Piszą dla nas
Krótki link
Autor
431788
Subskrybuj nas na

Polskie Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii wraz z firmą Poland – U.S. Operations Sp. z o.o. wydało niedawno przewodnik dla polskich przedsiębiorców pod znamiennym tytułem „Zostań dostawcą wojsk amerykańskich stacjonujących w Polsce”. Już wcześniej zresztą militarna obecność Amerykanów nad Wisłą miała oznaczać złote góry dla Polaków.

A jak jest faktycznie?

Biznes byłego pracownika ambasady

Okazuje się, że większość przetargów wygrywają spółki bynajmniej nie krajowe, lecz te, które w obsłudze armii Stanów Zjednoczonych mają odpowiednie doświadczenie. Przede wszystkim zaś wiedzą, w jaki sposób podejść do przetargów. Bo – przypomnijmy – organizowane z myślą o istniejących już dziś dziewięciu bazach amerykańskich na naszym terytorium przetargi rozpisane są na podstawie amerykańskiego prawa o zamówieniach publicznych, które z polskim niekoniecznie ma wiele wspólnego.

Co ciekawe, obsługą i pilotowaniem większości inwestycji amerykańskich zajmuje się powstała w 2015 roku spółka z ograniczoną odpowiedzialnością zarejestrowana w Gdyni. Poland – U.S. Operations (PLUS Ops) założona została przez Ronalda Farkasa będącego do dziś jej udziałowcem. Farkas zapewne miał wykorzystać swoje kontakty i doświadczenie zawodowe w prowadzeniu biznesu nad Wisłą. Ten absolwent Akademii Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, były wojskowy, w 2012 roku został oficerem ds. programów sił powietrznych w Biurze Współpracy Obronnej ambasady amerykańskiej w Warszawie. Z dyplomacji miękko przeszedł do prywatnego biznesu, co według standardów europejskich mogłoby budzić pewne wątpliwości.

Jego polskim wspólnikiem został szerzej nieznany absolwent zarządzania Paweł Bystrzejewski, a także trójmiejska spółka „Pol-Mare”, zajmująca się transportem i spedycją materiałów niebezpiecznych, w tym z przeznaczeniem dla wojska.

Ciekawostką jest to, że prezes Farkas wspiera jednocześnie wchodzi w skład organów statutowych Fundacji Świat Ludzkich (S)praw, zarejestrowanej w podwarszawskim Piasecznie i… popierającej na swoich profilach w mediach społecznościowych m.in. Strajk Kobiet.

Podsumujmy zatem: wprowadzaniem polskiego biznesu do interesów z amerykańską armią ma się zajmować spółka byłego pracownika ambasady Stanów Zjednoczonych, wspierającego postulaty organizacji wyraźnie w sprawach obyczajowych i kulturowych występującej przeciwko stanowisku rządu polskiego.

Rozczarowania

Dowiadujemy się jednak, że współpraca z Amerykanami idzie jak po grudzie. Polskie firmy muszą legitymować się odpowiednim doświadczeniem, a najlepiej już wcześniejszą kooperacją z wojskowymi strukturami za oceanu. Wspominał o tym niedawno wiceminister rozwoju, pracy i technologii Robert Tomanek, który poinformował, że przewaga wykonawców i dostawców zagranicznych nad polskimi jest kilkukrotna. Właściwie trudno się dziwić: było to do przewidzenia. Pada jednak tym samym mit o kolejnym rodzaju korzyści, tym razem gospodarczych, jakie Polska miałaby uzyskać w wyniku stacjonowania na jej terytorium obcych wojsk.

Mówią o tym jednak wyjątkowo nieliczni spośród polskich polityków parlamentarnych.

Grzegorz Braun z Konfederacji zauważa, że sama obecność wojsk amerykańskich w Polsce jest równoznaczna z „okupacją i kolonizacją”. Podobnie negatywnie jej następstwa ocenia Janusz Korwin-Mikke. To wyjątki potwierdzające regułę. Pozostali albo milczą, albo wbrew elementarnym faktom, nadal podtrzymują narrację o wszechstronnych korzyściach z rozlokowania obcych sił zbrojnych w Polsce.

Warunki zaporowe dla polskich firm

Andrzej Duda
© Sputnik . Aleksiej Witwickij
Tymczasem zbliża się perspektywa kolejnych inwestycji armii amerykańskiej, z których pewnie część powstanie nie bez udziału polskiego podatnika. W Powidzu pod Poznaniem ma powstać kompleks dowodzenia brygadą pancerną, którego wartość ocenia się na 190 mln dolarów. W Żaganiu, Skwierzynie, Toruniu i Świętoszowie również planowane są nowe obiekty: od budynków koszarowych po infrastrukturę kolejową, magazyny i zbiorniki paliwowe. Mówi się także o nowych obiektach w Lublińcu i Łasku.

Co jednak musiałby zrobić polski dostawca czy wykonawca, żeby stanąć do przetargu? W praktyce warunki skonstruowane są w taki sposób, że rola podmiotów krajowych ograniczać się może wyłącznie do poziomu podwykonawcy/poddostawcy.

Spośród wielu z nich warto zwrócić uwagę na rolę ustawy „kupuj amerykańskie” (Buy American Act), która powoduje, że w wielu przypadkach konieczne do udziału w przetargu jest wykazanie, że co najmniej 50% danego produktu powstało w Stanach Zjednoczonych. Liczne są też innego rodzaju zastrzeżenia, np. te dotyczące zakazu zatrudnienia przez podmioty biorące udział w realizacji kontraktu cudzoziemców (zapomnieć można np. o zatrudnianiu obywateli Ukrainy do robót budowlanych), czy wreszcie – skomplikowane procedury uzyskania certyfikatu dostępu do amerykańskich informacji niejawnych dotyczących obiektów wojskowych.

Można chyba założyć, że żadnego boomu inwestycyjnego w związku z obecnością Amerykanów w Polsce nie będzie.

Zresztą, te proste usługi, które wykonywać będą na rzecz baz podmioty polskie (wyżywienie, wywóz śmieci i inne usługi komunalne) pokryte mają zostać z budżetu państwa polskiego, co kosztować ma ok. 500 mln złotych rocznie. Wygląda na to, że amerykański mit, jak zwykle, okaże się całkowitą iluzją.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polskich rojeń o Białorusi ciąg dalszy
Joe z Piastów na banerach przed urzędem
Rocznica wyzwolenia Auschwitz: tym razem w ciszy
Borrell szykuje nowe sankcje przeciwko Rosji?
Tagi:
inwestycje, Wojsko Polskie, baza wojskowa, Ministerstwo Rozwoju, USA, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz