno było przewidzieć, spaliły na panewce, zachęcona przez amerykańskiego sekretarza stanu Mike’a Pompeo Warszawa stanęła do walki o „demokrację” i „prawa człowieka”, zapominając, że sama ma w tych obszarach niebagatelne problemy.

Znalazły się i pieniądze na dodatkowe finansowanie Biełsatu, i programy pomocy dla białoruskiej opozycji. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że niektórzy w Polsce ruszyli do konkurencji z przeciwnikiem wagi sporo mniejszej – Litwą – o względy białoruskiej opozycji. Swiatłana Cichanouska wybrała jednak Wilno, choć w Warszawie obsypano ją drogimi prezentami i przyjmowano jako głowę państwa.

Polityka polega na ciągłym uczeniu się. Polska polityka białoruska wydaje się być w tym kontekście prowadzona przez ludzi do jakichkolwiek wniosków niezdolnych. Alaksandr Łukaszenka jest prezydentem Białorusi od 1994 roku. Od 1996 roku Warszawa wszelkimi sposobami starała się go z tego stanowiska usunąć. Za każdym razem działała w oderwaniu od realiów, bez kalkulacji konsekwencji poszczególnych ruchów. Tak stało się i w roku 2020: wykopano przepaść i zniszczono wszelkie elementy zaufania, jakie zaczęły w Mińsku wobec Warszawy kiełkować.

Operacja się nie udała, ale za to – jak można przypuszczać – jej koordynatorzy, którzy dziś po latach otwierają na nowo w Mińsku swoją ambasadę, są zadowoleni: Polska bardzo się starała i, choć nie wyszło, po raz kolejny dowiodła bezgranicznej lojalności.

Skok za ocean

Były wiceprezydent USA Joe Biden i prezydent USA Donald Trump
© AP Photo / Matt Rourke / Patrick Semansky
Ale jesienią pojawiło się pytanie o losy adresata tej lojalności. Wybory 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych polscy politycy i komentatorzy obserwowali z zapartym tchem, chyba nawet bardziej emocjonując się nimi niż niedawnymi wyborami krajowymi. W końcu wybierano głowę państwa u „strategicznego sojusznika”, jak mówią niektórzy, lub „zamorskiego kuratora”, jak twierdzą bardziej zgryźliwi. Wbrew oczekiwaniom wielu polskich amerykanistów, na czele z cytowanym nieustannie Zbigniewem Lewickim, zwyciężył demokrata Joe Biden.

Polskie echa amerykańskich wyborów do tego stopnia zdominowały debatę publiczną, że na dalszy plan zeszła pandemia koronawirusa i własne problemy gospodarcze. Scena polityczna i media głównego nurtu podzieliły się na zwolenników Donalda Trumpa i Joe Bidena, co z grubsza pokrywało się z partią rządzącą i opozycją parlamentarną. Jedni twierdzili, że zwycięstwo republikanina wzmocni PiS, inni uznawali, że triumf demokraty partię Kaczyńskiego osłabi.

Entuzjastyczne kibicowanie jednemu lub drugiemu kandydatowi uzmysłowiło wszystkim niezależnym obserwatorom, że żadna z dwóch stron politycznego spektaklu w Polsce nie może obejść się bez patrona zza oceanu. Niektórzy, wcale nie złośliwie, uznali wręcz, że o losach polskiej sceny politycznej zdecyduje Biały Dom i dlatego tak ważne są wybory jego kolejnego lokatora. Czy po Fort Trump przyjdzie czas na oferowanie Fort Biden?
Wszystko na miejscu

W Polsce odbyły się tylko jedne wybory, i to takie, które w dość wątpliwym świetle stawiają kondycję polskiej demokracji. Amerykańskie wybory, wraz z całym stosowanym tam systemem, też pozostawiają sporo do życzenia. A jednak szczególne głosy oburzenia padały pod adresem sąsiedniej Białorusi. Dlaczego? Bo to wschód, i do tego wrogi, współpracujący z Moskwą.

To właśnie przez pryzmat rzekomo złowrogiego Kremla rozpatrywano w Polsce najważniejsze wydarzenia 2020 roku. W tej sferze rok ten nie różnił się zbytnio od poprzedniego i pewnie nie będzie się różnił od następnego.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Siergiej Andriejew dla Sputnika: Powodów dla konfrontacji nie dostrzegam
Duda chce być jak Kaczyński, czy Nauseda chce być jak Adamkus?
Komunały Andrzeja Dudy w liście do dyplomatów
Prawa człowieka? Tak, ale nie w Polsce
Tagi:
Białoruś, Rosja, USA, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz