15:37 19 Czerwiec 2021
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
2211
Subskrybuj nas na

62 procent Polaków, pytanych przez IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej”, nie potrafiło wskazać, kto powinien zostać następcą Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku szefa PiS. I to jest dokładnie to, o co prezesowi chodziło. W 2018 roku, w takim samym sondażu, za niezastąpionego uznało Kaczyńskiego 43 procent Polaków; w 2020 – 49 procent.

Co jest o tyle zabawne, że w innym sondażu, zrobionym pod koniec zeszłego roku, 80 procent badanych – w tym aż 42 procent wyborców PiS – uznało, że czas, żeby prezes Polski odszedł na emeryturę. Inaczej mówiąc: w swojej masie mamy Kaczyńskiego naprawdę dość, tylko udało mu się w przebiegły sposób przekonać nas wszystkich, że jest bezkonkurencyjny.

Obajtek – człowiek z aurą

Osobiście podejrzewam, że temu właśnie służyła styczniowa kampania zachwytu nad Danielem Obajtkiem. Te absurdalne piania nad wójtem Pcimia, który w oczach Kaczyńskiego stał się znienacka „nadzieją dla Polski”, posiadaczem „ogromnych możliwości” i „aury, którą daje Bóg” – pojawiły się równolegle z nadaniem Mateuszowi Morawieckiemu orwellowskiej kategorii „nieosoby”.

W wywiadzie, którego pod koniec stycznia Kaczyński udzielił braciom Karnowskim – nazwisko premiera nie padło ani razu, a jego działania nabrały form bezosobowych: infrastruktura szczepionkowa „została przygotowana”, o szczepionki „stara się rząd”, którego dalsze plany „będą niedługo przedstawione”...

Prasa opozycyjna zagrała według napisanego przez szefa partii rządzącej scenariusza: przez kilka tygodni zajmowaliśmy się głównie tym, kiedy Obajtek zastąpi Morawieckiego na stanowisku premiera – a potem dwa miesiące poświęciliśmy na coś, co Amerykanie nazywają „character assassination”, czyli na mordowaniu reputacji prezesa Orlenu.

Wyszło nawet całkiem nieźle – Obajtek ma sporo za uszami – kłopot tylko w tym, że dziś można podejrzewać, że cały koncept awansowania wójta Pcimia na szefa rządu to był humbug, obliczony na odwrócenie naszej uwagi. I może trochę na przypomnienie premierowi, gdzie jest jego miejsce w szyku. Jarosław Kaczyński nigdy nie zaniedbuje takiego wychowawczego działania.

To, co zdaje się w tej całej rozrywce naprawdę ponure – to fakt, iż przeczołganie Morawieckiego przez Kaczyńskiego osłabia go wyłącznie w rozgrywkach partyjnych. W żadnym stopniu nie podważa jego pozycji rządowej. Co – o ironio – przyznaje nawet opozycja.

Banaś – człowiek z lancą

Po tym, jak zerwany ze smyczy Banaś wyruszył z lancą na pisowski czołg, składając do prokuratury doniesienia przeciwko premierowi i trzem ministrom w sprawie wyborów kopertowych, Koalicja Obywatelska, niczym nowozelandzcy autochtoni, odtańczyła rytualny taniec zakończony pokazaniem języka – to wśród Maorysów najstraszniejsza groźba – składając wnioski o wotum nieufności wobec Sasina, Kamińskiego i Dworczyka.

Rzeczniczka PiS – nawet nie rzecznik rządu – ogłosiła z kompletnym i zasłużonym lekceważeniem, że „wniosek jest bezprzedmiotowy i zostanie odrzucony przez większość sejmową”, co „GW” skomentowała ironicznym tytułem: „PiS zna już wynik głosowania”.

Oczywiście, że zna. Zjednoczona Prawica może żreć się między sobą o tytuł Króla Prawaków i o to, kto bardziej nienawidzi Unii Europejskiej i ideologii LGBT – ale na pewno nie doprowadzi do obalenia któregokolwiek z ministrów. Bajania chcących zachować anonimowość posłów KO, opowiadających „GW” z podnieceniem, że „mamy informacje, że co najmniej kilku gowinowców, przynajmniej w przypadku ministra Mariusza Kamińskiego, będzie się bardzo poważnie zastanawiało” – to kolejna edycja dziewczęcych marzeń o tym, że upragniony i wytęskniony wreszcie porzuci żonę. Przyłożenie ręki do odwołania konstytucyjnego ministra na wniosek opozycji oznaczałoby zerwanie koalicji. Gdyby Gowin chciał to zrobić, zrobiłby to na własnych warunkach.

Tomczyk – człowiek oburzony

To wszakże mniej ważne. Ważniejsze jest to, że formalnie głównym winowajcą w całej aferze z wyborami kopertowymi jest premier. To on wydał 2 decyzje administracyjne, bez żadnej podstawy prawnej powierzające przygotowanie wyborów podmiotom do tego nieuprawnionym. Oczywiście wszyscy wiemy, że zostało to zrobione na polecenie Jarosława Kaczyńskiego – prezes przyznał się do tego wprost w wywiadzie dla „Wprost” – ale nie mówimy o odpowiedzialności politycznej, tylko prawnej, a ta spoczywa na szefie rządu. Odpowiedzialność Dworczyka jest tego samego typu, choć z racji urzędu nieco wtórna. Sasina i Kamińskiego Banaś przebiegle oskarżył o to, że nie wykonali nielegalnych decyzji premiera, a powinni byli, bo „funkcjonowały w obrocie prawnym” i należało je albo zrealizować albo formalnie zaskarżyć. Inaczej mówiąc Dworczyk, Sasin i Kamiński są tu w istocie pionkami.

Jeśli PO rzeczywiście płonie moralnym oburzeniem na członków rządu, którzy dążyli do „gabinetowego zamachu stanu”, który miał „doprowadzić do przeprowadzenia w Polsce nielegalnych wyborów”, zorganizowanych „w sposób nielegalny i pozakonstytucyjny” oraz „podążali ścieżką wyznaczoną przez Łukaszenkę czy Erdogana” – jak ze swadą opowiadał Cezary Tomczyk – to oczywistym jest, że najważniejszą osobą, którą trzeba odwołać, jest prowodyr junty, Mateusz Morawiecki.

A jednak przeciwko Morawieckiemu opozycja wniosku nie złożyła. Albowiem konstytucja nie dopuszcza harców z odwoływaniem premiera – wymaga, aby w tym samym głosowaniu, w ramach konstruktywnego wotum nieufności, powołać nowego.

Jest oczywistym, że takie głosowanie opozycja przegra – podobnie jak przegra te w sprawie Dworczyka, Sasina i Kamińskiego. W przypadku premiera jednak ktoś musiałby się poświęcić i „na zająca” wystartować do stanowiska szefa rządu. A to mogłoby naruszyć jego reputację lub wysokie mniemanie o sobie. Na aż tak daleko idące poświęcenia dla sprawy dzielni obrońcy wolności najwyraźniej nie są gotowi.

Człowiek z tabletu potrzebny od zaraz

Polska flaga.
© Zdjęcie : Pixabay / 3005398
Mam sugestię. Pamiętacie „premiera z tabletu”? W 2013 roku Jarosław Kaczyński złożył wniosek o konstruktywne wotum nieufności wobec Donalda Tuska, posługując się przy tym wyciągnięta z kapelusza postacią nieznanego nikomu profesora socjologii, Piotra Glińskiego. Gliński wprawdzie się ośmieszył – zwłaszcza, kiedy Kaczyński na trybunie sejmowej odtworzył jego przemówienie z pamiętnego tabletu – ale dało to PiSowi okazję do odbycia sądu nad rządem, przejęcia inicjatywy, narzucenia narracji. Dwukrotnie: warto przypomnieć, że PiS skorzystało z Glińskiego jako monidła jeszcze raz, w 2014 roku. Rok później Kaczyński wynagrodził mu chwile wstydu, czyniąc go wiceszefem rządu.

Może to jest pomysł? Jeśli Platforma Obywatelska rzeczywiście ma – jak twierdzi – tak ogromne poparcie wśród intelektualnych elit, niech znajdzie sobie jakiegoś próżnego profesora o godnym wyglądzie, obieca mu nieważne, ale eksponowane stanowisko w przyszłym rządzie i wystawia go do nierównej walki, za każdym razem, kiedy uzna, że taka demonstracja jest potrzebna. 

Zawszeć to lepiej, niż stchórzyć.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

PiS próbuje udobruchać klasę średnią. Skutecznie?
Młodzi PiS: konserwatywna rewolucja
Jaki o wyborach kopertowych: „To wina opozycji”
Szef NIK donosi na Kaczyńskiego. Rzeczniczka PiS: To nerwowe ruchy człowieka w trudnej sytuacji
Co się zmieni z opozycją u władzy?
Koniec z produkcją papierosów na Białorusi? Opozycja alarmuje: Władze zarabiają krocie na akcyzie
Kaczyński niespodziewanym sojusznikiem KO. Jako jedyny w PiS poparł poprawkę opozycji
Tagi:
polityka, rząd, PiS, Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, opozycja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz