9 lutego 2015, 15:36

Nasz pokój lepszy od amerykańskiego

Nasz pokój lepszy od amerykańskiego

Konflikt na Ukrainie stał się, niezaskakująco, elementem polskiej kampanii wyborczej. Na początku lutego dwa kluby złożyły w Sejmie projekty uchwał dotyczących sytuacji w Donbasie. Jak można było się spodziewać, projekt Prawa i Sprawiedliwości jest dość dokładnym przeciwieństwem projektu Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

PiS chce uchwały w sprawie „złożenia hołdu ofiarom wojny i klęski humanitarnej, jakie mają miejsce na terytorium Ukrainy” – acz z treści uchwały wynika wyraźnie, że zdaniem PiS hołd należy się wyłącznie ofiarom narodowości ukraińskiej. PiS uważa, że Sejm powinien „wezwać Radę Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej oraz rządy innych państw wolnego świata do udzielenia Ukrainie wszelkiej pomocy, niezbędnej dla osiągnięcia pokoju na Wschodzie, w formie i zakresie oczekiwanym przez władze Ukrainy” – czytaj, przystąpić do zbrojenia armii ukraińskiej, prowadzącej „operację antyterrorystyczną”.

Lewica, która swój projekt zatytułowała znacznie bardziej powściągliwie: „w sprawie konfliktu na Ukrainie i jego konsekwencji” – mówi wprawdzie, zgodnie z dzisiejszą polską poprawnością polityczną, o konieczności „położenia kresu naruszaniu integralności terytorialnej Ukrainy przez Federację Rosyjską” – ale w tym samym akapicie dodaje: „uważamy, że ten konflikt może być rozwiązany wyłącznie metodami pokojowymi”. Zabiera także, choć nie wprost, głos w sprawie bezsensownej polsko-rosyjskiej awantury historycznej, wywołanej nierozważną wypowiedzią min. Schetyny o Ukraińcach, którzy wyzwolili Oświęcim: „Sejm RP apeluje do wszystkich uczestników życia politycznego w Polsce, Rosji i na Ukrainie o niewykorzystywanie historii najnowszej do celów bieżącej walki politycznej”.

PiS, w imieniu którego uchwałę promuje były wiceszef MSZ Witold Waszczykowski, oczekuje, żeby jego projekt został przyjęty przez aklamację. To się raczej nie stanie – ale samo zwerbalizowanie takiego postulatu jest swego rodzaju emocjonalnym szantażem: ci, którzy nie włączą się do oklaskiwania stanowiska polskiego Sejmu w sprawie bezwarunkowego poparcia dla obecnych władz ukraińskich, zostaną napiętnowani jako „sługusy Kremla”, czy też „pachołki Moskwy”. PiS chce także, aby Sejm „wyraził oczekiwanie, że wszystkim osobom odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne na Ukrainie wymierzona zostanie międzynarodowa i krajowa sprawiedliwość”. To ostatnie zdanie także, w istocie rzeczy, nie dotyczy „wszystkich odpowiedzialnych” za ofiary na Ukrainie – jestem dziwnie pewna, że nikt z PiS nie będzie się domagał pociągnięcia do odpowiedzialności dowódców armii ukraińskiej i tzw. ochotniczych batalionów Ajdar, Dnipro, czy Donbas, odpowiedzialnych za ostrzeliwanie dzielnic cywilnych. Co – zgodnie z raportami ONZ, OBWE, Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, czy też organizacji takich, jak Human Rights Watch i Amnesty International – dość regularnie czynią obie strony konfliktu. Poza Ukrainą chyba tylko polskie i amerykańskie media wierzą w twierdzenia Kijowa: że to separatyści sami siebie ostrzeliwują po to, żeby móc obarczać odpowiedzialnością miłujące pokój siły zawodowej i ochotniczej ukraińskiej armii.

W ostatni weekend niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, napisał, powołując się na źródła w niemieckim wywiadzie, że rzeczywista liczba ofiar ukraińskiego konfliktu to nie ponad 5 tysięcy – jak brzmią oficjalne rachunki – ale nieomal dziesięć razy tyle. Zaangażowanie kanclerz Merkel w szukanie rozwiązań pokojowych, jej niedawna podróż do Moskwy i jej stanowcza niezgoda na amerykańskie pomysły w sprawie dozbrajania Ukrainy zdają się sugerować, że informacje FAZ mogą być prawdziwe. Być może do europejskich polityków dotarło wreszcie, że czas politycznych rozgrywek minął – że tuż za granicą Unii toczy się bezwzględna i krwawa wojna domowa, którą należy zatrzymać za wszelką cenę, korzystając z pomocy wszelkich możliwych sojuszników. Ameryce nie robi to szczególnej różnicy, bo to jest pół świata od niej, a każdy dzień ukraińskiego konfliktu osłabia pozycję Rosji, która ostatnio otwarcie zaczęła kwestionować jednobiegunowy układ świata, o brzmiącej dość ironicznie nazwie „Pax Americana”. Ale przecież nikt chyba nie oczekuje od Stanów jakiejkolwiek przyzwoitości w polityce międzynarodowej. I to je różni od zjednoczonej Europy, która – w co osobiście ciągle wierzę – mimo wszystkich swoich słabości nadal opiera się na fundamencie praw człowieka, demokracji ponad kapitałem, szacunku dla mniejszości i kilku jeszcze innych staroświeckich koncepcji, w USA uchodzących za lewackie niedorzeczności.

Pozostaje mieć nadzieję, że Europa zechce przypomnieć sobie, dlaczego nasz pokój jest lepszy od amerykańskiego.

 

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji

  •  
    Podziel się z