18:01 20 Październik 2017
Warszawa+ 16°C
Moskwa+ 7°C
Na żywo
    Ewa Kopacz i Beata Szydło

    Kopacz - Szydło remis. Polska przegrywa

    © Zdjęcie:
    Polska
    Krótki link
    Jakub Korejba
    9877491

    Debata dwóch kandydatek na szefa polskiego rządu pokazała, iż mimo usilnych prób odwrócenia uwagi narodu od meritum sprawy, za miłymi, do znudzenia stonowanymi paniami wciąż skrywają się dyszący do siebie plemienną nienawiścią Tusk i Kaczyński. Na pojednanie nad urną rozłamanej na dwie połowy Polski nie ma więc szans.

    Rzecz bowiem w tym, iż zarówno Kopacz jak i Szydło nie są w swej istocie politykami pierwszego planu — żadna z nich nie posiada ani doświadczenia ani charyzmy do przewodzenia partii, rządowi czy tym bardziej państwu. W wyborczym studio obie znalazły się na skutek historycznego zrządzenia losu i w istocie przez przypadek — ponieważ z rożnych powodów obaj najważniejsi w Polsce politycy nie chcieli stawać do pojedynku bezpośrednio, potrzebowali frontowców, którzy tocząca się od dziesięciu lat walkę o władzę prowadzić będą w ich imieniu.

    Stąd nuda, bezbarwność, wodnistość i miałkość wypowiedzi obu pań: zarówno one, ich sztaby, jak i widzowie zdawali sobie sprawę, iż prawdziwy konflikt rozgrywa się gdzie indziej i między kim innym a one obie są pośrednikami, których zadaniem jest wizerunkowe złagodzenie wciąż tego samego przekazu.

    Swoista proxy war z użyciem pań między Tuskiem i Kaczyńskim to z jednej strony oczywiście mydlenie oczu, z drugiej strony jednak, ogromna szansa na nowe otwarcie w polskiej polityce w stopniu umożliwiającym nie tylko zakończenie na honorowych zasadach stymulowanej przez polityków i media „wojny dwóch Polsk" ale także, wspólną pracę na rzecz państwa: debata obu pań była świetną okazją aby powrócić do zaprzepaszczonej przed dekadą idei wielkiej koalicji PO — PIS. Szansą, jak to niestety zwykle bywa, zaprzepaszczoną w historycznych urazów, osobistych ambicji i partyjnych interesów.

    Bo gdyby Kopacz i Szydło rzeczywiście zależało na dobru Polski, to zamiast za wszelką ceną dążyć do sklecenia egzotycznych (a przez swoją pstrokatość nieefektywnych i po prostu szkodliwych) koalicji po to, aby rządzić nie dla dobra kraju, ale w istocie wyłącznie na złość konkurentowi, postarałyby się choćby rzucić ideę powrotu do najbardziej naturalnego przecież w obecnej sytuacji kompromisu czyli wielkiej koalicji na rzecz niezbędnych reform. Nie jest bowiem tajemnicą, iż krytyczne elementy struktury państwa takie jak administracja, edukacja, ochrona zdrowia czy system emerytalny znajdują się na granicy wytrzymałości, i to, czy rozpadną się pod władzą PO czy PiS nie ma dla obywateli żadnego znaczenia.

    Trudno w krótkim felietonie przeprowadzić analizę i interpretację całości sporu obu pretendentek, warto jednak zwrócić uwagę na treść i ton wypowiedzi na temat wizji stosunków Polski ze światem, która, jak to często w rozmowach naszych polityków bywa, sprowadziła się do pytania o to jak postępować wobec Rosji.

    Pomijając wypowiedziane dramatycznie łamiącym się głosem histeryczne wezwania dziennikarki pytającej o to „jak przeciwstawić się rosyjskiej agresji", należy podkreślić, iż kwestia normalizacji stosunków z największym sąsiadem jest rzeczywiście palącym i ambitnym zadaniem dla nowego rządu — naprawa wyrządzonych szkód i podjęcie próby nadania im nowej, pozytywnej dynamiki wymagać będzie nie tylko dyplomatycznej sprawności, ale przede wszystkim politycznej woli, odwagi i konsekwencji.

    I tutaj także, jak i w kwestii polityki wewnętrznej obie kandydatki nie mają Polakom nic do zaproponowania. Nie tylko nie wiedzą jak poprawić stosunki z Rosją, zakończyć kryzys ukraiński i otworzyć Polską na współpracę z integrującą się pod egidą Moskwy poradziecką Eurazją (a to nie tylko gigantyczne pieniądze, ale także możliwość rozwiązania problemów bezpieczeństwa — nie tylko w sensie czysto militarnym, ale także na przykład w kwestii migracji i bezpieczeństwa granic), ale zdaje się, iż na kwestiach tych kompletnie się nie znają i po prostu nimi nie interesują.

    Wybory parlamentarne-2015 w Polsce, kampania wyborcza w Bierzwniku
    © Zdjęcie: Zofia Bąbczyńska-Jelonek
    Beata Szydło wprost nazwała Rosję przeciwnikiem, a Ewa Kopacz przedstawiła litanię „niegodziwych" zachowań Moskwy na arenie międzynarodowej — poza nasyconą niewytrzymującymi krytyki stereotypami i historycznymi uprzedzeniami nie usłyszeliśmy nic, co wskazuje na jakąkolwiek szanse nowego otwarcia w stosunkach ze Wschodem, do której zdolny i chętny byłby kolejny rząd. I jest to chyba największe zaniechanie obu kandydatek i najgorszy prognostyk na przyszłość — tak bowiem układają się geopolityczne puzzle, iż bez konstruktywnego uregulowania stosunków z partnerami za wschodnią granicą, rozmowy na wszelkie inne tematy tracą sens: zarówno bezpieczeństwo i dobrobyt Polaków, jak i nasza pozycja w Unii Europejskiej i na świecie zależą dziś od wyniku trwającej za Bugiem geopolitycznej rozgrywki: niedopuszczenie do przekształcenia Polski w zaplecze frontu (a następnie, w sposób oczywisty w linię frontu) globalnego starcia między Wschodem i Zachodem powinno być imperatywem każdego polskiego rządu.

    Bez konstruktywnych, lub choćby minimalnie stabilnych i przewidywalnych stosunków z Rosją, Ukrainą i innymi krajami regionu, nie będzie w Polsce ani poczucia bezpieczeństwa, ani możliwości eksportu, ani budowy silnej pozycji w Europie.

    I w tej kwestii, tak bardzo palącej i mimo pozornego oddalenia (a któż w sierpniu 39 roku myślał o wielkiej polityce…) tak bardzo nas wszystkich dotyczącej — wielkie nic. Polacy nie usłyszeli od żadnej z kandydatek konkretów dotyczących tego, w którą stronę zamierzają one prowadzić polską politykę zagraniczną i nie zobaczyli w nich lidera, chcącego i mogącego przeprowadzić kraj przez fale wzmagającego się na światowym oceanie geopolitycznego sztormu.

    Przedwyborcza debata, po raz kolejny pokazała wszystkim Polakom, iż politycy w naszym kraju nie zamierzają oderwać się od tyleż jałowych co agresywnych partyjnych walk i osobistych swarów i zająć konkretnymi, przekładającymi się na rzeczywistość życia każdego z nas sprawami. Polską rządzą cienie Tuska i Kaczyńskiego i dopóki ramy programowe głównych partii politycznych określa ich osobisty spór, dopóty całe państwo i jego obywatele będą tych partii zakładnikami. Kiepska to zachęta do uczestnictwa w niedzielnym głosowaniu.

    Zobacz również:

    Wiejskie wybory: liczy się konkretny człowiek
    Wybory parlamentarne w Polsce doprowadzą do przetasowania sceny politycznej
    Tagi:
    Wybory parlamentarne-2015, Jarosław Kaczyński, Donald Tusk, Ewa Kopacz, Beata Szydło, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz