11:27 21 Czerwiec 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
91915
Subskrybuj nas na

Polski premier nadał z Brukseli optymistyczny komunikat mówiąc, że „jesteśmy już bardzo bliscy porozumienia”. W wyniku tego porozumienia Republika Czeska zgodziła się wycofać wniosek do TSUE. Ale czeska strona to kwestionuje.

To porozumienie przede wszystkim zakłada wieloletnie projekty z udziałem strony polskiej w wysokości do 45 mln euro - współfinansowanie tych projektów przez stronę polską - dodał premier. Szef polskiego rządu podkreślił, że mają być to środki z budżetu państwa, samorządów oraz spółki PGE, która jest właścicielem kopalni i elektrowni Turów.

Czeski premier następnego dnia rano w rządowym radiu oświadczył, że to są jakieś dyrdymały, bo na nic się nie zgodził i w ogóle nie ma planów wycofania czeskiego pozwu wobec Polski z TSUE. Na kolejnym spotkaniu z dziennikarzami zaprzeczył twierdzeniom Polski, że Czechy są gotowe wycofać skargę, bo jeszcze nie osiągnięto porozumienia w sprawie kopalni Turów. I nie chciał rozmawiać na ten temat z polskim kolegą

Czeski wiceminister środowiska podał warunki, na jakich mogą wycofać pozew. To przede wszystkim pisemne i finansowe gwarancje, że Polska zminimalizuje i zrekompensuje skutki wydobycia. Likwidacja zanieczyszczenia powietrza, ograniczenie hałasu, a przede wszystkim ochrona stanu wód podziemnych.

Polski wiceminister aktywów państwowych odpowiedział na takie dictum: jest podpisany protokół uzgodnień, który będzie podstawą umowy. Polska nie wpłaci żadnych pieniędzy. To będą fundusze na wspólne projekty, w których polska strona będzie partycypować, ale to nie coś za coś.

Tak sobie chłopcy pogadali a sąd w Luksemburgu pracuje...

Okoliczni mieszkańcy zaczynają blokady przejść granicznych protestując przeciw zamknięciu kopalni, bo bez niej nie będzie działać elektrownia, a wtedy to już mogiła...

Wszyscy kopią

Historia węgla brunatnego w okolicach Turoszowa (właściwiej byłoby powiedzieć – Bogatyni lub Worka Żytawskiego) sięga XVII wieku. Najpierw powstawały małe dziury, potem coraz większe – wraz z budową coraz liczniejszych elektrowni opalanych węglem brunatnym. Mocno rozszerzał się też teren eksploatacji na dzisiejsze północne Czechy i wschodnie Niemcy. Dla Czechów węgiel brunatny to jedno z podstawowych paliw do produkcji energii elektrycznej, które odpowiadało w 2020 roku za 34,5 procent zapotrzebowania na prąd.

Jednak zarówno Niemcy, jak i Czesi planują rezygnację z wydobycia i spalania węgla brunatnego. Niemcy zrobią to w 2038 roku, Czesi prawdopodobnie w tym samym czasie. Na razie w bliskim sąsiedztwie Turowa funkcjonuje 9 wielkich kopalni, 5 na terenie Czech i 4 w Niemczech. Większość zasobów w regionie jest własnością czeskich firm EPH i PFF Investments.

Wszystkie kopalnie w regionie poza jedną są większe od Turowa. Co najciekawsze, dwie z wymienionych wyżej kopalni, leżą najbliższej Polski. Chodzi o niemiecką Nochten, leżącą 60 km w linii prostej od Turowa, która wydobywa 14 mln ton węgla brunatnego, czyli trzykrotnie więcej niż w Turowie. Druga kopalnia w czeskiej Bilinie leży w 85 km w linii prostej od Turowa, kopie 9,5 mln ton, czyli dwukrotnie więcej niż w Turowie.

Czyżby awantura o kopalnię Turów to próba wciśnięcia swojego węgla w miejsce zabronionego? Bo przecież elektrownia nie jest objęta anatemą i jeszcze trochę podziała. Niemcy uważają kolejowe dostawy brunatnego na duże odległości za nonsensowne. U Czechów też nie słychać o jakichś ambicjach eksportowych. Są też sugestie, że sąsiedzi będą zarabiać na dostawach prądu jeśli zamknie się zespół turoszowski. Ale ze wszystkich wyliczeń wynika, że dla systemu energetycznego zespół Turów to 4-5 procent mocy i da się ubytek zrekompensować przez inne siłownie.

Więc o co chodzi? Powszechna teza głosi, że jak nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze. Ale raczej nie tym razem.

Albo się szanujemy albo draka

Pierwsze pretensje o uciążliwość Turowa Czesi wnosili w 2016 roku. Chociaż i wcześniej mieszkańcy okolicznych miasteczek czeskich i niemieckich narzekali, ale ekologia nie była jeszcze w takiej modzie, a po stronie polskiej ludzie cenili sobie miejsca zatrudnienia, a nie świeże powietrze. Sąsiedzi podnosili głównie wysychanie studni z powodu odwadniania kopalni. Niemcy dodatkowo: obsuwanie się ziemi i domów w Zittau.

Jednak najważniejsza była świadomość, że polskiej kopalni kończy się koncesja, więc będzie można podyskutować o warunkach jej przedłużenia. Nie żeby od razu zamykać, ale wprowadzić różne zabezpieczenia czy też rekompensaty za kłopotliwą działalność odkrywki. I przez lata były jakieś spotkania, toczyły się jakieś rozmowy na różnych szczeblach, ale strony, na ogół, pozostawały przy swoim. Jednym z najważniejszych przykładów sporu są braki wody w miejscowościach Chotyne i Uhelna (region Liberecki).

Lecz polski wiceminister klimatu wyjaśniał: nie jest prawdą, że brakuje tam wody; jest ona wykorzystywana do basenów, uzdrowisk czy podlewania trawników. A poza tym: być może źródłem problemu Czech jest żwirownia, która znajduje się 550 metrów od strefy przygranicznej. Jest ona tuż przy ujęciu wody po tamtej stronie. Czesi nie zgadzali się z tą diagnozą. A potem, coraz natarczywiej domagali się poważnych konsultacji na temat przyszłości Turowa. Strona polska robiła różne uniki, coś obiecywała mieszkańcom wspomnianych miasteczek, coś o specjalnej, podziemnej kurtynie, która ma zatrzymywać spływanie wody do kopalni, coś o wałach ziemnych zatrzymujących hałas. Ale to raczej były pogadanki szkolne niż omawianie prawnych aspektów sporu.

Więc pod koniec lutego Czechy wniosły skargę do TSUE. Dołączyły wniosek o wstrzymanie prac w kopalni do czasu wydania orzeczenia. Wiceprezes Trybunału Rosario Silva de Lapuerta uznała go kilka dni temu za zasadny. W postanowieniu czytamy: „Polska zostaje zobowiązana do natychmiastowego zaprzestania wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów. Podnoszone przez Czechy zarzuty dotyczące stanu faktycznego i prawnego uzasadniają zarządzenie wnioskowanych środków tymczasowych”.

Jak naginać prawo

Koncesja na prowadzenie działalności wydobywczej w Turowie wygasała 30 kwietnia 2020 roku. Na podstawie polskiej ustawy z 2008 r. termin obowiązywania koncesji na wydobywanie węgla brunatnego może zostać jednokrotnie wydłużony do sześciu lat bez przeprowadzania jakiejkolwiek oceny oddziaływania na środowisko, jeżeli „wydłużenie to jest uzasadnione racjonalną gospodarką złożem oraz nie wiąże się to z rozszerzeniem zakresu koncesji”.

Więc ją przedłużono – a to był pierwszy powód do bicia. Komisja UE uznała, że, „przyjmując przepis pozwalający na przedłużenie do sześciu lat obowiązywania koncesji na wydobywanie węgla bez przeprowadzenia oceny oddziaływania na środowisko, państwo naruszyło dyrektywę w sprawie oceny skutków wywieranych przez niektóre przedsięwzięcia publiczne i prywatne na środowisko”.

Ale to pryszcz. 28 kwietnia 2021 r. minister klimatu i środowiska przedłużył termin obowiązywania obecnej koncesji na wydobywanie węgla brunatnego i kopalin towarzyszących ze złoża „Turów” do 2044 roku. Co go tak przypiliło? Otóż 22 kwietnia prezydent podpisał ustawę o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko.

Chodziło o dostosowanie polskiego prawa do przepisów Unii Europejskiej. Ustawa przewiduje, że nowe rozwiązania wejdą w życie po 14 dniach od dnia ich ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Tekst jest długi, ale jak byk napisane, że żadne koncesje górnicze nie mogą być wydawane bez szerokich konsultacji z zainteresowanymi organizacjami ekologicznymi, obrońcami klimatu, fachowcami znającymi się na rzeczy, ludnością pobliskich trenów. A sąd może zablokować decyzję, jeżeli uzna słuszność strony protestującej. Więc na przedłużenie pozwolenia na wydobycie Turów mógłby poczekać dość długo.

Zaczną się kłopoty

Decyzja ministerialna tylko utwierdziła TSUE w swoim postanowieniu. Lista złamanych przez Polskę paragrafów jest długa jak noc skazańca. Zdaniem prawników cytowanych przez „Puls Biznesu” cała sytuacja wokół Turowa to podwójna porażka Polski. Przedłużono koncesje wydobywcze ignorując przepisy prawa unijnego. W grudniu ubiegłego roku stwierdziła to już Komisja Europejska, co nie zmieniło polskiego nastawienia. Po drugie, polska strategia procesowa okazała się błędna. Trybunał uznał, że nie można bronić się przed zarzutem nieodwracalnych szkód środowiskowych poprzez przywołanie argumentów społeczno-ekonomicznych. Pracownikom zamkniętej kopalni można wypłacić odszkodowanie. Wód gruntowych nie można uzupełnić.

Polska sugerowała również, że nie ma technicznej możliwości wyłączenia bloków w Turowie z dnia na dzień, jednak nie przedstawiła dokumentów na poparcie tego stwierdzenia. Należy także przypuszczać, że podejście Trybunału stanowi konsekwencję postawy Polski w dotychczasowych postępowaniach. Choćby w sporach dotyczących wycinki puszczy Białowieskiej czy reformy polskiego sądownictwa - Polska wybrała postawę konfrontacyjną, ignorując wyznaczone środki zabezpieczające i wyroki. A to musi skończyć się karami.

Pierwszymi, którzy je odczują będą mieszkańcy regionu zgorzeleckiego - mogą stracić dostęp do 1,2 miliarda złotych z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Bo w dokumencie Komisji Europejskiej, opublikowanym tuż po przedłużeniu przez ministerstwo klimatu koncesji dla wydobycia w Turowie, unijni komisarze podkreślili, że regiony, które chcą przedłużenia życia gospodarki węglowej, nie mają planów transformacji, nie zamierzają wyłączać bloków węglowych - nie mogą liczyć na pieniądze na Sprawiedliwą Transformację. Jako przykład miejsc, które funduszy nie dostaną, podano właśnie Turów.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Przełom ws. kopalni Turów? Morawiecki: Czechy zgodziły się wycofać wniosek do TSUE
Szczerski o decyzji TSUE ws. Turowa: Będziemy rozmawiać z Czechami
Zamieszanie ws. Turowa: Polski rząd mówi o porozumieniu, Czesi zaprzeczają
Tagi:
Czechy, energetyka, kopalnia, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz