08:27 17 Kwiecień 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
363
Subskrybuj nas na

Prezes Narodowego Banku Polskiego właśnie zasugerował, że niedługo zobaczymy nowy banknot o nominale tysiąca złotych. A zdobić go ma wizerunek jakiejś kobiety, zasłużonej dla historii Polski. Co może oznaczać wprowadzanie do obiegu nowego banknotu? Czy złoty utrzyma swoją wartość?

Niewiele osób wie, że w obiegu, od czterech lat, funkcjonuje bilet (tak to się kiedyś nazywało) wart 500 złotych – z portretem króla Jana III Sobieskiego. Rzadko można taki banknot spotkać, nadal zdarzają się sklepy, gdzie nie chcą przyjmować tego arcydzieła projektanta, stalorytnika, gilosera (tego od metalowych nitek zabezpieczających – kserokopiarki tego nie łykają), drukarzy. W odleglejszej przeszłości wprowadzanie do obiegu coraz nowszych banknotów kojarzyło się raczej kiepsko – oznaczało rosnącą inflację i utratę wartości przez niższe nominały.

Dzisiaj inflacja też ciut szaleje, ale droższe banknoty mają głównie ułatwić tzw. operacje międzybankowe – banki wymieniają się gotówką, więc im wyższe nominały tym mniej papieru, ciężaru i liczenia. Czyli z tysiączkiem raczej do marketu szybko nie pójdziemy...

Wytłumaczenie osłabienia

Prezes NBP właśnie udzielił szerokiej wypowiedzi dla „Dziennika Gazeta Prawna” gdzie tłumaczy, że choć złotówka traci na wartości wobec poważnych walut, a ceny rosną - to wszystko dla naszego dobra. Fachowo nazywa się to: zapewnieniem niskiego kosztu finansowania dla wszystkich sektorów, aby doszło do poprawy koniunktury.

I dalej: „Nie możemy przy tym pozwolić, by ewentualne gwałtowne zmiany kursu walutowego lub rentowności obligacji ograniczyły nasze perspektywy wzrostu, bo chodzi o potencjał wzrostu polskiej gospodarki w okresie wielu kolejnych lat” – tłumaczy prezes.

Oczywiście przeciętny obywatel ma blade pojęcie, co to znaczy, ale część ekonomistów sceptycznie odnosi się do pomysłów zarządcy polskimi pieniędzmi. Pod koniec ubiegłego roku NBP interweniował na rynku walutowym, osłabiając złotego. Była to pierwsza tego typu akcja od lat. Bank centralny przekonywał, że celem tych działań było wsparcie gospodarki, w tym „ulżenie” eksporterom. Tu pada argument: jak to dobrze, że mamy własną walutę, bo możemy nią trochę pomanewrować. Spora grupa fachowców twierdzi zaś, że gdybyśmy zarabiali i płacili w euro to niepotrzebne byłyby manewry i byłoby taniej. Nasza głowa na to za słaba...

Centrum Handlowe VIVO w Stalowej Woli
© Zdjęcie : Facebook account of VIVO!
Trochę przykro

Jakkolwiek na to spojrzeć, w tym miesiącu złotówka spadała na łeb na szyję – niemal codziennie trzeba było więcej zapłacić za euro w kantorach. Taki kryzys zdarzył się w 2009 roku, rok temu też dużo straciliśmy – za euro trzeba było płacić 4,6 złotego. To tak jak dziś. Bank centralny miesiąc w miesiąc podtrzymuje stanowisko, że wkroczy, jeżeli będzie to uzasadnione. 

To tworzy pewną granicę tego, jak daleko złoty może się umocnić, ale jeśli chodzi o osłabienie, to tej granicy nie ma – podkreślają niezadowoleni fachowcy. Decydenci mówią wprost: polityka gospodarcza rządu jest ukierunkowana na osłabienie złotego. Przeciwnicy - te wysiłki rządzących, by doprowadzić do osłabienia naszej waluty, są jednak niepokojące. Nie poruszamy się bowiem w żadnej bezpiecznej przestrzeni, tylko jedziemy po bandzie – 12-letnim rekordzie.

Trochę dla usprawiedliwienia tego zamieszania – nasza waluta, podobnie jak wszystkie z rynków wschodzących (czyli w języku ekonomicznym – słabszych gospodarczo) są uzależnione od ruchów na giełdzie amerykańskiej, czyli od wartości dolara.

Tu znów – te rynki, które posługują się euro – mniej. Abyśmy nie czuli się tacy osamotnieni w tym nieszczęściu to dla przykładu fragment listy równie poszkodowanych (poza naszymi sąsiadami): turecka lira, rand południowoafrykański, meksykańskie peso, a nawet rubel, który powinien rosnąć wraz ze wzrostem cen ropy.

Kto na tym traci

Na taniejącej złotówce zyskują eksporterzy mogący oferować swoje produkty po niższej (w europejskich i światowych walutach) cenie. Ale jak to kij – ma dwa końce. Wielu eksporterów musi najpierw kupić jakieś komponenty z krajów twardej waluty – i tu szczęka opada. Starszym czytelnikom przypomina to czasy Gierka: zrobimy własne samochody, traktory czy koparki tylko filtry paliwowe musimy sprowadzić za dolary. A dutków brak... No i jeszcze drożejąca z dnia na dzień benzyna – niby nasza, obajtkowa, ale dewizami za kupno ropy trzeba płacić. Rządowi decydenci akcyzy nie popuszczą, więc transport drożeje – co już widać w sklepach. No i inflację mamy najwyższą w Europie. Choć są tacy wśród rządzących, którzy głoszą w kościelnych mediach, że to nic strasznego. A winna wzrostowi cen jest Unia, która czepia się emisji CO2 i segregacji śmieci.

Bank Centralny ma jednak dobre wiadomości na przyszłość: pandemia przecież musi się skończyć. A wtedy ludzie, którzy zabrali pieniądze z banków, bo dziś oprocentowanie lokat to zero – a do niektórych trzeba wręcz dopłacać – ruszą na zakupy. I to będzie odbicie gospodarki. Byle nie, z przeproszeniem, czkawką...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Rząd chce odmrażać gospodarkę. Gowin: Niezbędna jest społeczna odpowiedzialność
Polska gospodarka po roku lockdownu
Czeki na 1,4 tys. dolarów dla każdego podatnika: tak Amerykanie chcą stymulować gospodarkę
Drogowcy w oczekiwaniu na przysłowiową złotówkę
Złotówka dodatku motywacyjnego. To nie żart!
Tagi:
gospodarka, kryzys gospodarczy, gospodarka rynkowa, Polska, huśtawka, bankructwo, bankomat, banknoty
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz