20:44 13 Kwiecień 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
5614
Subskrybuj nas na

Jak wiadomo – spisy powszechne są niezbędne, choćby dla rozwoju chrześcijaństwa i osiągnięcia Zbawienia Wiecznego. Na ziemi jednak, jak to na ziemi. Już za Kwiryniusza był nielichy bałagan, a i Rzymianie robili spisy nie po to (tylko), by nam się ładnie szopki komentowały, ale przede wszystkim i jak wszystko – dla pieniędzy.

I niewiele się od tamtych czasów zmieniło, może poza brakiem możliwości ucieczki na osiołku do Egiptu.

Z drugiej strony, jestem wszak jako dziennikarz naturalnie leniwy, zatem cenię sobie wyniki różnorakich spisów, dzięki którym wszelkie dane przydatne do uzasadniania praktycznie wszystkiego – znajdują się w jednym miejscu. Nie raz też utyskiwałem na różnice (choćby w szybkości opracowywania i udostępniania danych) dzielące o lata świetlne takie choćby National Records of Scotland od GUS. Tego samego GUS, który przez lata nie miał nawet konta mailowego, a dziennikarzy zapraszał listami poleconymi, dochodzącymi dwa dni po terminie kolejnej konferencji, prezentującej kolejne, nikogo już nie interesujące dane demograficzne sprzed lat trzech.

Bubel po 10 latach przygotowań

Jestem też jednak z definicji nieufny, zwłaszcza widząc, gdy rzeczony GUS twierdzi nagle, że wkroczył w XXI wiek i radośnie ogłasza, że oto ten rok już nastał, że spisać trzeba Polki i Polaków! I nie jak zwykle, przy wystawianiu nam mandatów, ale przez internet! Bo jak to zwykle w IIIRP, ponieważ kolejny Narodowy Spis szykowany był zaledwie od lat 10 - nadal niczego nie wiadomo, system jest łagodnie mówiąc niejasny i wątpliwie bezpieczny, za to nakazy i zobowiązania jak zawsze groźne.

Jedna z wielu wątpliwości spisowych – dotyczy Polaków mieszkających zagranicą.

Otóż ich sytuacja została zróżnicowana w zależności od czynnika kontrowersyjnego: zameldowania w Polsce. Ci, którzy nadal je posiadają – mają obowiązek spisać się (przy użyciu kwestionariusza emigranta krótko- bądź długookresowego). Ci wymeldowani – obowiązkowi spisowemu nie podlegają. Podkreślmy – nie decyduje faktyczne zamieszkanie, a jedynie papierek, który od ćwierć wieku co najmniej wszyscy znoszą – i który w efekcie nadal wszyscy znosić musimy.

Dalej, nasi emigranci pozostają nieufni co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze - znając tendencję III RP do położenia dodatkowej skarbowej łapki na ich dochodach. Po drugie zaś – mając już doświadczenia ze znacznie bardziej profesjonalnie przeprowadzanymi spisami w krajach zamieszkania. I nie chodzi tylko o to, że nasi nie bardzo rozumieją, czemu mają się dawać spisywać i tu, i tam, jakby żyli w dwóch miejscach jednocześnie. To także kwestia wyłapania dość oczywistych różnic między np. spisem angielskim, przy użyciu zindywidualizowanych loginów i cyfrowej ochrony danych – a jakąś ankietką w Internecie, otwieraną PESELEM, której wypełnienia nagle domaga się dawna ojczyzna, grożąc swoim zwyczajem karami i grzywnami. Niespójność kwestionariuszy emigranckich już do tego wszystkiego pomińmy, choć w formie, w jakiej ostatecznie się pojawiły nijak nie można wykluczyć sytuacji, w której jedna osoba zostanie spisana dwa razy: raz samemu karnie logując się z zagranicy, a po raz drugi w ankiecie członka rodziny mieszkającego pod polskim adresem zameldowania.

Wiedza = niewola?

Wiedząc nawet bez spisu o kilku milionach obywateli RP mieszkających zagranicą - odniesiono się do ich istnienia w ramach całej tej operacji statystycznej z beztroską, łagodnie mówiąc, cechującą cały Narodowy Spis Powszechny 2021. Bo także mieszkający w kraju powinni całą robioną na hura szopkę statystyczną traktować z dużą ostrożnością. Mając choćby w pamięci „błąd systemu” rezerwacji szczepień sprzed kilku dosłownie dni, znaną zawodność państwowych e-urzędów w ogóle, a także coraz bardziej przyspieszającą tendencję do powszechnej, depczącej wszelkie prawa poufności inwigilacji obywateli. Przy całym gadaniu o „tajemnicy statystycznej” – Spis w obecnej formie nie jest bezpieczny, koniec kropka.

Po pierwsze nie wydaje się należycie zabezpieczony przed niekontrolowanym wyciekiem danych, i to naprawdę wrażliwych, w tym majątkowych powiązanych wprost z personalnymi. Po drugie – sprawia wrażenie kolejnej cegiełki w budowie omnipotencji państwa, w tym jego służb siłowych i skarbowych nad obywatelem. A przez całą III RP i ostatni rok w szczególności – wolności zabrali nam aż nadto, nadmiernie też rozbudowując swoją wiedzę na nasz temat.

I trudno się w tej sytuacji dziwić, że tak szczegółowo, a niejasno przesłuchiwani rodacy - postępują zgodnie z zasadą od wieków wyznaczającą zdrowy dystans obywatela do nadmiernie dociekliwego państwa: baby i krowy do lasu, a kolczyk przepiąć na tę świnię, co już na minę wlazła. Bo im mniej władza o nas wie - tym większa szansa, że na jakiś kolejny durny pomysł nie wpadnie. Na przykład co zrobić z naszymi pieniędzmi lepiej od nas.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Przerwana msza w polskim kościele w Londynie: „Policja przekroczyła brutalnie swoje kompetencje”
Prezentacja w Moskwie: Listy od Polaków do mieszkańców Stalingradu
Łukaszenka: Czas przypomnieć sobie o okupacji białoruskich ziem przez Polskę
Białoruskie papierosy w wagonach z drewnem chciały się przedrzeć do Polski – wideo
Tagi:
polityka, wybory, spisek, GUS, Obywatele RP, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz