Piszą dla nas
Krótki link
Autor
301171
Subskrybuj nas na

Czasami użycie niektórych sformułowań odpowiednie jest dla stylu publicystycznego, jednak nie przystoi politykowi. Szczególnie jeśli polityk ten sprawuje urząd głowy państwa. Andrzej Duda zdaje się o tym coraz częściej zapominać nie tylko w wypowiedziach krajowych (np. o sędziach czy prokuratorach), ale również w rozmowach z zagranicznymi mediami.

Kolejnym dowodem na to jest wywiad z polskim prezydentem opublikowany w brytyjskim dzienniku „Financial Times”.

Brytyjska presja na Unię

Oczywiście, nietrudno się domyślić, że jego publikacja nie jest przypadkowa. Brytyjskie media głównego nurtu znane są z podżegania do konfrontacji z Rosją, co zresztą wyróżnia je na tle mediów kontynentalnej Europy. „Financial Times”, choć uważany za opiniotwórczy i czytywany przez elity polityczno-biznesowe świata, nie jest tu wyjątkiem. Można zatem przypuszczać, że publikacja wyeksponowanego na okładce wywiadu z politykiem, który raczej rzadko gości na pierwszych stronach europejskiej prasy, jest działaniem zamierzonym, elementem presji, jaką Brytyjczycy starają się wywierać na Unią Europejską, choć nie są już jej członkami.

Do tego właśnie potrzebni są środkowoeuropejscy przywódcy, z którymi przeprowadza się wywiady we właściwym momencie. Pochodzą oni z krajów, które są członkami UE. Jeszcze.

Z głębokim niedowierzaniem odbierałem telefony od rosyjskich dziennikarzy, którzy wypytywali mnie, czy Andrzej Duda zapowiada bombardowanie Moskwy.

Przyznam szczerze, że kolejnych wynurzeń prezydenta dla anglosaskiej prasy nawet bym nie przeczytał. W końcu nietrudno się domyślić ich tonu i stylu przekazu. Są bardziej zajmujące lektury. Pełne nieskrywanego szoku pytania o treść wypowiedzi polskiego prezydenta sprawiły jednak, że z dużym oporem po ten wywiad sięgnąłem. Zresztą, został on szeroko omówiony i w mediach polskojęzycznych, kreujących z niego ważne wydarzenie i eksponujących go na swoich portalach.

O stosunku polskiej klasy politycznej wobec skazanego za przestępstwa kryminalne rosyjskiego opozycyjnego blogera powiedziano już zbyt wiele, by się na ten temat rozwodzić. Warto tylko przypomnieć, że spośród 460 posłów na Sejm znalazł się tylko jeden politycznie trzeźwy, który nie uległ zbiorowej histerii – Janusz Korwin-Mikke. Jak nietrudno przewidzieć, Andrzej Duda trzeźwości posła Konfederacji zachować nie jest w stanie. I pewnie dlatego o rozmowę poprosił go w tym okresie właśnie brytyjski dziennik.

Albo sankcje, albo bomby?

„Nie ma innego pokojowego narzędzia do wywierania presji na państwo, które łamie zasady prawa międzynarodowego. Tutaj prymat prawa międzynarodowego ma fundamentalne znaczenie. Dopóki prawo międzynarodowe jest przestrzegane, nie ma wojny. Gdy to prawo jest łamane, efektem tego jest zawsze wojna” – powiedział polski prezydent, odnosząc się, rzecz jasna, do polityki rosyjskiej.

Nie wskazał jednak gdzie, kiedy i przez kogo to prawo międzynarodowe zostało złamane. Jest to zatem subiektywna ocena polityczna Andrzeja Dudy. Wypowiedź w zasadzie niegroźna, gdyby padła z ust publicysty, a nawet jakiegoś polityka opozycyjnego. Głowa państwa zdaje się jednak sugerować, że w przypadku uznania (przez kogo?), iż ktoś złamał prawo międzynarodowe, odpowiedzią mogą być działania wojenne przeciwko niemu.

Dalej przyznaje jednak, że „jedynym sposobem (uniknięcia konfliktu) jest wymuszenie przestrzegania prawa międzynarodowego. Jedynym sposobem na to bez karabinów, dział i bomb są sankcje. Jesteśmy zatem gotowi, by pomóc budować konsensus w tej sprawie”. Widocznie w pewnym momencie uznał, że wezwania do konfliktu zbrojnego mogą być trudno zrozumiałe dla czytelników „Financial Times”. Odsłania jednak tym samym faktyczną intencję polskiej polityki na forum UE wobec Rosji: naciskać na wprowadzenie kolejnych sankcji ekonomicznych. Widoczna staje się również w tym miejscu nieprzypadkowość wywiadu Dudy w przededniu szczytu szefów MSZ państw unijnych. Jest to po prostu element nacisku w kampanii, do której wykorzystano polskiego prezydenta.

Codzienna dawka nienawiści

W wywiadzie pojawia się mnóstwo innych sformułowań odbiegających od jakichkolwiek standardów międzynarodowej dyplomacji. Mowa jest o tym, że „Rosji nie można ufać”, choć argumenty na rzecz tej dość infantylnej wizji rzeczywistości nie padają. Wreszcie Andrzej Duda podkreśla, że Rosja nie jest krajem podzielającym „wartości euroatlantyckie”. Szczerze mówiąc, nie bardzo w tym miejscu wiadomo, co ma na myśli. Ale może warto przypomnieć, że od jakiegoś czasu „wartości” te przerodziły się w parodię, co widać było ostatnio choćby 6 stycznia na waszyngtońskim Kapitolu.

Duda podkreśla też, że szef dyplomacji UE Josep Borrell powinien odwołać swoją wizytę w Moskwie.

Załóżmy na chwilę, że prezydentowi rzeczywiście chodzi o to, by Aleksiej Nawalny znalazł się na wolności. W takiej sytuacji powinien on wręcz kibicować europejskim urzędnikom, którzy mogliby przeprowadzić na ten temat w Moskwie kuluarowe rozmowy. Jemu jednak o żadnego Nawalnego nie chodzi. Chodzi wyłącznie o pretekst do kolejnej antyrosyjskiej szarży, być może mający na celu przypomnienie o sobie nowemu gospodarzowi Białego Domu.

Uspokajające jest tylko to, że żadne bomby na Moskwę, ani żadne inne miasto na naszym kontynencie nie spadną. Przynajmniej dopóki ludzie pokroju Andrzeja Dudy mieć będą znikomy wpływ na politykę UE, a nawet NATO. Bo to nie oni decydują o wojnie i pokoju. Ich rola jest znacznie skromniejsza, choć czasami ciepło wspomni o nich „Financial Times” lub inna anglojęzyczna gazeta.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Siergiej Andriejew dla Sputnika: Powodów dla konfrontacji nie dostrzegam
Prawa człowieka? Tak, ale nie w Polsce
ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
Polskich rojeń o Białorusi ciąg dalszy
Maski opadły
Tagi:
MSZ RP, Rosja, ABW, UE, Aleksiej Nawalny, Andrzej Duda, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz