20:19 15 Kwiecień 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Szturm zwolenników Trumpa na Kapitol (31)
2913810
Subskrybuj nas na

Dlaczego w USA nigdy nie było zbrojnego zamachu stanu? Bo tam nie ma ambasady amerykańskiej – głosił dowcip bardzo popularny swego czasu w krajach Ameryki Łacińskiej. Jak pokazują ostatnie wydarzenia w Waszyngtonie, obyło się bez ambasady. Wystarczył narcystyczny miliarder w roli prezydenta.

Adam Michnik ogłosił w „Gazecie Wyborczej”, że „amerykańska demokracja zwyciężyła, choć zobaczyliśmy jej wielkość i słabość”. „Słabość” zdaje się oczywista, ale gdzie ta „wielkość”? Oszalała prawacka mafia, tak naprawdę nie niepokojona przez policję, splądrowała budynek parlamentu, który mimo tego odważył się zatwierdzić zwycięstwo kandydata, który dostał 7 milionów głosów więcej? No brawo. Jak na kraj, który chce pełnić rolę wzoru i rozsadnika demokracji – standardy „wielkości” zdają się dość niewygórowane.

Od Janajewa do Trumpa

Z zapartym tchem oglądałam przez ostatnie dwie doby CNN – i nijak nie mogła się opędzić od skojarzeń sprzed 30 lat. Wydarzenia z Moskwy z 1991 roku i z Waszyngtonu ze środy są fascynująco identyczne. Zasadnicza różnica polega na tym, że pucz Janajewa został zorganizowany w obronie radzieckiego imperium – podczas gdy pucz Trumpa służył wyłącznie obronie jego patologicznego ego.

Ale patologiczne ego nie jest cechą wyłącznie odchodzącego prezydenta. To przymiot całego państwa, w którym obywatele od kołyski mają kładzione do głowy, że żyją „w najwspanialszym kraju świata”.

Kraju bez publicznej służby zdrowia.

Kraju bez chroniącego pracowników prawa pracy.

Kraju nadal entuzjastycznie stosującym karę śmierci.

Kraju, który swoim sławieniem chciwości jako napędu rozwoju w najwyższym stopniu przyczynia się do tego, że rozkład bogactw ma kształt kieliszka od szampana, gdzie 20 procent najbogatszych zgarnia ponad 80 procent majątku.

Kraju, gdzie samotne matki muszą pracować na trzech etatach, żeby zapewnić dzieciom dach nad głową – co prezydent George W. Bush z dumą uznał za „fantastyczne, unikatowo amerykańskie”.

Kraju, gdzie tysiąc osób rocznie ginie z rąk policji – w tym czarnoskórzy Amerykanie trzy razy częściej niż biali...

Mogłabym tak jeszcze długo. Poza potencjałem do bogacenia się najbogatszych, wydatkami na zbrojenia, liczbą osadzonych na 1000 mieszkańców i odsetkiem dorosłych obywateli, którzy wierzą w istnienie aniołów – USA nie przoduje w niczym na świecie.

Stąd narodowa próżność, prezentowana przez obie strony barykady, po zamieszkach na Capitolu jest, w istocie rzeczy, komiczna.

Szczere zatroskanie

Szczególnie ujął mnie kongresman Seth Moulton, demokrata uważający się za progresywistę, a przy okazji były żołnierz piechoty morskiej, który komentując zdobycie Kapitolu przez wyznawców Trumpa ogłosił ze zgrozą: „To, co widziałem podczas mojej służby w Iraku było 100 razy gorsze – ale rzecz w tym, że to nie powinno się nigdy zdarzyć w Ameryce”... Czytaj: możemy wywoływać zamieszki i obalać rządy na całym świecie, ale żeby u nas?!?

CNN – stacja radykalnie antytrumpowa, ale nadal starająca się zachować pozory obiektywizmu – załamuje ręce nad czasami, w których „Kuba, Wenezuela i Iran martwią się o stan amerykańskiej demokracji” ale donosi też, że amerykańscy sojusznicy, od Niemiec po Australię i od Kanady po Chile „wyrażają szczere zatroskanie”.

Dla urealnienia obowiązującej w USA wizji relacji „my kontra reszta świata” kluczowe jest zrozumienie, że to po prosu nieprawda.

Tzw. sojusznicy USA – Europa, Kanada, Australia, czy kraje Ameryki Południowej – od kilkudziesięciu lat ustawiani przez amerykańskich polityków w pozycji lokaja, w istocie rzeczy zacierają ręce, mogą wyrazić „zatroskanie o stan amerykańskiej demokracji”. Po dekadach „Pax Americana”, dziesiątkach lat strofowań i pouczeń, które „sojusznicy” musieli znosić w milczeniu, choć każdy racjonalnie myślący polityk zdawał sobie sprawę, że agresywny militarny imperializm USA jest przeciwieństwem wszystkich wartości, na których zbudowana została wspólnota europejska i inne społeczeństwa dobrobytu świata zachodniego – zasłona opadła, makijaż się wykruszył i wszyscy widzą, z kim mamy do czynienia.

Historia kołem się toczy

W 1963 roku legendarny bojownik walki o prawa Czarnych w Ameryce Malcom X – komentując zabójstwo Kennedy'ego – użył frazy „Chickens Coming Home to Roost”: „kurczaki wracają na rodzimą grzędę”. Miał na myśli to, że konsekwencje „klimatu nienawiści” szerzonego przez amerykańskich polityków w kraju i zagranicą, cały koncept mieszania w świecie wedle własnego uważania – w końcu Amerykę dopadły. 2 lata później z ręki zamachowca zginął Malcom X – krytykowanie Ameryki zawsze było w Ameryce bardzo niebezpieczne. 

5 ofiar zamieszek na Kapitolu – i totalna kompromitacja „amerykańskiej demokracji” – to kolejny akt wędrówki kurczaków do domu.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Szturm zwolenników Trumpa na Kapitol (31)

Zobacz również:

Media: około 100 członków Kongresu USA opowiedziało się za usunięciem Trumpa
Iran zakazuje importu szczepionek z USA i Wielkiej Brytanii
USA: nie żyje 56-letni lekarz. Zmarł po przyjęciu szczepionki Pfizera
Tagi:
polityka, Polska, USA
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz