22:03 05 Marzec 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
35754
Subskrybuj nas na

Nie przepadam za Radkiem Sikorskim, ale tym razem nie sposób go nie pochwalić. Z dwóch powodów. Po pierwsze – powiedział prawdę, wyłamując się z pełnego hipokryzji chóru antypisistów, faryzejsko sławiących Lecha Kaczyńskiego. A po drugie – i ważniejsze – odpalił Macierewicza. Macierewicza, jak Jędraszewskiego, nigdy za dużo w dyskursie publicznym.

Spór o to, czy w Warszawie powinna być ulica brata prezesa, powraca jak zombie, które nie chce się dać upchnąć do grobu. W 2017 roku pisowski wojewoda Zdzisław Sipiera – na postawie przyjętej przez PiS ustawy, traktującej obywateli jak krnąbrne dzieci, które IPN musi karcić i korygować – przechrzcił aleję Armii Ludowej na ulicę Lecha Kaczyńskiego. Warszawski samorząd zaskarżył tę decyzję do sądu, który zgodnie z wolą mieszkańców przywrócił patronat AL.

Agnieszka Wołk-Łaniewska
© Zdjęcie : Leonid Swiridow
Agnieszka Wołk-Łaniewska

Choć oczywiście stołeczni samorządowcy podkreślali, że wcale nie upominają się o lewicową partyzantkę, tylko o ideę samorządności jako takiej, a wszyscy i tak wiedzieli, że chodzi o utarcie nosa pisistom, którzy chcieli utrzeć nos antypisowskiej Warszawie.

Jednak – w duchu powszechnej katolickiej hipokryzji – nawet ci, którzy walczyli o sądową zmianę decyzji wojewody Sipiery, podkreślali, że tak naprawdę to oczywiście Lechowi Kaczyńskiemu ulica w Warszawie się należy, w końcu był jej prezydentem, no i życie stracił w służbie narodu...

Kulturka opozycji

Ostatnio upiora znów ożywił jeden ze stołecznych radnych PiS, który w dyskusji nad zupełnie inną kwestią wypomniał Rafałowi Trzaskowskiemu, że – w ramach wspomnianej hipokryzji – w kampanii obiecywał uhonorować brata prezesa ulicą. W grudniu prezydent stolicy stwierdził jednak – nie bez racji – że symboliczny ukłon w stronę PiS niekoniecznie jest na czasie, gdy na stołecznych (i nie tylko) ulicach rząd pałuje kobiety, upominające się o swoje prawa.

W internecie wywiązała się naturalnie żywa dyskusja – wszystkie pozbawione znaczenia kwestie doczekują się twitterowych burz – w której punkt widzenia obowiązujący antypisowską stronę sporu wyraził trafnie Konrad Piasecki z TVN24: „Od zawsze jestem zwolennikiem ulicy Lecha Kaczyńskiego w Warszawie. Ale siłowa rozgrywka, owocująca wystawieniem mu monumentalnego pomnika oraz polityczna presja, jaką w tej sprawie wywierają rządzący, potrafi skutecznie zniechęcać, nawet mnie, do wcielania w życie tej idei”.

Antypisowska twittosfera pokiwała z uznaniem głowami – że niby tak, tacy właśnie jesteśmy, obiektywni i nacechowani szacunkiem do zmarłych i ich zasług, tylko PiS nam przeszkadza w uprawianiu kultury – aż tu nagle głos zabrał Radek Sikorski.

A ja nie jestem. Lech Kaczyński był miernym prezydentem i walnie przyczynił się do katastrofy smoleńskiej. Ma już Wawel i samowolkę budowlaną na Placu Piłsudskiego. Dość budowania kultu, do którego nie ma podstaw...

Debeściaki Lecha

Radek Sikorski ma rację. Lech Kaczyński był prezydentem rządzącym Polską w ponurych czasach I kadencji PiS – czasem zwanych „IV RP” – kiedy to na porządku dziennym były spektakularne aresztowania i pochody hańby, urządzane przez służby specjalne na potrzeby mediów. Był prezydentem, kiedy rząd jego brata – głoszący antyelitarne hasła – zniósł III próg podatkowy dla najbogatszych. Był prezydentem, którego notowania na chwilę przed śmiercią były tak fatalne, że w sondażach przegrywał nie tylko z premierem Tuskiem, ale także z Włodzimierzem Cimoszewiczem, który zarzekał się, ze nie będzie startował, i dawno nieobecnym w polityce Andrzejem Olechowskim.

W sondażu CBOS z końca 2009 roku poparcie urzędującego prezydenta – wynoszące 11 procent – było porównywalne z Jolantą Kwaśniewską. Gdyby Lech Kaczyński nie zginął w Smoleńsku w kwietniu, najpewniej w październiku sromotnie przegrałby wybory.

Co więcej – Sikorski ma oczywiście rację, stwierdzając, że prezydent przyczynił się do katastrofy smoleńskiej na wiele sposobów. Poczynając od uporu, z jakim usiłował prowadzić prywatną politykę zagraniczną skonfliktowaną z celami polityki rządu; poprzez fakt, iż jego kancelaria była odpowiedzialna za fatalną organizację wizyty; skończywszy na próbach ukarania pilota, który odmówił Lechowi Kaczyńskiemu kozackiego lądowania w Tbilisi podczas konfliktu gruzińsko-rosyjskiego – co z dużym prawdopodobieństwem wpłynęło na decyzję kapitana Protasiuka, żeby pokazać „jak lądują debeściaki”.
Nawet nie znając treści ostatniej, mitycznej rozmowy braci – tej, w której Jarosław powiedział albo nie powiedział „ląduj” – mamy dość danych, żeby odnotować rolę Lecha Kaczyńskiego w ciągu zdarzeń, który doprowadził do śmierci 96 osób.

A co na to Macierewicz?

Parówki Antoniego

Kim trzeba być, by tak bezczelnie kłamać oskarżając ofiarę tragedii smoleńskiej, Prezydenta Kaczyńskiego? A wszystko po to, by bronić prawdziwych sprawców, czyli stronę rosyjską. Dotychczas tak działali tylko sowieci! 

Tak dokładnie, to oskarżanie ofiar jest strategią na tyle popularną, że w języku angielskim istnieje nawet stosowny idiom – „victim blaming” – i odnosi się głównie do sytuacji, w których ofiara gwałtu słyszy, że sama sprowokowała napastnika, że bawiła się zbyt dobrze i miała zbyt głęboki dekolt. Jednak w odróżnieniu od sytuacji seksualnej napaści – które są zerojedynkowe – w sporach politycznych, także wtedy, kiedy prowadzą do fizycznej tragedii, wina nigdy nie leży po jednej stronie. Prowadzona od dekady aktywność Macierewicza, zmierzająca do wykazania, że katastrofa w Smoleńsku była tak naprawdę ruskim zamachem na polskiego prezydenta, przed którym drżał Władimir Putin, skutecznie skompromitowała mit założycielski dzisiejszej tożsamości Prawa i Sprawiedliwości.

Wszystkie pękające parówki, zgniecione puszki, sztuczna mgła i bomby baryczne, onomatopeiczne opowieści członków Macierewiczowych komisji o tym, że brzoza powinna zrobić „piiijiii bziuuuu” a nie zrobiła, i miliony co roku wydawane na te odkrycia – totalnie ośmieszyły legendę odpowiedzialności „strony rosyjskiej”. Radosław Sikorski, prowokując Macierewicza do wybuchu nt. sowieckich metod i ruskiej winy, przypomniał wszystkim wyborcom to szczególnie godne uwagi oblicze Prawa i Sprawiedliwości.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Agnieszka Wołk-Łaniewska: Symetryzm mać wolności
Agnieszka Wołk-Łaniewska: „Lewica na liście Platformy nie jest nową jakością”
„Skazany na śmierć przez zagłodzenie”: Duda i KEP włączają się do walki o życie Polaka w śpiączce
Tagi:
Instytut Pamięci Narodowej, Prawo i Sprawiedliwość, Moskwa, Rosja, Warszawa, Antoni Macierewicz, Warszawa, Radosław Sikorski, katastrofa smoleńska, Polska, Lech Kaczyński
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz