03:35 25 Luty 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
3355
Subskrybuj nas na

Próba uchwycenia w ramy prawa krajowego funkcjonowania internetu to raczej zagranie pod wyborców partii rządzącej, a nie realna chęć podporządkowania mediów społecznościowych aparatowi państwa. A jeśli Morawiecki tego nie rozumie, to… tym gorzej.

Pułapka bez wyjścia

Nie ma dziś możliwości zapanowania nad serwisami społecznościowymi i nad siecią w ogóle. Domeny internetowe przyznane są każdemu istniejącemu państwu na świecie i formalnie to pod prawodawstwo tychże państw podlega właściciel danego portalu, czymkolwiek by się on nie zajmował. Jest to oczywiście prawo martwe, bo przecież w wypadku Facebooka czy innych tego typu serwisów, mówimy o działalności globalnej. Właściciele dysponują danymi ogromnej ilości osób i – co w tym zagadnieniu kluczowe - są realnymi platformami wymiany opinii dla całego świata.

Premier Morawiecki, ogłosił dość buńczucznie, że jego rząd przystępuje do prac nad stworzeniem takich ram prawnych, które pozwolą uniknąć nieformalnego zwierzchnictwa właścicieli serwisów społecznościowych nad polską przestrzenią wymiany opinii. Punktem zapalnym stała się oczywiście prewencyjna cenzura wtedy jeszcze urzędującego Prezydenta USA, Donalda Trumpa, który spotkał się faktycznie ze zorganizowanym atakiem na jego prawo do wyrażania przekonań.

Jakie są jednak możliwości, które posiada rząd Zjednoczonej Prawicy? Papier przyjmie wszystko. W ustawie można napisać na przykład, że na terenie Rzeczypospolitej nie wolno od dziś obrażać Antoniego Macierewicza, wyśmiewać 70. milionów Jacka Sasina czy powielać wulgaryzmów kierowanych przez Zbigniewa Stonogę w stronę Zbigniewa Ziobry. Tylko co z tego? A co jeśli któryś z serwisów społecznościowych się nie dostosuje? Policja przyjedzie na sygnale? Można oczywiście spróbować zablokować ludziom dostęp do danej strony, ale to skończy się przecież masowymi protestami, tak jak wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

W poszukiwaniu alternatywy

Formacja rządząca dysponuje oczywiście sporymi środkami finansowymi mogącymi posłużyć wykreowaniu nowych mediów społecznościowych, nad którymi miałaby kontrolę, ale prawdopodobnie żadne środki nie są w stanie istotnie odmienić rynku, który się wyłącznie monopolizuje. O ile jeszcze 10 lat temu mieliśmy konkurencję różnych portali, o tyle w 2021 roku nie ma – przynajmniej na obszarze Polski – jakiegoś realnego rywala, zdolnego do zdobycia tak wielkiej liczby użytkowników. Dość powiedzieć, że bijący obecnie rekordy popularności Instagram jest również z Facebookiem zintegrowany, zarówno technicznie jak i właścicielsko.

Jak zresztą miałoby się to stać? Niezależnie od wielkości inwestycji trudno przecież oprzeć się wrażeniu, że retoryka „wolności słowa” w oświadczeniu Morawieckiego to wyłącznie polityczna poza, wynikająca ze słabości jego formacji w starciu z liberalną siłą stojąca za Facebookiem właśnie.

Doprawdy trudno sobie wyobrazić, żeby po tym wszystkim, co stało się z TVP czy nawet czytając treści prawicowych prorządowych tygodników, rzeczywiście miliony Polaków przeniosły swoje konta na konkurencyjny serwis. A jeśli nawet przeniosłoby się tam, załóżmy, sto tysięcy użytkowników, to jak szybko administratorzy z nadania rządu zaczęliby cenzurować treści niepożądane? Jak szybko zdjęcie spod pomnika żołnierzy radzieckich zostanie uznane za „propagowanie komunizmu”?

Zjednoczona Prawica nie jest w stanie skutecznie przeciwstawić się tendencji ani też stworzyć czegoś, co pozwoli ją przełamać. Potencjał 40-milionowego kraju, nawet na obszarze euroatlantyckim, jest po prostu zbyt mały na rywalizację z korporacyjnym monopolem. Nawet gdyby każdy obywatel RP założył po dwa konta na hipotetycznym „narodowym Facebooku” to i tak w żaden sposób nie zagrozi to oryginałowi. Żeby taka inicjatywa mogła mieć sens, to musiałaby objąć swoim zasięgiem większe terytorium i przede wszystkim większą liczbę ludności. Tu z pomocą mogłaby przyjść nawet Unia Europejska czy jeszcze szersze ponadnarodowe porozumienie. Tyle tylko, że ani nie ma ku temu woli politycznej u liberałów (ci zwykle cieszą się z tej cenzury, bo dotknęła ona prawicę) ani też relacje międzynarodowe rządów PiS niespecjalnie polegają na umiejętności pozyskiwania sojuszników. Nie znaczy to jednak, że problem nie istnieje, bo wbrew pozorom jest bardzo poważny.

Oświecony absolutyzm XXI wieku

Wyobraźmy sobie bowiem, że cenzurowanie polityków traci swój incydentalny charakter i staje się świadomym działaniem właścicieli serwisów społecznościowych, albo nawet zaplanowanym wcześniej algorytmem, z góry usuwającym wpisy „niezgodne z polityką firmy”. To prosta droga do dyktatury i to nie w sensie stricte politycznym, a raczej „dyktatury myśli” czyli narzucania użytkownikom konkretnych przekonań. Czy to takie niemożliwe? Wręcz przeciwnie. Skoro tylko administratorzy portali typu Facebook poczują moc, jaka wiąże się z tego typu możliwością (a przecież właśnie to się dzieje), to nic nie stoi na przeszkodzie by stosowali ją szerzej i w sposób bardziej zorganizowany. Wtedy zaś politycy zostaną już tylko klientami korporacji. Już teraz mamy do czynienia z deficytem i formalizacją demokracji, związaną z brakiem powszechnego dostępu obywateli do różnych treści (a także brakiem czasu na ich analizę i wyrobienie sobie obiektywnego poglądu na daną sprawę), ale w co przeistoczy się rzeczywistość gdy margines niezależności się jeszcze zmniejszy?

Jedyne rozwiązanie jakie można by było skutecznie zastosować, by uchronić się przed tego rodzaju zagrożeniem, to wiecznie młode „uspołecznienie środków produkcji”, które dla głowiącej się nad rozwiązaniem problemu prawicy jest niemalże myślozbrodnią i żaden prąd ideowy po tej stronie nie jest chyba gotów na taki tożsamościowy przełom, ale które dla głównonurtowej lewicy jest już odległą i „krytycznie przepracowaną” przeszłością. Ciężko więc upatrywać sił, które gotowe są takie rozwiązanie zaproponować.

W tej sytuacji widać wyraźnie, że podążamy w kierunku kolejnych ograniczeń swobód obywatelskich i wzmocnienia cenzury, tyle że stosować będą ją nawet nie formalnie demokratycznie wybrani autorytarni przywódcy w rodzaju Emmanuela Macrona, ale właściciele portali internetowych, przez nikogo nie wybrani i przez nikogo nie kontrolowani.

Najwidoczniej jest jeszcze po prostu za wcześnie, tzn. za mało z nas zostało ocenzurowanych, byśmy potrafili wykrystalizować sensowną odpowiedź obywatelską na zagrożenie monopolem informacyjno-światopoglądowym. O ile prawa strona przynajmniej dostrzegła już problem, o tyle lewa właśnie się kompromituje okazywaną publicznie radością z tego, że korporacja jest w stanie zablokować prawo do wyrażania opinii prezydentowi jednego z najpoważniejszych państw świata. Naprawdę pilnie potrzebujemy dziś odświeżenia naszych umysłów – by nie obudzić się w świecie zdehumanizowanych konsumentów na sznurkach nowoczesnej światowej oligarchii. I oby spodziewana porażka Morawieckiego zmusiła nas do znalezienia skutecznej alternatywy.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Morawiecki: Skoki to nasza polska tradycja. Bolą mnie doniesienia z Oberstdorfu
Morawiecki: Zaszczepmy się! Internauci: „Śmiało premierze dawkę podwójną dla pana”
Mateusz Morawiecki liderem rankingu zaufania. Dalej Hołownia i Duda
Tagi:
państwa, geopolityka, polityka, polityk, Polska, Mateusz Morawiecki
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz