05:13 23 Wrzesień 2020
Polska
Krótki link
Autor
18732
Subskrybuj nas na

Końcówka rządów każdej kolejnej ekipy to dobry czas na podsumowania, także i w kwestii polityki zagranicznej. Warto więc rzucić okiem na kończącą się właśnie belwederską pięciolatkę oraz niemal dekadę dyplomatycznej aktywności rządu PO i zastanowić się nad jej sensem.

Bo przecież jakiś był, prawda? Przecież wszystkie te szczyty, konferencje, rauty i przemówienia czemuś konkretnemu, związanemu z realizacją interesu państwa służyły? No właśnie, rzecz w tym, że sprawa, wydawałoby się najoczywistsza nie jest oczywista: tak, jak i w wielu innych dziedzinach, polityka zagraniczna odchodzącej partii rządzącej pozbawiona była pierwiastka strategicznego — była tylko jedną z dziedzin pijarowskiego lansowania się i pałą do bicia politycznych przeciwników. I z tego grzechu pierworodnego — mówiąc wprost: świadomego włączenia dyplomacji w grę interesów partyjnych wewnątrz państwa zamiast budowania narodowego konsensusu w tej dziedzinie — wynikały jej słabości: brak wizji (a więc działanie po omacku), zmienność, chaotyczność i przede wszystkim merytoryczna miałkość: bo przecież ważne było, co partyjny przywódca powie i z kim się uściśnie, a nie co konkretnie załatwi.

Dlatego właśnie na najważniejszych kierunkach, które decydują o pozycji Polski na świecie, minione osiem (a licząc okres pełnej odpowiedzialności — pięć) lat można uznać za czas zmarnowany: okres post-dyplomacji czy meta-dyplomacji czyli po prostu jeden wielki przerost formy nad treścią: polityka polskiego rządu, prezydenta, kluczowych ambasad, think-tanków i czołowych koncernów była mieszaniną zadęcia i tchórzostwa, wazeliny i bufonady, niekompetencji i braku woli politycznej.

Prezydent Rosji Władimir Putin
© Sputnik . Aleksey Nikolskyi
Po pierwsze, na osi Wschód — Zachód, która, choć w zmodyfikowanej formie (bo mamy dziś do czynienia nie tyle z Rosją i Niemcami w klasycznej formie mocarstwowej ale z ich dominacją „rozcieńczoną" w UE i UEAz), to jednak nadal definiuje naszą geopolityczną tożsamość i jest podstawą rachunku potencjału i kosztów uczestnictwa w stosunkach międzynarodowych (a więc tego, co definiuje strategię) nie udało się podchwycić fantastycznej koniunktury i przekuć geograficznego przekleństwa w błogosławieństwo.

Przez wieki, położenie między dwoma ścierającymi się o wpływy (lub, co gorsza dla polskiej państwowości — zgodnie dzielącymi te wpływy) w regionie mocarstwami było największym problemem strategów w Gnieźnie, Krakowie i Warszawie. Największym i najbardziej podstawowym zadaniem polskiej PZ jest, mówiąc w skrócie przekształcenie Europy Wschodniej (termin rosyjski) czy Europy Środkowej (termin niemiecki) z przestrzeni konfrontacji w przestrzeń dialogu z zachowaniem poszanowania praw zasiedlających je narodów do zachowania własnej państwowości.

Nasze położenie każe nam ciągle szukać wspólnego mianownika między kategoriami polityki kontynentalnej, czy nawet globalnej, którymi myślą politycy w Berlinie i Moskwie i polityki regionalnej i lokalnej, która jest domeną Warszawy, Pragi, Wilna czy Budapesztu. Stąd właśnie (czyli nie z „mocarstwowych" ciągot naszej post-szlacheckiej klasy politycznej ale ze strukturalnej charakterystyki stosunków między władzą i geografią w regionie) wynika klasyczna konstatacja, iż „Polska jest za mała na wielką politykę, i jednocześnie za duża na politykę małą". I wysiłkiem naszej dyplomacji, to najważniejsze zadanie nie tylko nie zostało zrealizowane, ale cofnęliśmy się do najmroczniejszych momentów naszej historii, kiedy to najbliższe otoczenie stało się areną walki o wpływy w regionie a granica Polski „linią Brzezińskiego" w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Po drugie, żadne państwo nie może pisać i realizować swojej polityki zagranicznej bez odniesienia do jedynego istniejącego dziś na świecie supermocarstwa — w świecie, w którym dowódca porządnej bazy wojskowej US Army jest osobą ważniejszą niż polski minister a szef przedstawicielstwa ważnego amerykańskiego koncernu prowadzi się na podległym mu terenie jak prokonsul, po prostu nie można nie mieć stosunków z USA, i najlepiej mieć z nimi stosunki dobre czyli korzystne dla własnych interesów. Tym bardziej, iż — tu ukłon w stronę konserwatywnej części polskich strategów — przy umiejętnym wykorzystaniu naszej pozycji, Ameryka rzeczywiście mogłaby stać się upragnionym elementem dywersyfikacji geopolitycznego otoczenia i instrumentem dla prowadzenia targów z innymi, mocniejszymi partnerami. I tu pewnie, przy optymistycznym założeniu, iż ktokolwiek z nich to przeczyta, większość przedstawicieli strategiczno — dyplomatycznego establishmentu szeroko otworzy oczy i w panice zapyta: jak to?

Polska miałaby instrumentalnie podejść do swego umiłowanego sojusznika, krynicy wszelkiej mądrości i traktować stosunki z USA jako środek do celu a nie cel sam w sobie? W tym podejściu zawiera się bowiem istota tego, co naczelny specjalista od robienia łaski Amerykanom całkowicie trzeźwo i szczerze nazwał „murzyńskością". Jeżeli prawidłowo rozumiem metaforę byłego już szefa polskiej dyplomacji, oznacza ona nieumiejętność myślenia o własnym interesie narodowym w kategoriach praktycznych, a więc pojmowania go nie jako sferę honorowo — symboliczną ale jako element gry interesów.

Idealnie ilustruje to moje osobiste doświadczenie: niedawno na dotyczącym polskiej polityki wobec Ukrainy spotkaniu eksperckim w Warszawie, na moje stwierdzenie, iż w interesie Polski leży posiadanie dobrych a nie złych stosunków z Rosją, od byłego polskiego dyplomaty w Moskwie i Mińsku usłyszałem, iż moje poglądy są „niegodziwe". Właśnie: nie nie-racjonalne czyli pozbawione logiki ale właśnie pozbawione „godności". Doskonały przykład, tego, iż, pozostając w kręgu terminologicznej sikorszczyzny, aby być strategicznym „Murzynem" wcale nie trzeba być czarnoskórym i mieszkać w Afryce. Swoją drogą od wielu państw autentycznie murzyńskich moglibyśmy uczyć się, jak zrzucić z ramion polityki zagranicznej płaszcz postkolonializmu i stosunki z byłą metropolią kształtować bez krzty „murzyńskości", ale to materiał na inną analizę.

Po trzecie wreszcie, stosunki z sąsiadami, a więc to, co definiuje pozycje wyjściowe każdego państwa i określa równowagę między wyciąganiem korzyści i unikaniem strat w stosunkach międzynarodowych. Sprawa tym bardziej paląca, iż budowanie pozycji lidera regionu miało być wyjściem przez okno z sytuacji zamkniętych drzwi: regionalną odpowiedzią na kontynentalne zabetonowanie układu sił przez Niemcy i Rosję. W skrócie, chodzi o to, aby w sytuacji niewystarczalności własnego potencjału dokonać agregacji wspólnych interesów kilku mniejszych podmiotów i połączyć siły dla realizacji tych interesów narodowych, które mogą zostać połączone w swoisty interes regionalny.

W takim wypadku, Polska mogłaby stać się wyrazicielem aspiracji krajów Europy Wschodniej od Bałtyku do Morza Czarnego, co marzyło się i marzy wielu myślicielom w Pałacu Namiestnikowskim i w Alei Szucha. Problem w tym, że nasi sąsiedzi nas nie rozumieją albo się nas boją, a w każdym razie uważają za niebezpiecznych awanturników, strategicznych egoistów i dyplomatycznych nieudaczników. W rezultacie ani Grupa Wyszehradzka, ani Oś Bałtycka nie stały się niczym więcej niż okazją do poklepywań po plecach i rytualnych zapewnień o regionalnej solidarności a wszyscy nasi sąsiedzi wolą kształtować swoje stosunki z mocarstwami na własną rękę lub w alternatywnych formatach regionalnych — uczestnictwo w jakiejkolwiek inicjatywie Warszawy jest bowiem gwarancją, iż w najlepszym wypadku będzie dużo gadania i mało konkretów a w najgorszym prowokacje i zaostrzenie stosunków.

Wyliczenia i podsumowania można by kontynuować rozbijając przedstawione wyżej makro-kierunki na stosunki z konkretnymi państwami i w oddzielnych sferach działalności. Już nawet pobieżna analiza podstawowych parametrów pokazuje, iż bilans polskiej polityki zagranicznej nie pozostawia złudzeń: na wszystkich kierunkach jest karnie w mroku. Stoimy karnie w mroku tworzonym przez cienie wielkich mocarstw, bojąc rozmawiać z nimi o naszych interesach — z jednymi w obawie, że nas opuszczą, z drugimi, w obawie, ze nas pobiją. Karnie w mroku własnych kompleksów, stereotypów, urazów i fobii, które nie pozwalają nam wybić się na niepodległość strategicznego (a więc oddającego stosunek między zamierzeniami i możliwościami) myślenia o sensie własnej działalności na arenie międzynarodowej.

Bilans polityki zagranicznej odchodzącej ekipy rządowo — prezydenckiej jest więc smutnym rachunkiem okresu, w którym polska dyplomacja często i ciężko grzeszyła myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Istnieje jednak szansa, iż ta surowa ocena niebawem zmieni się. Nie poprzez nagłe olśnienie w kwestii genialności działań, ale poprzez zmianę kontekstu, okres ten rzeczywiście wspominany będzie jako złoty wiek.

A stanie się tak, jeżeli od przyszłego tygodnia (a w pełni od jesieni) polska polityka zagraniczna w wykonaniu nowej władzy stanie się po prostu pasmem katastrof, przy których miałkość i niekompetencja poprzedników okażą się nieznacznym detalem. I, co niezwykle optymistyczne dla schodzących ze sceny polityków i doradców PO — jest na to duża szansa.

Zobacz również:

Polska zaciągnęła pożyczkę w Banku Światowym. Prawie miliard euro
Schetyna Today czyli Polska "Sputnikiem" Europy
Polska zainicjowała stworzenie rosyjskojęzycznej telewizji
Polska armia obroni tylko 3% terytorium kraju
Tagi:
Zachód, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz