12:31 21 Czerwiec 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
6020413
Subskrybuj nas na

Wraz z kolejną rocznicą zakończenia II wojny światowej znów powiedzieć możemy to samo, co w minionych latach. Oficjalna Warszawa wypiera się samej siebie, neguje najistotniejsze dla własnej historii momenty XX wieku. A fałszywa historia jest źródłem fałszywej polityki, o czym pisał już w XIX wieku Józef Szujski.

9 maja Polacy nie wywieszają żadnych flag. Nie wywieszą ich nawet 8 maja. Mają zapomnieć, unieważnić.

Kult martyrologii

Polska mentalność jest doprawdy zadziwiająca. Od wielu już lat nad Wisłą świętowane są w pierwszej kolejności rocznice kolejnych klęsk i narodowych tragedii. Im bardziej krwawa porażka, beznadziejne powstanie, irracjonalna decyzja, emocjonalny wybuch, tym większe święto.

Poprzestając na historii II wojny światowej, właściwie obchodzone są trzy związane z nią daty: 10 kwietnia, 1 sierpnia i 1 września. 10 kwietnia, oczywiście, przypominana jest rocznica zbrodni katyńskiej. Jej ostrze skierowane jest, rzecz jasna, przeciwko Rosji i Rosjanom, niezależnie od tego, jak wiele jeszcze razy rosyjscy przywódcy będą przepraszać za śmierć polskich oficerów i proponować pojednanie nad grobami polskich i radzieckich ofiar stalinizmu.

1 sierpnia Warszawa czci rocznicę wybuchu absurdalnego powstania, którego sprawców gen. Władysław Anders proponował postawić przed trybunałem. Współczesna Polska świętuje wszakże rocznicę tej politycznej głupoty. I znów – mamy tu ostrze antyrosyjskie; rzekomo Armia Czerwona świadomie czekała, aż walcząca polska stolica sama się wykrwawi.

Czasem jeszcze wspomina się 1 września wybuch II wojny światowej, choć coraz częściej i głośniej mówi się o tym, że właściwie 17 września był znacznie ważniejszy, bo to data wkroczenia wojsk radzieckich od wschodu.

Mamy zatem sytuację, w której na czele polskich rocznic kojarzonych z II wojną światową czczone są niemal bez wyjątku wielkie przegrane. Każdej z nich można było uniknąć, jeśli by tylko władze II Rzeczypospolitej i ich londyńscy następcy prowadzili politykę realistyczną, rozsądną i opartą na uznaniu twardych faktów. Oczywiście, dzisiejsza Polska o ich błędach i decyzjach skutkujących narodowymi tragediami nie powie ani słowa. Winni są inni. Polacy, w tym ich elity polityczne, pozostają rycerzami bez skazy, nawet jeśli to rycerze błędni, nie tyle osobiście idący na pewną śmierć, co obserwujący agonię szeregowych obywateli, spoglądając na nich zza rumuńskiej granicy czy odległego Londynu.

Zwyciężyliśmy

2 maja 1945 roku na berlińskiej Kolumnie Zwycięstwa załopotał biało-czerwony sztandar. Jednym z tych, którzy go zawiesili był kpt. Antoni Jabłoński z podlaskiego Suraża. Prosty robotnik i rolnik, po wybuchu wojny wcielony do Armii Czerwonej. Gdy usłyszał o formującej się w Sielcach nad Oką armii gen. Zygmunta Berlinga zgłosił się do Wojska Polskiego na ochotnika. Szlak bojowy zaczął od bitwy pod Lenino, później wyzwalał Warszawę, zdobywał Wał Pomorski, forsował Odrę, a w końcu został jednym ze zdobywców Berlina. Po wojnie pracował jako listonosz i sprzedawca w sklepie. W III Rzeczypospolitej, podobnie jak tysiące podobnych mu bohaterów, otrzymywał głodową emeryturę.

Pamiętam dobrze jego sytuację, bo towarzyszyłem przed laty Andrzejowi Lepperowi, gdy ten zdecydował się wypłacać mu comiesięczną pomoc. Państwo polskie miało pana Antoniego w głębokim poważaniu. Na to, by mógł sobie kupić żywność, lekarstwa i opał na zimę, zrzucali się ludzie dobrej woli i opozycja. Kpt. Jabłoński zmarł w 2015 roku. Nikomu już nie opowie o momencie największej symbolicznej chwały polskiego oręża w II wojnie światowej. Nie opowie też o tym, jak traktowały swoich żywych bohaterów władze Polski po 1989 roku.

Tymczasem to było nasze największe zwycięstwo. To byli nasi prawdziwi bohaterowie, o których kolejne pokolenia powinny czytać w podręcznikach historii. O tych ludziach prostych, cierpiących nędzę w II RP, których doceniła Polska Ludowa, a ponownie odsunęła w niepamięć III RP. Zwyciężyliśmy w 1945 roku.

Wspólnie z sojusznikami – w tym przede wszystkim z Armią Czerwoną – pokonaliśmy wroga będącego największym, egzystencjalnym zagrożeniem w naszych najnowszych dziejach, odsunęliśmy groźbę fizycznego unicestwienia całego narodu. I dzięki temu właśnie zwycięstwu znajdujemy się dziś na terytorium, które ma największy poziom spójności i rozwoju w polskiej historii ostatnich wieków.
Polityka wstydu i westchnień do Hitlera

Od wielu już lat konsekwentnie zalewani jesteśmy falą relatywizmu. Najpierw polegała ona na przyjęciu, że Związek Radziecki był równie okrutnym agresorem, jak III Rzesza. Dziś już pojawiają się głosy, że był agresorem najgroźniejszym, że wywołał wojnę.

Oficjalna polityka historyczna gloryfikuje tych, którzy zastanawiali się nad kolaboracją z hitlerowskimi Niemcami. Coraz częściej słyszymy fantazje o tym, jak wspólnie z Wehrmachtem mogliśmy brać Moskwę.

Tym samym, wbrew historycznym faktom, polskie elity polityczne próbują de facto postawić Polskę w jednym szeregu z Łotwą, Ukrainą, Litwą czy Estonią, innymi krajami, które mają ciemne plamy współpracy z nazistowskimi Niemcami. Polska na ich tle zawsze była przykładem postawy konsekwentnej, tej, która zaprowadziła kpt. Jabłońskiego i jego towarzyszy broni na berlińską Kolumnę Zwycięstwa.

9 maja to dzień, w którym powinniśmy, wywieszając polską flagę, przypomnieć sobie o naszym prawdziwym zwycięstwie. Wspólnym dla całej naszej części Europy.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Szef Sztabu Generalnego Rosji: Kreml zaprasza polskich wojskowych na Defiladę Zwycięstwa
Bard z Polski zaśpiewa z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą
Polska angażuje się w akcję „Dzień Zwycięstwa w różnych językach”
Tagi:
III Rzesza, ZSRR, nazizm, rewizja historii, Polacy, II wojna światowa, Zwycięstwo, Dzień Zwycięstwa
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz