15:20 23 Marzec 2017
Na żywo
    Z ostatniej chwili:
    Mistrzostwa psów służbowych, Rostów nad Donem

    „Wprost” na krótkiej smyczy

    © Sputnik. Siergiej Piwowarów
    Polska
    Krótki link
    Jakub Korejba
    0 967411816

    Polska często występuje wobec Rosji i innych krajów poradzieckich jako apostoł europejskich wartości. Okazuje się jednak, iż przestrzeganie standardów wolności słowa napotyka nad Wisłą na spore problemy.

    Tygodnik „Wprost” zasłynął ostatnimi czasy jako bat na aroganckich polityków i filar obywatelskiego prawa do publicznej kontroli ich poczynań. Dzięki jego publikacjom, Polscy mogli się dowiedzieć, o czym, jakim językiem, a czasem także i w jakim stanie, dyskutują ze sobą „słudzy narodu” w tych rzadkich zapewne chwilach, kiedy akurat narodowi nie służą. Wydawało się, iż jego zespół zasługuje na najwyższe uznanie: w pracy dziennikarza nie ma bowiem cech godnych wyższej oceny niż odwaga, bezkompromisowość i nieuleganie naciskom. Wielu naszych rodaków, czytając „Wprost”, mogło z uznaniem przyznać, iż przy wszystkich niegodziwościach polskiej debaty publicznej, są jeszcze wyspy uczciwości dające nadzieję na przyszłość.

    Okazuje się jednak, iż ci, którzy pozowali na strażników dziennikarskiej etyki i obywatelskiej moralności w życiu publicznym, sami dają sobie prawo nie tylko do ich łamania, ale także do praktyk niesłychanych w demokratycznym państwie prawa. Oto bowiem wyszło na jaw, iż Michał Lisiecki, właściciel „Wprost” ni mniej ni więcej, tylko odnosił teksty do aprobaty w ABW. Zgodnie z ujawnionymi dokumentami, sytuacja okazuje się być nawet smutniejsza od początkowych oczekiwań. Okazuje się bowiem, iż pracownicy, do niedawna cenionego, ogólnopolskiego tygodnika oddawali teksty do wglądu nie pod przymusem, ale z własnej woli.

    Pierwszym i najbardziej oczywistym problemem, który pojawia się w reakcji na ujawnienie podobnych praktyk jest pytanie o to, po co właściwie właściciel tygodnika opinii wysyła bezpiece teksty do cenzury? Można spodziewać się, iż w lojalnym nadskakiwaniu organom widział swój interes. Pytanie tylko jaki i na jaką skalę podobne podejście jest w dzisiejszej Polsce normą dziennikarskiej praktyki? A ponieważ tak się złożyło, iż to właśnie „Wprost” opublikował unikalne i ściśle strzeżone materiały kompromitujące konkretnych polityków, to logicznie będzie także wyjaśnić kwestię, czy nie mamy do czynienia z wzajemnym świadczeniem sobie usług przez „siłowików” i media i jeżeli tak, to kto kim w tym układzie manipuluje. Bo to, że na tym procederze traci niezależność prasy i praworządność państwa nie ulega żadnej wątpliwości.

    Właściciel Wporst Michał Lisiecki
    Właściciel "Wporst" Michał Lisiecki

    Drugą kwestią i niejako odwróceniem perspektywy problemu, jest pytanie o to, co cała sytuacja mówi nam o funkcjonowaniu służb specjalnych, na utrzymanie których każdy z nas zrzuca się corocznie ze swoich podatków? Statutowym, a więc jedynym legalnym celem istnienia ABW jest obrona naszego bezpieczeństwa przed zewnętrznymi i wewnętrznymi zagrożeniami, a nie stanie na straży czystości ideologicznej tego czy innego tygodnika. W tym kontekście, sprawa „Wprost” rzuca światło na sposób funkcjonowania polskich służb i może stać się przyczynkiem do ich oskarżeń nie tylko o przekroczenie kompetencji, ale po prostu o psucie państwa.
    Swoją drogą, jeżeli w Polsce taka praktyka istnieje, to ciekawe jak wyglądają jej aspekty techniczne, tzn. to, kto konkretnie decyduje o tym czy dany materiał należy puścić czy zatrzymać. Byłoby szczytem absurdalnego paradoksu i dzikim chichotem historii, jeżeli okazało by się, iż służby specjalne wolnej Polski angażują w tym celu zaprawionych w bojach weteranów zawodu z ulicy Mysiej, którzy po cichutku dorabiają sobie w ABW do emerytur.

    Sytuacja, w której wiodące media okazują się być trzymane na krótkiej smyczy przez służby jest kłopotliwa nie tylko dla konkretnych dziennikarzy czy tytułów. W kontekście działań Polski na Wschodzie Europy nabiera ona znaczenia nie tylko wewnątrz kraju, ale także i w polityce zagranicznej. Co najmniej bowiem od dziesięciu lat, Polska stara się grać wobec państw byłego ZSRR i zwłaszcza tamtejszych mediów rolę misjonarza europejskich wartości, nigdy nie przepuszczając okazji do gromkiej krytyki (szczególnie rosyjskich) potknięć w dziedzinie dziennikarskiego profesjonalizmu. I choć w zasadzie nie ma w tym nic złego – to właśnie wzajemne pilnowanie się i wytykanie niedociągnięć ulepsza rynek medialny poprzez nacisk na ciągłą dbałość o jakość informacji – to okazuje się, iż w praktyce polskie media wymagają od sąsiadów przestrzegania kryteriów, które same, do tego ochoczo, łamią na własnym podwórku.

    Jeżeli bowiem przedstawiciele prywatnych, czysto komercyjnych gazet na wyścigi noszą teksty mundurowym do cenzury, to strach pomyśleć jakie zwyczaje panują w tej kwestii w mediach państwowych, w których, jak pokazuje ćwierć wieku historii III RP, dowolny program można zdjąć z anteny na jeden telefon z odpowiedniego ministerstwa. I nawet, jeżeli przypadek „Wprost” okaże się wyjątkiem, to z jego powodu Polska i jej media już na zawsze straciły moralne prawo do krytyki kolegów ze Wschodu: trudno kontrolować i oceniać cnotę innych, w sytuacji, kiedy istnieją twarde dowody na brak własnej.
    Obserwując ostatnią aferę „Wprost” nie tylko Putin, który, biorąc pod uwagę sprawność rosyjskich służb, zapewne przeczytał już o niej w porannym raporcie, ale i Aleksander Łukaszenko może z zadumą pokiwać głową i zazdrośnie popatrzeć na przywódców polskiego państwa. Nawet im, rzekomym „dyktatorom” w najśmielszych marzeniach, nie śniła się taka dyscyplina wśród redaktorów i lojalność mediów wobec władzy.

    Kiedy więc następnym razem, któraś z polskich telewizji podniesie protekcjonalny krzyk oburzenia na „kremlowskich propagandzistów” a gazety nad Wisłą z pełnym moralnego zadęcia przekonaniem o własnej wyższości skrytykują brak wolności słowa nad Wołgą, nieuchronnie pojawi się pytanie: która ze służb stawiła pieczątkę pod tekstem i czy znowu przez któregoś z redaktorów jakaś pani major miała nieprzespaną noc.

    Zobacz również:

    Niemiecki skok na rosyjski gaz
    15 kroków do podbicia Rosji
    Tagi:
    Wprost, Michał Lisiecki, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz