23:36 21 Styczeń 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
18803
Subskrybuj nas na

„Takie są zasady obowiązujące ambasadorów nominowanych politycznie. Rezygnację złożyłam z dniem 20 stycznia” – ogłosiła w święta Georgette Mosbacher. Zalałam się łzami. Nie było drugiego ambasadora USA w Polsce, który tak doskonale oddawałby charakter „Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej” – jak mawialiśmy w PRL.

To infantylny emocjonalizm, prostackie efekciarstwo, dumna ignorancja i ten rodzaj histerycznego patriotyzmu, który przejawia się wymachiwaniem flagą na każdym kroku. W przypadku Georgette Mosbacher wymachiwanie było szczególnie oszałamiające – machała bowiem uszami.

Jednym z moich ulubionych rekwizytów amerykańskiej ambasadorzycy były klipsy z amerykańską flagą – wielkie, niewątpliwie złote i wysadzane szlachetnymi kamieniami kule: paski w lewym, gwiazdki w prawym uchu. Niebagatelny ciężar klejnotów powodował, że kiedy ruszała głową, jej uszy powiewały jak flaga na wietrze.

Żona Roberta, przyjaciółka Ivany

Dyrektor generalny Borghese Georgette Mosbacher w Nowym Jorku, 2006 rok
© AFP 2020 / Getty Images for The Metropolitan Opera / Evan Agostini
Georgette Mosbacher mówiła o sobie jako o ambasadorze z politycznej nominacji. W normalnym świecie oznacza to mianowanie członka partii rządzącej zamiast zawodowego dyplomaty – i zawsze jest marnym pomysłem. Dyplomacja to profesja wymagająca kompetencji, wiedzy, doświadczenia i bardzo dużo taktu – krótko mówiąc, lepiej ją powierzać profesjonalistom.

Gotowość do odchodzenia od tej zasady zazwyczaj charakteryzuje rządy, które toczą ideologiczne wojny i traktują stosunki międzynarodowe jako element krajowej propagandy. Jednak stopień, do którego Donald Trump ośmieszył koncept „amerykańskiej dyplomacji” wykracza nawet poza normę zwykłego populisty. Georgette Mosbacher była tego flagowym przykładem.

Jej polityczna aktywność w Partii Republikańskiej polegała na wyjściu za mąż za Roberta Mosbachera – wartego 200 milionów dolków potentata naftowego z Teksasu, kumpla rodziny Bushów i sekretarza handlu w administracji Busha seniora.

To był już jej trzeci mąż-milioner – i ten okazał się strzałem w dziesiątkę, albowiem prowadził Georgette do republikańskiej elity, gdzie zajmowała się, jak przystało na żonę milionera, organizowaniem rautów służących do zbierania funduszy na kampanie wyborcze. Miała też okazję zawrzeć wiele pożytecznych znajomości, między innymi z ówczesną żoną Donalda Trumpa Ivaną – co wprowadziło ją do świata Donalda.

Wielbicielka kiełbasy

W wywiadzie, którego przebrana za alfa w czerwonych rajtuzach dyplomatka udzieliła w święta programowi Polsatu „Dzień na świecie”, ambasador naszego Wielkiego Sojusznika wyznała z rozbrajającą szczerością, że przyjeżdżając do Polski „nie wiedziała, czego się spodziewać”.

Pomysł, żeby w charakterze szefa misji dyplomatycznej wysłać kompletną amatorkę, którą nie ma czerwonego pojęcia o kraju, w którym ma pełnić misję, ale za to jest kumpelą byłej żony – stanowi znakomity przykład trumpizmu.

A zresztą nie jest do końca tak, że Georgette Mosbacher była kompletną ignorantką – owszem, nie wiedziała nic o Polsce w Unii Europejskiej w roku 2018, ale przecież Polacy nie byli jej obcy, bo w dzieciństwie spędzonym pod Chicago „chodziła na polskie wesela i imprezy urodzinowe, jadła pierogi i kiełbasę, w niedzielę modliła się w kościele obok polskich sąsiadów”.

Jej wyobrażenia na temat Polaków – a także tego, co przystoi w Polsce dyplomacie państwa spoza UE – były zatem na poziomie chicagowskich polonusów z lat 50. ubiegłego wieku. Jej interwencje dyplomatyczne w RP – jakkolwiek podejmowane z chwalebną w gruncie rzeczy intencją, w obronie osób nieheteronormatywnych czy pluralizmu mediów (nawet jeśli to ostatnie oznaczało obronę interesu amerykańskiego kapitału) – wyróżniała subtelność drwala; kolonialna arogancja reprezentanta mocarstwa wobec „zafajdanego zadupia” – żeby zacytować opinię Donalda Trumpa o krajach afrykańskich.

Cudna i subtelna

Osobiście podejrzewam, że ambasador Mosbacher nawet nie wiedziała, że coś robi nie tak: była przekonana, iż jej groteskowe stroje, monstrualne sztuczne rzęsy, jarmarczna biżuteria i przechodzona kokieteria naprawdę uświetniają każdą imprezę, w której bierze udział.

Pytana przez Polsat, co „zabiera ze sobą z Polski” odparła: „Zabieram wasze trzy pocałunki. U nas całuje się tylko w jeden policzek. Uwielbiam jednak te dodatkowe dwa pocałunki. Zdecydowanie zabieram więc do Nowego Jorku te trzy pocałunki w policzki”...

Trzy cmoki na drogę. 

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tagi:
media, propaganda, polityka, stosunki międzynarodowe, stosunki dyplomatyczne, USA, Polska, Georgette Mosbacher
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz