00:45 11 Kwiecień 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
5313715
Subskrybuj nas na

Wygląda na to, że w 2021 roku Białorusi uda się wejść do historii, jako pierwszemu państwu, które bez większych strat własnych przetrwało nawałnicę próby tzw. kolorowej rewolucji. Wygląda też na to, że polska klasa polityczna nie bardzo się z tym godzi.

Zaklina rzeczywistość. Nie robi tego z uwagi na swoją niechęć do prezydenta Alaksandra Łukaszenki. W tle majaczy jej Rosja.

Propozycja narodowej jedności

Warto zacząć od tego, że po roku 2020 Białoruś będzie zapewne innym państwem. Jej prezydent ogłosił rok 2021 rokiem jedności narodowej. Władze zrozumiały, że – pomimo zewnętrznej inspiracji wydarzeń po wyborach 9 sierpnia – czas zaproponować społeczeństwu pewne zmiany. A przynajmniej dyskusję na ich temat. Taka narodowa debata o przyszłości republiki i jej ustroju pozwoli na budowę autentycznego społeczeństwa obywatelskiego, na włączenie w proces przebudowy państwa tych, którzy do tej pory niezbyt interesowali się polityką i milczeli, oraz tych, którzy polityką się interesowali, ale – nie rozumiejąc jej istoty – wychodzili na ulice. Zapowiadana dyskusja o zmianach konstytucji może ich wszystkich zintegrować, sprawić, że Białorusini zaczną ze sobą znowu rozmawiać, spokojnie i bez ślepych emocji.

Nie wiemy dziś dokładnie, jak ten białoruski dialog będzie przebiegał. Wiemy jednak, że jest on czymś pewnym, choć jego ostateczną formułę poznamy pewnie za jakiś czas. Alaksandr Łukaszenko będzie dokładał wszelkich starań, by dyskusja była pogłębiona i rzetelna, nie spiesząc się przy tym. Poważne decyzje wymagają czasu. Ale jednocześnie białoruski prezydent dał jasno do zrozumienia, że innej drogi nie ma. Podkreślił już po Nowym Roku, że – choć niektórzy tego by chcieli – powrót do stanu sprzed letnich protestów nie jest możliwy. Łukaszenko ma realne perspektywy, by w rezultacie przyjęcia wypracowanego nowego modelu ustrojowego, nadal pozostać postacią dla Białorusi kluczową. Pozbawione realnych podstaw jest spisywanie go przez niektórych na straty.

Warszawa oczekuje dyrektyw

Nie od dziś wiemy, że polityka Warszawy wobec Mińska – jak cała polska polityka wschodnia – jest realizacją dyrektyw i instrukcji zewnętrznych. Nie ulega wątpliwości, że polskie władze czekają teraz na sygnał z Waszyngtonu, jak tylko do Białego Domu wprowadzi się nowa ekipa Joe Bidena. Znając skłonności amerykańskich Demokratów, można założyć, że jeszcze bardziej intensywne stanie się wsparcie finansowe, szkoleniowe, informacyjne dla tamtejszej opozycji. Do jego przekazania służyć będą dwa kanały – polski i litewski. Ten pierwszy wspomagany był do niedawna przez część Kościoła katolickiego, ale ostatnia decyzja Watykanu o odwołaniu abp Tadeusza Kondrusiewicza z urzędu głowy białoruskiego Kościoła świadczy wyraźnie, że Stolica Apostolska w tych grach „wojennych” uczestniczyć nie zamierza.

Niedawno białoruskie media poinformowały, że attache wojskowy Białorusi w Warszawie otrzymał propozycję płatnej współpracy z polskim kontrwywiadem wojskowym. Choć nie znamy szczegółów i źródeł tej informacji, możemy przypuszczać, że tego rodzaju nieporadne działania przeciągania Białorusinów na „drugą stronę barykady” będą konsekwentnie podejmowane. Nie miejmy też wątpliwości, że w polityce białoruskiej Warszawy nadal pierwsze skrzypce odgrywać będzie Agnieszka Romaszewska-Guzy i grupa ludzi wokół niej. Protesty w okresie zimowym wyraźnie przygasły, jednak już dziś niektóre fundacje w Polsce czekają niecierpliwie na wiosnę i z nadzieją wypatrują środków na organizację kolejnych niepokojów. Na poziomie oficjalnym polityka ta doprowadzi do praktycznego zamrożenia relacji międzyrządowych; minister Zbigniew Rau już zapowiedział ograniczenie relacji dyplomatycznych. Polska, zamiast dzielić się swoimi doświadczeniami prowadzenia dialogu społeczeństwa z władzą, będzie stawiała wyłącznie na relacje z opozycją. Czyli z ludźmi, którzy – wbrew życzeniom Warszawy – mają na Białorusi nikłe znaczenie, a często i śladową tylko rozpoznawalność.

Z braku lepszego pomysłu – rusofobia

Wszystkie te działania wobec Mińska trzeba jakoś uzasadnić poprzez dobudowanie do nich określonej ideologii. Modelowym przykładem takiej ideologicznej nadbudowy są publikacje pop-geopolityka i internetowego celebryty Jacka Bartosiaka, przyznać trzeba, w dość atrakcyjnej formule prezentującego się jako ekspert ds. geopolityki i stosunków międzynarodowych. Duża oglądalność, liczne zaproszenia w charakterze eksperta do mediów głównego nurtu, dobre relacje z obozem rządzącym – to wszystko sprawia, że Bartosiak staje się dyżurnym autorytetem także w sprawach białoruskich.

Co proponuje? Warto podkreślić, że nie owija w bawełnę, tylko pisze dość brutalnie, co – jego zdaniem – Warszawa powinna zrobić z Mińskiem. Budzi to konsternację samych Białorusinów, jednak Bartosiak przyznaje otwarcie, że obecnie jedynym aktywem Polski na Białorusi jest tamtejsza opozycja.

Twierdzi też, że Białoruś jest obszarem kluczowym z punktu widzenia realizowanej przez polskie władze koncepcji Międzymorza, jakby zapominając, że żadnych realnych kształtów projekt ten do dzisiaj nie nabrał. On uważa jednak, że Polska musi wrócić do swojej „wielkiej strategii” realizowanej od 500 lat (z „krótkimi” przerwami, bo przecież raczej nie realizowano jej w okresie rozbiorów, czy Polski Ludowej). Ta strategia to parcie w kierunku Białorusi podporządkowanej własnym interesom Warszawy (w istocie, w obecnych warunkach Waszyngtonu). Co ciekawe, cały ten pomysł okrasza ideą marszu do Moskwy przez tzw. bramę smoleńską, czyli snuje wizje potęgi. Potęgi żadnej między Odrą a Bugiem nie ma, więc dochodzi do wniosku, że trzeba pomniejszyć siłę „przeciwnika” – Rosja, jego zdaniem, nie jest już żadnym mocarstwem, a do tego jej kultura jest mało atrakcyjna. Można zatem napierać na wschód i do tego nawołuje, stając w pierwszym szeregu, Bartosiak. Snuje wizję konfliktu zbrojnego, w którym polskie drony atakują Grodno, a żołnierze maszerują między Dźwiną a Dnieprem na rosyjską stolicę. Rzecz jasna, wszystko przy wsparciu amerykańskich „sojuszników”.

Zresztą, jeden ze swoich ostatnich tekstów na ten temat polski geopolityczny guru opublikował w fundacji Jamestown, założonej niegdyś w celu wykorzystania wiedzy imigrantów z Europy Wschodniej emigrujących za ocean przez dyrektora CIA Williama Casey’a. W tym swoistym manifeście opublikowanym w języku angielskim i dość szokującym dla Białorusinów, przywoływana jest też inna specyficzna tradycja. Jako autorytet wskazany jest Jerzy Niezbrzycki alias Ryszard Wraga, przed II wojną światową szef Referatu „Wschód” sanacyjnego wywiadu wojskowego, a po wojnie ekspert wywiadu amerykańskiego.

Co ciekawe, we wspomnianym tekście „programowym” Bartosiak z jednej strony nawołuje do ścisłego sojuszu polsko-ukraińskiego przeciwko Rosji i Białorusi, a z drugiej ukraińskich kolegów obraża, pisząc, że Połtawa znajduje się w Federacji Rosyjskiej. Cóż, taki mamy poziom: i ekspertów, i ideologii, i polityki wschodniej. I dlatego Białorusini spać mogą raczej spokojnie. Warszawa naprawdę nie ma potencjału do zrobienia komukolwiek, poza samej sobie, żadnej krzywdy.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Białoruś poprosiła Polskę o areszt i ekstradycję opozycyjnych blogerów
Łukaszenka: Polska chciała zrujnować gospodarkę Białorusi
Media: Polskie służby specjalne próbowały zwerbować białoruskiego dyplomatę i żołnierza
Tagi:
polityka, historia, prezydent, Alaksandr Łukaszenka, fotel prezydenta, wybory prezydenckie, wybory, Mińsk, Warszawa, Białoruś, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz