19 lutego 2015, 16:02

Debalcewe: Komu „kocioł”, komu przykrywka

Debalcewe: Komu „kocioł”, komu przykrywka

Kocioł debalcewski” zamknął się mocno i ostatecznie. Tak twierdzą liderzy sił samoobrony Donbasu i ich podwładni bezpośrednio na miejscu zdarzenia. Informacja ta znajduje odzwierciedlenie w dziesiątkach nagrań, zeznań schwytanych żołnierzy ukraińskich służb bezpieczeństwa. Co więcej, właśnie sytuacja z okrążonymi w rejonie Debalcewe bojownikami Sił Zbrojnych Ukrainy, Gwardii Narodowej i ochotniczych batalionów zajęła prawie połowę 16-godzinnych rozmów w Mińsku w formacie „normandzkiej czwórki”.

Ale Kijów nie chce przyznać tego, co oczywiste. Z pewnością po prostu boi się spojrzeć prawdzie w oczy, albo ślepo wierzy w lokalność problemu, który jakoby uda się szybko i bezboleśnie rozwiązać. Albo coś ukrywa. W sprawozdaniach i oświadczeniach różnych spikerów tzw operacji antyterrorystycznej, a także polityków najwyższej rangi, co chwila ukazują się raporty, z których wynika, że nie ma żadnego „kotła”, że sytuacja jest poważna, ale pod kontrolą. Podobno żołnierze bohatersko utrzymują swoje pozycje i otrzymują pomoc z zewnątrz. Co więcej, wydano im rozkaz ignorowania zbędnego z punktu widzenia Kijowa „zielonego korytarza” zapewnionego przez siły samoobrony.

Ale dlaczego, jeśli sytuacja jest pod kontrolą, OBWE i cały Zachód wzywa siły samoobrony do natychmiastowego zaprzestania działań bojowych w tym rejonie? Skoro nie ma żadnego niebezpieczeństwa dla tysięcy ukraińskich wojskowych w Debalcewe, to po co taka prawie ultymatywna kategoryczność, jak zwykle zwrócona tylko w kierunku jednej ze stron konfliktu? Z czy związana jest nowa fala fałszywych propagandowych oświadczeń ukraińskich mediów o tym, że w rejon „kotła” skierowano potężne jednostki rosyjskiego wojska?

Petro Poroszenko w Mińsku kategorycznie nie chciał przyznać faktu okrążenia wojsk w Debalcewe. Ale w ostatnich dniach sytuacja zmieniła się jeszcze bardziej na niekorzyść Kijowa. A prezydent Ukrainy znów trafił pomiędzy dwa, a nawet trzy ognie. Z jednej strony nie ma on prawa do przyznania kolejnej dużej porażki, jak to ujął, „dzielnej i szlachetnej ukraińskiej armii”. W oczach obywateli to zapewniłoby mu reputację przegranego. Z drugiej strony, w szeregach sił bezpieczeństwa umacnia się przekonanie, że Poroszenko kolejny raz „wydał” swoich.

Jest jeszcze „partia wojny”, która popycha prezydenta do wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy Ukraina oczywiście otrzyma kolejną partię broni ze Stanów Zjednoczonych, ale w tym przypadku raczej nie będzie kolejnych transz od MFW. A bez nich sytuacja społeczno-ekonomiczna w kraju bardzo szybko zamieni się w piekło. Stanowisko prezydenta oczywiście nie jest do pozazdroszczenia.

Ale fakt pozostaje faktem: ukraińscy generałowie, oficerowie i marni politycy porzucili swoich żołnierzy w Debalcewe na łaskę losu. Spisali na straty. Charakterystyczna dla wziętych w niewolę ukraińskich bojowników śpiewka: kiedy robiło się gorąco, ich dowódcy po prostu uciekli z pozycji nawet bez uprzedzenia swoich podwładnych. Blogerzy już nazwali obecnego ministra obrony Ukrainy „Połtorakiem Debalcewskim”, a poprzedniego - „Geletejem Iłowajskim”. I rzeczywiście, największa klęska w Iłowajsku latem zeszłego roku była dla Kijowa „darem”. Nowy „kocioł” pokazał, że odpoczynek i przegrupowanie jednostek wojskowych i oddziałów ochotniczych pod pozorem wrześniowego rozejmu niczego nie zmieniło. Nawiasem mówiąc, obecny udział Kijowa w realizację inicjatyw na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu wielu ekspertów wiąże również z dążeniem do kolejnej przerwy przed kolejnym ‚decydującym rzutem na wschód”.

Tymczasem protesty w kraju narastają. Ludzie są coraz bardziej świadomi, że ukraiński rząd traktuje wojsko tylko jako mięso armatnie, jako środek realizacji ambicji politycznych i interesów. A szczególne działania Zachodu, jego groźne wezwania do sił samoobrony o natychmiastowe przerwanie działań bojowych w Debalcewe wyglądają, jak próba ukrycia czegoś ważnego, co znajduje się w „kotle”.

Tutaj mogą być różne wersje. Jedno jest pewne: ci, którzy zostali okrążeni, dla Kijowa już są poza grą, oni po prostu nie istnieją. Nieplanowane straty. Przecież już trwa mobilizacja - ona da nowe zasoby, aby kontynuować „pokojowe rozwiązywanie” po kijowsku. Chciałoby się wierzyć w cuda i w to, że konstruktywne inicjatywy Rosja znajdą w końcu zrozumienie całej ukraińskiej władzy, a porozumienia z Mińska będą respektowane. Niestety ta sama „partia wojny” w Kijowie z powodu wielu wewnętrznych przyczyn i dużego zewnętrznego wsparcia na razie nie wpadła do swojego politycznego „debalcewskiego kotła”. Oznacza to, że trwały pokój na Ukrainie jest przekładany. Jest to kwestia woli politycznej, z którą, jak również z niezależnością, w Kijowie mają duże problemy.

  •  
    Podziel się z