09:40 17 Czerwiec 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
6426
Subskrybuj nas na

Pierwsza premiera teatralna, jaką udało mi się zobaczyć po lockdownie: „Baba-Dziwo” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Sztuka napisana w 1938 roku, jako satyra na Hitlera, który wtedy jeszcze w Polsce wydawał się śmieszny, nie straszny. To dość ponure, jak refleksje na temat dyktatury sprzed ponad 80 lat pozostają aktualne do dzisiaj.

Przedstawienie w reżyserii Ewy Domańskiej, wystawione w warszawskim Teatrze Polskim, nie zaskakuje formą, ani grą aktorską. To porządnie zagrany i tradycyjnie pokazany spektakl, który powinien trącić myszką – a okazuje się frustrująco współczesny.

Valida w sercach

Swoją sztukę Pawlikowska-Jasnorzewska nazwała tragikomedią – choć, jako żywo więcej w niej komedii, co oczywiście oznacza daleko idące uproszczenie. Ale opis małości, które wychodzą u ludzi w obliczu dyktatora, powszechnej skłonności do podporządkowania się – jakkolwiek komediowy, zdaje się nieprzyjemnie trafny. Skwapliwość, z jaką urzędnicy oddają pokłony Validzie – dyktatorce, żelazną ręką rządzącej państwem, które Pawlikowska-Jasnorzewska nazwała „Prawią” – przekracza granica zachowań „publicznych” i wkracza w prywatne życie bohaterów.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Polski Beata Szydło
© AFP 2021 / Janek Skarzynski
Norman Gordon, niegdysiejszy wysoki urzędnik, który popadł w niełaskę reżimu, permanentnie robi swojej żonie wyrzuty: że to jej postawa wobec władzy złamała mu karierę. Sam starannie unika jakiejkolwiek krytyki – ale to okazuje się za mało.

Myślę sobie: jaki odsetek – na przykład – trzeciorzędnych prawników, których PiS wyniosło do najwyższych stanowisk w wymiarze sprawiedliwości, naprawdę wierzy, że to, co robi Ziobro rzeczywiście poprawi funkcjonowanie sądów i zagwarantuje Polakom prawdziwą sprawiedliwość? A jaki odsetek ma to w nosie, jak długo mogą dzięki Ziobrze zasiadać w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa? Co zrobiłby którykolwiek z tych prawników, gdyby jego żona dołączyła do protestów obronie sądów?

Co by się z nim stało? Jaki odsetek dziennikarzy telewizji publicznej naprawdę myśli to, co muszą mówić? Co by się stało z ich karierami, gdyby zaczęli mówić coś innego?

O tym akurat przekonał się Michał Cholewiński, który prowadził w TVP główne wydania informacji do czasu, kiedy na antenie wyraził „niezrozumienie” dla orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Z głównej anteny wyleciał nie tylko on, ale i – dla większej jasności – jego żona.

Śmiertelne żniwo feminizmu

Najważniejszy zarzut, jaki bohater sztuki ma do swojej żony jest taki, iż – zamiast rozmnażać się jak przystało na obywatelkę Prawii – skupia się na swojej naukowej karierze chemiczki i nie ma dzieci. Posiadanie dzieci jest bowiem celem i sensem istnienia kobiety – w tragikomedii Jasnorzewskiej dyktatorka ogłasza obowiązkową dwuletnią służbę rozrodczą dla samotnych kobiet.

W naszej Prawii AD 2021 mamy ministra edukacji, którego oburza „tłumaczenie kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez pana Boga powołana” i który zawodzi, iż „nas jest 5 milionów mniej niż powinno być”, co jest efektem „śmiertelnego żniwa feminizmu”, który „mówi kobiecie: nie musisz tego robić, jesteś taka sama jak chłop, idź i pracuj, jeździj na traktorze, na kombajnie, ucz się, rób karierę”...

Mamy też Trybunał Konstytucyjny, który – wbrew oczywistym intencjom komisji, która konstytucję napisała, i Zgromadzenia Narodowego, które ją przyjęło bez zapisu o „ochronie życia od poczęcia”, taki zapis w ustawie zasadniczej widzi i na tej podstawie każe kobietom rodzić dzieci bez mózgu. To doprawdy niewesołe, że minęły 83 lata, jesteśmy częścią Zachodu i zjednoczonej Europy – a postrzeganie kobiety w charakterze inkubatora się nie zmieniło.

Macocha i zbawiciel

Tragikomedia Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej kończy się w momencie, w którym dyktatorka – otruta zapachem specjalnie perfumowanych kwiatów, opracowanym przez niepokorną żonę Normana Gordona, chemiczkę – zaczyna mówić prawdę.

Jasnorzewska uczyniła dyktatorką kobietę 60-letnią – w dwudziestoleciu międzywojennym oznaczało to zgrzybiałą starość – brzydką i samotną.

„Moje rządy” – ogłasza Valida w ostatniej scenie, kiedy – „to osobiste porachunki. Kobiet nienawidzę, mężczyzn nienawidzę, sztuki i literatury, mniejszości i większości narodowych nienawidzę, całej naszej planety nienawidzę”. Wiem, że to prostackie skojarzenie, ale kiedy przypominam sobie wykrzywioną wściekłością twarz Jarosława Kaczyńskiego, który z trybuny sejmowej, „bez żadnego trybu”, wrzeszczał do opozycji o „mordach zdradzieckich” – nie mogę oprzeć się pokusie porównania.

Oficjalny tytuł dyktatorki to „ Jej Macierzyńska Wysokość Matka Ludu” – choć w chwili wspomaganej chemicznie szczerości Valida mówi, iż w istocie rzeczy jest dla ludu „macochą”. Wiele bym dała, żeby usłyszeć, co tak naprawdę myśli o swoich wyborcach polityk, do którego lud woła „Jarosław Polskę zbaw”.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tagi:
sztuka, totalitaryzm, polityk, dyktator, Lewica, PiS, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz