22:44 21 Lipiec 2017
Warszawa+ 21°C
Moskwa+ 18°C
Na żywo
    Magdalena Ogórek, kandydatka SLD na prezydenta Polski

    „Polski żyrandol” - to nie polska ulica

    © AFP 2017/ JANEK SKARZYNSKI
    Polska
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    Wybory prezydenckie w Polsce (22)
    0 75349178

    Tegoroczna kampania prezydencka rozpoczyna się w cieniu największej od lat fali społecznych protestów. Fakt, iż póki, co żaden z kandydatów nie potrafi nawiązać sensownego dialogu z ludźmi, którzy wychodzą na ulicę, żeby bronić swoich praw – dowodzi, jak bardzo klasa polityczna oderwana jest od społeczeństwa.

    Choć oczywiście pewien wpływ „ulicy” na „walkę o żyrandol” daje się odnotować.

    Dość znamienną jest na przykład wyraźna chęć Bronisława Komorowskiego do odcięcia się od PO: odnotowali ją wszyscy komentatorzy, ale większość poprzestała na stwierdzeniu, że prezydent ma notowania wyższe niż partia i rząd, toteż nadmiernie bliski związek może być dla niego obciążeniem. W mojej opinii, warto zastanowić się, dlaczego PO stała się obciążeniem – i takie zastanowienie przywiodłoby nas do konstatacji, iż nastrój społeczny nie sprzyja formacjom o neoliberalnych korzeniach i praktyce. Ale, w świetle coraz głośniej brzmiącego niezadowolenia społecznego, ciekawsze jest to, co mają do powiedzenia kandydaci szeroko pojętej opozycji. Bo to na ich korzyść działa gniew ludu.

    Andrzej Duda posługuje się retoryką socjalną sprawnie, ale jakoś nieprzekonywająco. Co gorsza, kosztująca ponad pół miliona złotych konwencja wyborcza z udziałem quasigwiazd i lecącego z nieba konfetti, za to bez czynnego udziału Jarosława Kaczyńskiego była ruchem na rzecz przekazu, kluczowego parę lat temu – „PiS to nie obciach” – ale kompletnie nie przystaje do czasów, w którym górnicy tygodniami strajkują pod ziemią, a rolnicy w marszu gwiaździstym najeżdżają Warszawę.

    Także kandydaci pozostałych partii parlamentarnej opozycji – Janusz Palikot i Magdalena Ogórek – zdają się nie wyczuwać klimatu. Ogórek, nominalnie kandydatka lewicy, głosi stricte liberalne postulaty. Deregulacja gospodarki, obniżenie podatków, depenalizacja przestępstw gospodarczych dla początkujących przedsiębiorców, cały koncept rozwiązywania problemów socjalnych młodych ludzi poprzez skłanianie ich do zakładania firm – nie tylko nie mają nic wspólnego z lewicą, ale także są przejawem kompletnej głuchoty na nastroje społeczne. Polacy dziś nie chcą kręcić biznesów, chcą mieć pewną robotę w państwowej firmie, przestrzegającej prawa pracy, z ubezpieczeniem, ZUSem i urlopem – i chcą wiedzieć, przeciw komu wyjść na ulicę, jeśli coś im się nie podoba. „Doktor Magdalena Ogórek” jest może reprezentantką młodego pokolenia, ale jej mentalność jest zdecydowanie  przestarzała – zatrzymała się gdzieś tak w roku 1992.

    Janusz Palikot – kandydat drugiej z partii, siedzących po lewej stronie sali sejmowej – w swoim inauguracyjnym wystąpieniu wydał z siebie komunikat, który, pomijając już jego całkowitą nielewicowość, trudno nazwać inaczej niż stekiem bzdur. Palikot „chce powiedzieć darmozjadom ze związków zawodowych, którzy wyciągają ręce po kolejne miliardy z budżetu” (nieprawda, z górnictwa do budżetu państwa, gmin i rozmaitych funduszy publicznych wpłynęło w tym stuleciu  91 miliardów zł, dotacje wyniosły zaś 11 mld), że „ludzie w Polsce mają dość ciągłych przywilejów dla wąskiej grupy ludzi” (nieprawda, 68,5 proc. Polaków popierało protest górników); że „ludzie mają dość tego, że wpakowaliśmy 150 miliardów złotych w górnictwo” (kwota totalnie z sufitu). W ramach innych godnych odnotowania pomysłów na rządzenie, zgłoszonych przez lewicowego jakoby kandydata, warto wspomnieć konsultacje ze społeczeństwem za pomocą smsów („20 milionów Polków otrzyma smsa: Prezydent Janusz Palikot zastanawia się czy podpisać ustawę górniczą, ślij >tak< lub >nie”). Pomysł może wydawać się znakomity, ale warto odnotować, że choć 12 procent Polaków nie ma komórki, statystycznie mamy półtorej na głowę. Co oznacza, że w „esemsowym referendum” część Polaków – uboższa i starsza – nie będzie reprezentowana w ogóle, a inna część – lepiej sytuowani profesjonaliści, posiadający więcej niż jeden telefon – osiągnie wyraźną nadreprezentację. Na mnie osobiście spore wrażenie zrobił też koncept wzorowania się w zakresie „bezpieczeństwa państwa” na metodach izraelskich: wiadomo, że Izrael jest państwem szczególnie bezpiecznym,  a także obsesyjnie przywiązanym do przestrzegania praw człowieka.

    Antyestablishmentowym – choć zdecydowanie nie lewicowym – kandydatem jest rockman Paweł Kukiz, który z pijackim uporem czepia się jednomandatowych okręgów wyborczych, jak sądzę szczerze nie rozumiejąc, że jest to pewny sposób, aby najsilniejsze partie, posiadające największe pieniądze, kupowały mandaty poselskie wybranym przez siebie kandydatom. Wspominam o Kukizie tylko dlatego, że podczas inauguracji jego kampanii za jego plecami dało się zauważyć szefa rewolucyjnego związku zawodowego Sierpień '80, Bogusława Ziętka. Rozumiem, że oralne twardzielstwo Kukiza może trafiać do sierpuchów, ale – z prawdziwą sympatią i nieustającym szacunkiem – przestrzegałabym ich przed zaangażowaniem ciężko wypracowanej marki ich związku w to przedsięwzięcie.

    Jeśli jest w tej stawce ktoś, kto może rzeczywiście i szczerze reprezentować głos ludzi niezadowolonych z kształtu naszego kapitalizmu – to jest to Anna Grodzka. Grodzka, z całym swoim potwornie skomplikowanym, transseksualnym życiorysem, jest osobą konsekwentnie lewicową, w poprzednim wcieleniu związaną z Polską Ludową, dziś z radykalną, offową lewicą. Jest politykiem o poglądach lewicowych tyleż w obszarze obyczajowym, co społeczno-gospodarczym, jest też po prostu mądrym i wykształconym człowiekiem, rozumiejącym gospodarkę i problemy społeczne. Jest także – nie da się ukryć – kandydatką, która ze względu na swoją  nieheteronormatywność może być ciężka do przełknięcia tyleż dla ludzi prostych, co dla starych komuchów, będących, jak wykazują sondaże, zbiorowiskiem szczególnie konserwatywnym. Z drugiej strony wszakże – Anna Grodzka należy do tych nieczęstych osób publicznych, które radykalnie zyskują, kiedy się je poznaje osobiście, więc jej drogą do sukcesu jest ciężki zapieprz w kampanii bezpośredniej. A sukcesem – w jej przypadku – byłoby przekroczenie 5 procent, co przekonałoby wyborców, że w wyborach parlamentarnych antyestablishmentowa lewica ma szanse na przekroczenie progu. W tym samym kontekście sukcesem, niezależnie od liczby głosów, byłoby też pokonanie kandydatki SLD – co ze względu na osobiste przymioty „doktor Magdaleny Ogórek” nie wydaje się niemożliwe. Na korzyść Anny Grodzkiej działa też obsesyjna napaść, jakiej dopuścił się pod jej adresem tygodnik „W sieci” – w życiu nie widziałam Moniki Olejnik tak miłej dla nikogo. I to poczucie obrzydzenia dla gówniarstwa prawicowych publicystów zdaje się jednoczyć nawet osoby Grodzkiej nieszczególnie chętne.

    A skoro mowa już o kandydatach offowych – warto wspomnieć o Januszu Korwin-Mikkem. Który, inaugurując swoją kampanię ogłosił, że w Grecji wygrała Syriza, w Hiszpanii wygra Podemos, a w Polsce, dzięki jego osobistej działalności, zwycięstwo takich partii byłoby niemożliwe, bo by je Polacy śmiechem zabili.
    Żeby nie zdziwił.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji

    Tematy:
    Wybory prezydenckie w Polsce (22)

    Zobacz również:

    Kosmita Komorowski
    Jacek Wilk: Będę walczył o dobre stosunki z Rosją
    Martin Schulz zgadza się z Magdaleną Ogórek ws. prowadzenia rozmów z Rosją
    Tagi:
    wybory prezydenckie, Janusz Palikot, Anna Grodzka, Paweł Kukiz, Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Magdalena Ogórek, Bronisław Komorowski, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz