11:51 12 Grudzień 2018
Na żywo
    Jeb Bush

    Republika czy Imperium? Wybory Prezydenckie w USA

    © AP Photo / M. Spencer Green
    Polityka
    Krótki link
    Peter S. Rieth
    0 553

    W Stanach Zjednoczonych, w przeciwieństwie do Rosji i Polski, prezydent nie jest wybierany w drodze powszechnych wyborów demokratycznych. Już się rozpoczęła kampania wyborcza, która pokaże czy "rządy ludowe, przez lud i dla ludu," jak określił je prezydent Lincoln, będą w stanie przywrócić normalne stosunki między Wschodem i Zachodem.

    Co cztery lata obywatele Stanów Zjednoczonych oddają głos nie na kandydatów na prezydenta, lecz na elektorów, którzy zasiądą do koledżu elektoralnego i wybiorą prezydenta. Elektorzy figurujący na karcie do głosowania, przypisywani są do danego kandydata danej partii, nie mają jednak prawnego obowiązku oddania głosu na kandydata, do którego są przywiązani. Obowiązuje ich honor i zdrowy rozsądek, są niczym mężowie zaufania. Istnieją po to, by władza wykonawcza w państwie nie trafiła w ręce nieodpowiedzialnych sił, by stanowić kontrolę nad głosem ludu, który bywa kapryśny.

    Wybory, choć ogólnonarodowe, mają charakter federalny. Tym samym, każdy z pięćdziesięciu stanów z osobna odpowiedzialny jest za przebieg wyborów na jego terytorium. Każdemu stanu przypisana jest inna liczba elektorów,  w zależności od liczby kongresmenów (co z kolei zależy od szeregu  czynników). Aby zwyciężyć w wyborach, kandydat na prezydenta musi uzbierać 270 głosów elektoralnych. Ten fakt ma zasadniczy wpływ na sposób prowadzenia kampanii wyborczej.

    Celem kandydata nie jest większość głosów w głosowaniu powszechnym, lecz wystarczająca liczba elektorów. W tym celu kandydat na prezydenta USA musi tworzyć koalicje regionalne, szukać wspólnych płaszczyzn pomiędzy stanami większymi i mniejszymi, wschodnimi i zachodnimi, północnymi i południowymi, rolniczymi a uprzemysłowionymi, małymi a dużymi.

    Nie jest to przypadek — tak właśnie została skonstruowana amerykańska konstytucja, w której prezydent formuje rząd i ma szeroki zakres władzy wykonawczej. Celem takiego systemu wyborczego, opartego na elektorach zamiast demokratycznej większości, jest redukcja niemalże do zera ryzyka wybrania prezydenta przez jeden region państwa wbrew pozostałym i zapewnienie dzięki temu na tyle na ile to możliwe prezydentury narodowej a nie regionalnej. 

    Tego typu rozwiązanie federalne świetnie nadaje się dla państw heterogenicznych, i zapewne dlatego rząd Federacji Rosyjskiej, zanim Ukraina pogrążyła się w chaosie wojny domowej, proponował właśnie federalizację Ukrainy w celu złagodzenia konfliktów regionalnych. Można się zastanawiać, dlaczego Stany Zjednoczone, gdzie funkcjonuje taki system, nie zgodziły się z rosyjską koncepcją, która w swojej istocie jest bliska amerykańskiej praktyki? Dlaczego USA posłuchały nieroztropnych głosów polskich pseudoekspertów propagujących centralizację i jednolite państwo narodowe na Ukrainie? Heterogeniczność Ukrainy sprawia, że taki model musiał prowadzić do potęgowania regionalnych napięć, związanych z nielegalną rewolucją na Majdanie.

    Był to kolejny przejaw kompletnego braku inteligencji ze strony amerykańskiego rządu, który realizuje politykę klęski podpartą brakiem wyobraźni i inteligencji od czasu wojny z Irakiem. Ów brak wyobraźni i inteligencji stały się wręcz cnotą w oczach wielu obywateli USA. Wielu kandydatów odzwierciedla tę wątpliwą cnotę głupoty rywalizując o głosy obywateli. Ta głupota jest powszechna na Zachodzie. Wystarczy przypomnieć lekcję o systemie wyborów prezydenckich w USA jakiej prezydent Putin ze względu na niewiedzę francuskich dziennikarzy musiał udzielić zachodnim kolegom podczas jednego z wywiadów.

    Pierwsze prawybory w ramach partii odbędą  się  w  lutym 2016, w stanach Ohio i New Hampshire. Tam kandydaci również skupiają swoje siły. Na tym etapie wyborów sondaże nie są miarodajne. W obydwu partiach trwają wewnętrzne walki między frakcjami, które można określić jako republikańskie i imperialne. Istotą wyborów jest kwestia powrotu Ameryki na drogę republikańsko-demokratyczną czy stoczenie się państwa w otchłań mocarstwowości.

    Imperialistycznymi kandydatami w Partii Republikańskiej i Demokratycznej są przede wszystkim gubernator Jeb Bush i sekretarz Hillary Clinton. Mają potężne poparcie grup, które od wielu lat wspierają przekształcenie Ameryki w państwo policyjne, którego głównym zadaniem jest podbój państw obcych i przywłaszczenie ich zasobów. 

    Republikańsko-demokratycznym kandydatem w Partii Republikańskiej i Demokratycznej jest przede wszystkim senator Bernie Sanders, senator Rand Paul i, do pewnego stopnia, przedsiębiorca Donald Trump. Kandydaci różnią się w wielu kwestiach ale z zasady reprezentują nurt powrotu do republiki, demontażu mocarstwa. Sanders jest jedynym socjalistą zasiadającym w senacie, Sanders może powtórzyć scenariusz, gdy w 2008 roku Barack Obama pokonał Hillary Clinton. Paul jest klasycznym liberałem o konserwatywnym temperamencie, który wzoruje się na roztropnej polityce Eisenhowera. Trump jest typowym amerykańskim pragmatykiem, tyle że o nieco ekscentrycznym i wulgarnym usposobieniu.

    Nawet gdyby nie udało im się zdobyć nominacji swoich partii, skala ich poparcia będzie świadczyć o tym, na ile Amerykanie pragną powrotu do rozsądnej i praktycznej polityki, a na ile stoczyli się już w otchłań mocarstwowej pychy, która doprowadziła do upadku ich rzymskich poprzedników. Polska, która buduje swoją pozycje w Europie w oparciu o mocarstwo amerykańskiej, musi uważać, bo los nie sprzyja wasalom mocarstwa. W przypadku znaczącej zmiany amerykańskiej polityki, Polska bez samodzielnych dobrych relacji z Rosją znajdzie się w bardzo złej sytuacji.

    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz