Piszą dla nas
Krótki link
Autor
4230
Subskrybuj nas na

Coraz bardziej buńczuczne zapowiedzi i gry gabinetowe każą przypuszczać, że w niedługim czasie możemy mieć przedwczesne wybory parlamentarne. Te, przynajmniej wg badań opinii publicznej, może wygrać dzisiejsza opozycja. Ale czy to rzeczywiście znaczy tak wiele?

Walki kogutów

O ile do tej pory zwykle w debacie pojawiały się konkretne propozycje zarysowujące podział w kwestiach programowych, o tyle na dziś walka polityczna skupiła się wokół spraw rzekomo ustrojowych, zupełnie ignorując potrzebę podkreślenia różnic np. w sprawach ekonomicznych, kulturowych, zagranicznych etc. Liberałowie próbują doprowadzić po pierwsze do trwałego upadku sterowności rządu Zjednoczonej Prawicy, a następnie uszyć tymczasową większość, która po „wyczyszczeniu przedpola”, ogłosi nowe wybory do sejmu.

To o tyle ciekawe, że w zasadzie wyłącznie do tego ograniczają się postulaty opozycji, do których jeszcze wrócimy. Prawo i Sprawiedliwość w retoryce liberałów jest tą formacją, która oddala Polskę od Europy, ogranicza demokrację i niewystarczająco entuzjastycznie składa pokłony nowej amerykańskiej władzy. Niewiele jest natomiast o wyborczym programie, brakuje tu jakiegoś motywu przewodniego, takiego jaki miał PiS w 2015 roku, czyli osławionego już 500+. Może to i zresztą ze strony opozycji rozsądne, bo składa się ona z tak dużej ilości podmiotów, że ciężko by było znaleźć coś bardziej łączącego niż „odsunąć PiS od władzy”.

Inna sprawa, że rzeczywiście w ostatnich miesiącach Zjednoczona Prawica ogranicza się do „zarządzania pandemią” i dyskusji o tym, kto odejdzie z koalicji, a kto ją ewentualnie wzmocni. Poszczególni ministrowie zachowują się jakby dowodzone przez nich resorty były prywatnymi folwarkami, a Jarosław Kaczyński wyraźnie przestał kontrolować własne zaplecze, choć przecież po to tylko wchodził do rządu. Porozumienie Gowina coraz częściej puszcza oko w kierunku liberałów, Solidarna Polska Ziobry prowadzi wzajemne obwąchiwanie się z Konfederacją, a Prezes PiS niewiele może z tym zrobić, bo nie ma już narzędzi – wyrzucenie kogokolwiek za nielojalność skończyłoby się na pewno przegłosowaniem wotum nieufności dla Mateusza Morawieckiego.

Tyle się zmieni, by zostało tak samo

Jarosław Gowin
© AP Photo / Czarek Sokolowski
W gruncie rzeczy jednak, poza walką o wpływy i dostęp do państwowego koryta (oraz związaną z nimi siłę sprawczą), nie chodzi jednak o nic szczególnego. Retoryka opozycji, jakoby Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście wypisywało Polskę z Unii Europejskiej, zupełnie się nie daje obronić. PiS oczywiście poszukuje sojuszników gdzie indziej niż Koalicja Obywatelska, ale przecież to cały czas dotyczy tej samej unijnej płaszczyzny. Tak, PiS wchodzi w spór z dominującymi frakcjami w Parlamencie Europejskim, ale nie w materii samej przynależności do wspólnoty, a raczej w kwestiach drugorzędnych. W momentach granicznych, takich jak stworzenie możliwości zakręcenia europejskiego kurka w przypadku stwierdzenia braku praworządności, partia rządząca i tak grzecznie z podkulonym ogonem akceptuje to, co postanowili najwięksi.

I tutaj chyba dochodzimy do najważniejszego elementu tej kampanii, tj. do głosowania w sejmie nad przyjęciem pakietu pomocowego UE. Tym razem to PiS używa wezwań do jedności w obliczu integracji europejskiej, natomiast opozycja posługuje się politycznym szantażem, argumentowanym brakiem zgody na proponowany przez rząd sposób dysponowania funduszami. Ponieważ na dziś liberałowie nie mają kontroli nad mechanizmami dotacyjnymi z poziomu państwa, żądają gwarancji przekazania przynajmniej istotnej części środków samorządom. Co zabawne – ani jedna ani druga strona nie próbują tego uzasadnić merytorycznie, wojna trwa wyłącznie o to, „kto” będzie rozdawać pieniądze, a nie „jak” i „komu”. Dokładnie tak samo jest z debatą na temat organizacji szczepień przeciw COVID-19, poza krytyką rządu opozycja w żaden sposób nie przedstawia alternatywy.

Punktem wspólnym jest też niezmiennie polityka zagraniczna. Zarówno Zjednoczona Prawica, jak i liberałowie prześcigają się w agresywnych stanowiskach w stosunku do Federacji Rosyjskiej czy Białorusi, obie formacje starają się wykazać przed wyborcami (?), że będą lepiej wykonywać zalecenia sojusznika zza oceanu, wreszcie tak samo głośno apelują o wsparcie dla ewentualnej napaści Ukrainy na republiki ludowe na wschodzie kraju. Doprawdy trudno w sprawach istotnych znaleźć coś, co by znacząco odróżniało liberałów od PiS, bo naprawdę walka o wpływy w mediach, sądownictwie czy na uczelniach trwa w demokracjach cały czas – ten ustrój nie daje innych możliwości.

Los peryferii

To oczywiście smutna konstatacja, bo nieuchronnie przecież dojdziemy w ten sposób do wniosku, że na polskiej scenie politycznej nie może się już wydarzyć nic istotnego. Owszem, drobne rzeczy mogą się zmieniać, raz rząd może bardziej lubić księży, a raz gejów i lesbijki, raz możemy się pytać o pozwolenie w Berlinie, a raz w Waszyngtonie, ale poza tym wpływ wyborców na rzeczywistość jest niezwykle ograniczony.

Taki jest niestety status Rzeczypospolitej w tym zachodnim świecie, do którego tak podobno uparcie dążyliśmy. Mamy być antyrosyjską awangardą, szpicą NATO i oczywiście polem bitwy, gdyby miało dojść do czegoś poważniejszego. Dobrze zobrazowały to nawet przedstawiające jako wysoce patriotyczne działania z czasów końca rządów PO-PSL, potem kontynuowane bez sprzeciwu przez PiS, a zmierzające do wprowadzenia na teren Polski amerykańskich żołnierzy. Wprawdzie USA dały nam na nasz koszt te swoją kompanię reprezentacyjną, ale jednocześnie NATO nadal nie uwzględnia Polski jako terenu zdolnego do ochrony przez Federacją Rosyjską. O to jednak na scenie politycznej nie można już zadawać pytań, ten temat jest w ogóle z debaty wykluczony, bo grozi zanegowaniem peryferyjnej roli Warszawy.

Ale wcale nie jest inaczej choćby z ekonomią, bo nawet tutaj Prawo i Sprawiedliwość nie zdecydowało się przekroczyć żadnej czerwonej linii, za którą stoi gospodarcza niezależność Polski, a przynajmniej jakaś jej część, bo przecież trudno w dzisiejszych czasach, z perspektywy średniej wielkości kraju, nawet marzyć o pełnej suwerenności. Nawet jeżeli dostrzec pewne pozytywne zmiany np. w obszarze państwowej własności, to jednak generowane w ten sposób przychody wydajemy kompletnie bez sensu, a to na amerykański gaz, a to na ichni wojskowy sprzęt. Polska scena polityczna jest w obecnych warunkach zamknięta na cztery spusty i doprawdy trudno to obserwować, a jeszcze trudniej liczyć na jakiś przełom. Zdrowiej udać się na emigrację, choćby wewnętrzną.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Osadzony w areszcie białoruski opozycjonista zakłada nową partię
Turcja. Zatrzymanie admirałów z powodu konwencji z Montreux. Opozycja potępia działania władz
Koniec z produkcją papierosów na Białorusi? Opozycja alarmuje: Władze zarabiają krocie na akcyzie
Tagi:
Prawo i Sprawiedliwość, Jarosław Gowin, Warszawa, Polska, wybory parlamentarne, władza, opozycja
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz