20:34 12 Kwiecień 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
11415
Subskrybuj nas na

Entuzjaści głoszą: już niedługo zielona rewolucja będzie domeną nie tylko właścicieli domków jednorodzinnych, ale także każdego mieszkania – panele fotowoltaiczne staną na każdym balkonie, albo przymocuje się je pod oknem. Paranoja czy realna groźba?

W dawno minionych czasach na dachach betonowych budynków rósł las choinek anten telewizyjnych. Potem zamieniono je na „zbiorcze” - jedna antena i kable do wszystkich mieszkań. Potem przyszedł czas na „talerze” – niezależne anteny satelitarne wystające z każdego mieszkania. Władza z tym walczyła, bo bała się dostępu do wrażych źródeł informacji, a architekci płakali nad kompletnym niszczeniem projektów elewacji budynków. Moda minęła wraz z rozwojem telewizji kablowej – za odpowiednią cenę można oglądać programy z całego świata.

Teraz architekci będą mieli następny zgryz – fotowoltaika w każdym mieszkaniu. Kiedy rząd ogłasza kolejne podwyżki opłat za energię elektryczną – najsprytniejsi będą z tym walczyć i zmontują sobie własny prąd.

Balkonowe elektrownie

Statystyki mówią, że w Polsce fotowoltaikę na dachu ma już pół miliona domów. Czyli połowa tego, co zakładały rządowe plany do roku 2030. Jednak nawet wtedy do zagospodarowania pozostanie 4,7 mln domów – tyle w kraju zostałoby budynków jednorodzinnych bez fotowoltaiki. Ci z bloków zazdroszczą willowym kominków, więc może by tak sobie zamontować panel fotowoltaiczny... W internecie można oglądać obrazki wieżowców z panelami przyczepionymi do barierek balkonów, a nawet zewnętrznych ścian, pod oknem. Kompletna zgroza – przy dużym wietrze taka konstrukcja może się urwać... I jaki to ma sens?

Lokatorzy mieszkań nie mogą liczyć na jakieś dotacje, które przysługują willowym za wprowadzanie zielonej energii. Fachowcy policzyli, że przy najbardziej optymalnych warunkach: balkon długo oświetlony słońcem i najtańsza instalacja fotowoltaiczna – można zaoszczędzić 25 procent na rachunkach z elektrowni. A nakłady w inwestycję zwrócą się gdzieś za dwadzieścia lat. Już zupełnym drobiazgiem wydają się problemy z przesyłaniem prądu z balkonu do mieszkaniowej sieci elektrycznej – te starsze mogą tego nie wytrzymać. Tu trafiamy na ogólnokrajowy problem: czy ogólnokrajowy system energetyczny to wytrzyma?

Boom na farmy i dachowe elektrownie

Balkonowi producenci prądu nie mogą liczyć na odsprzedaż nadmiaru wytworzonej energii. Ale willowi już tak, a farmy fotowoltaiczne mają z tego żyć i dużo na tym zarabiać. Takie są dyrektywy unijne dla ratowania klimatu. Tylko to nie takie proste. Kilka lat temu wprowadzono w Polsce przepisy blokujące stawianie wiatraków wytwarzających prąd. Nikt tego głośno nie powiedział, ale można się domyślać, że za tym edyktem stało lobby górnicze i energetyczne – dla nich to kłopot i utrata zysków. Dziś już raczej nie obronią się przed fotowoltaiką na skalę przemysłową.

Za farmy uznaje się instalacje, które wytwarzają przynajmniej 1 MW prądu. A to oznacza wiele paneli słonecznych na hektarach ziemi.

Oczywiście na nieużytkach lub gruntach najniższych klas. Choć różnie z tym bywa u właścicieli prywatnych. Skarg okolicznych mieszkańców nie ma, a zarobić można. Pod warunkiem, że w okolicy jest jakaś profesjonalna (czytaj państwowa) sieć energetyczna. Deweloperzy szukają w całym kraju, ostatnio padło na Podkarpacie, gdzie zabudowanych ma być panelami ponad 3 tysiące hektarów. Ten nagły rozwój fotowoltaiki przyprawia energetyków zawodowych o zimne dreszcze.

Sieć tego nie wytrzyma

W Polsce sieć do przesyłu prądu była budowana jako sieć pasywna, jednokierunkowa, w której prąd płynął od dużych elektrowni do odbiorców. Elektrownie fotowoltaiczne – farmy – produkują prąd nieregularnie. Podobnie w przypadku mikroelektrowni, instalacji prosumeckich (tych na dachach willi lub w ogródkach). Jesienią 2020 roku w Polsce było ponad 350 tysięcy mikroinstalacji fotowoltaicznych; na początku 2018 – niecałe 30 tys. To oznacza, że ich właściciele raz dostarczają prąd do sieci, a innym razem go pobierają, i zmiany dostarczania lub pobierania są mało przewidywalne. Jeśli takich instalacji są setki tysięcy, to sieć trzeba przebudować z jednokierunkowej na dwukierunkową, aktywną, scyfryzowaną, dostosowaną do nowych warunków. Bo inaczej nie będzie ona dobrze funkcjonować.

Oczywiście modernizacja to olbrzymie wydatki, często też czasochłonne. Ale to nie tylko pieniądze są główną barierą. Zarządzający sieciami muszą sięgnąć do kieszeni, a tymczasem ich zyski się kurczą. Im więcej osób samodzielnie wytwarza własny prąd, tym mniej osób go kupuje. Spadek zainteresowania przekłada się na większe rachunki tych, którzy korzystają z tradycyjnych rozwiązań. Już dziś zakłady energetyczne często odmawiają podłączenia do sieci planowanych elektrowni fotowoltaicznych. W 2019 odmów było 400, siedem razy więcej niż w 2018  –  wynika z danych Urzędu Regulacji Energetyki. Słowem: chętnych jest więcej, niż możliwości na to pozwalają.

Co ze złomem?

Pierwotnie żywotność paneli szacowano na 15 lat, dzisiejsze mają działać dużo dłużej. Ale i tak kiedyś trzeba będzie je wyrzucić. Gdzie? W Polsce (podobnie zresztą jak w większości krajów Unii) nie ma specjalnych przepisów dotyczących instalacji fotowoltaicznych, czy raczej ich utylizacji. Traktowane są jak.... zużyte telewizory, pralki, lodówki.

Tu warto przypomnieć, że Polska, jako jedyna w Europie, wprowadziła drastyczne kary dla przedsiębiorców za nieosiągnięcie poziomów zbierania zużytego sprzętu elektrycznego. Unijna dyrektywa nie nakłada obowiązku na przedsiębiorców tylko na państwa. Polska wprowadziła opłaty produktowe, które – zdaniem fachowców – są nieproporcjonalnie wysokie i nie przystają do realiów gospodarczych.

W skrócie: unijni specjaliści wymagali, aby recykling zużytych urządzeń wagowo odpowiadał temu, co jest wprowadzane na rynek – znaczy – ile ludzie kupili nowego sprzętu (w kilogramach). W naszym kraju dodano do tego sprzętu panele fotowoltaiczne. Ale te cholery nie psują się przez dwadzieścia lat – więc złomu nie ma - znaczy się przepisowej utylizacji nie ma i przez lata nie będzie. Jak policzyli fachowcy od recyklingu – aby wykonać roczną normę niby zniszczonych paneli trzeba skasować 700 tysięcy pralek – połowę rocznej sprzedaży. Albo zerwać ludziom panele z dachów – tego nawet Wielki Bareja by nie wymyślił...

Od fotowoltaiki nie uciekniemy, za daleko to zaszło. Chyba nikt się tego nie spodziewa, a dziś trochę brakuje mądrych głów, które by tę nowoczesność ogarnęły...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Prąd to ja mam swój własny: Polska wyrasta na potęgę fotowoltaiki
UE strefą wolności LGBTIQ: Komisja Europejska daje zielone światło
Nowy podatek od smartfona: rząd daje zielone światło
Tagi:
elektrownia wiatrowa, energia elektryczna, elektryczność, zielona energia, gospodarka rynkowa, gospodarka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz