13:14 24 Październik 2017
Warszawa+ 6°C
Moskwa+ 0°C
Na żywo
    Zwolennicy PiSu

    Program dla PiS: rusofilia z rozsądku

    © AP Photo/ Czarek Sokolowski
    Polska
    Krótki link
    Jakub Korejba
    472039983

    Wbrew rozpowszechnionej także i w Rosji opinii, iż kolejne cztery lata rządów PiS będą dla stosunków polsko – rosyjskich okresem straconym, politycy tego ugrupowania mają poważne powody, aby szukać na tym polu realnej poprawy. Dla Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi największym problemem w polityce zagranicznej nie jest bowiem Moskwa lecz Berlin.

    Wybory parlamentarne w Polsce
    © REUTERS/ Kacper Pempel
    Bez otwarcia się na Rosję — nie tylko podjęcia próby wygaszenia istniejących niesnasek (przy czym istniejących głównie w warstwie symboliczno-ideologicznej, bo sytuacji realnie konfliktowych między naszymi krajami nie ma i nie będzie) ale także realizacji potencjału współpracy, rząd PiS nie zdoła spełnić swoich obietnic i będzie musiał w niesławie oddać władzę. Z drugiej strony, polepszenie stosunków z Rosją otwiera perspektywy tak atrakcyjne, iż żaden wart tego słowa polski patriota nie może przejść wobec nich obojętnie. Jeżeli więc dobre stosunki z Rosją to stan dla Polski jednoznacznie korzystny, to najbardziej oczywistym wnioskiem jest stwierdzenie, iż trzeba je mieć.

    Powód pierwszy — strategiczny. Wielu spośród polityków zwycięskiej partii, z Kaczyńskim na czele dobrze zna historię Polski i zdaje sobie sprawę, iż w obecnym kształcie jest ona krajem, który nie ma szans na samodzielne zabezpieczenie własnego bezpieczeństwa. Tak bowiem ułożył się stosunek władzy do geografii (czyli geopolityka), iż z posiadanym aktualnie potencjałem demograficznym i gospodarczym nie ma szans zabezpieczyć istniejących obecnie granic. W tej sytuacji każdy świadomy istnienia potencjalnych zagrożeń polityk musi zdawać sobie sprawę, iż jedyną alternatywą dla kolejnej krwawej młócki i ruiny kraju jest podjęcie próby ułożenia stosunków z sąsiadami w sposób, który wyeliminuje niebezpieczeństwo. A największym istniejącym realnie niebezpieczeństwem dla Polski są zagrożenia płynące z obszaru byłego ZSRR — te lokalne, jak wojna domowa, dysfunkcjonalne państwo i masowa nędza na Ukrainie i te globalne, jak terroryzm, transnacjonalna przestępczość, przemyt, nielegalna migracja, epidemie czy katastrofy technogenne (przy obecny stanie państwa jest tylko kwestą czasu, kiedy na Ukrainie wyleci w powietrze kolejna elektrownia). Żadnego z tych problemów nie da się rozwiązać nie tylko bez życzliwej neutralności, ale bez aktywnej pomocy Rosji, z którą trzeba o tym nie tylko rozmawiać, ale i działać.

    Powód drugi — ekonomiczny. W obecnie istniejących ramach funkcjonowania w gospodarce europejskiej, i szerzej światowej, Polska osiągnęła maksimum wzrostu. Jeżeli nic się nie zmieni, to grozi nam nawet nie tyle wpadnięcie w „pułapkę średniego rozwoju", ale po prostu coraz szybsza i nieodwracalna degradacja: przy wciąż rosnących dysproporcjach z Zachodem, młodzi Polacy wyjeżdżać będą za granicę, aby tam uczyć się, mieszkać, pracować, rodzić dzieci i płacić podatki. Już dziś bowiem koszty życia w Warszawie są podobne do tych w Berlinie, a zarobki wciąż czterokrotnie mniejsze. W tej sytuacji, aby dać Polakom (zwłaszcza tym najwierniej na PiS głosującym — z najbiedniejszych regionów Ściany Wschodniej) nadzieję na godne i dostatnie życie w kraju, przyszły rząd musi stworzyć w Polsce ośrodki generujące dobrobyt, niezależne od zachodniego kapitału i europejskich dyrektyw. A to nie uda się bez dostępu do tanich surowców (nikt Kaczyńskiemu nie gwarantuje, iż Merkel ugnie się w sprawie dyrektywy węglowej) i rynku krajów poradzieckich, z rosyjskim na czele.

    Powód trzeci — propagandowy. Po dziesięciu latach w Unii Europejskiej, nawet oślepieni blaskiem brukselskich salonów skrajni naiwniacy szczerze wierzący, iż jest ona „niemającą precedensu w historii wolną wspólnotą równych narodów" zaczęli czuć w powietrzu ciągnący od Berlina znajomy od tysiąca lat smrodek przepełnionej wyższością narodowej dydaktyki czyli mówiąc wprost niemieckiego imperializmu w postmodernistycznej wersji soft. I jest oczywiste, iż ponieważ Brytyjczyków czy Francuzów ruszyć się nie da, w sytuacji pogarszającej się kondycji niemieckiej gospodarki i słabnącej strefy euro, sojusznicy zza Odry przerzucać będą rosnące koszty funkcjonowania niewydolnej UE na jej nowych członków, wśród których Polska z jej zakompleksionymi elitami intelektualnymi i skorumpowaną klasa polityczną najlepiej nadaje się na frajera numer jeden.

    A ponieważ Kaczyński to nie Tusk i nie da się go przerobić na biegającego po brukselskich salonach i łaszącego się do rozmawiających o wielkich sprawach europejskich arystokratów pudla, już w dniu wyborów ruszyła w największych zachodnich mediach histeryczna nagonka pod hasłem „w Polsce doszła do władzy dysząca eurosceptycyzmem nacjonalistyczno — populistyczna klika religijnych ekstremistów" która już-już przymierza się do wprowadzenia państwa wyznaniowego, wyjścia z UE, otwarcia obozów koncentracyjnych dla gejów i wprowadzenia pozwoleń na odbycie stosunku płciowego. I mimo najlepszych intencji i starań Kaczyńskiego nie ma szans, aby przetestowany w latach 2005 — 2007 dyskurs w stylu „Rzeczpospolitej jednej zygoty" (określenie francuskiego Monda) zmienił się na jego korzyść — chcąc nie chcąc będzie on drugim Orbanem czyli europejskim chłopcem do bicia za wszystko i przy każdej okazji. I dlatego właśnie, jedyną szansą poprawienia imidżu jest próba zaszachowania Europy otwarciem się na Chiny, Iran czy — co najbardziej oczywiste — Rosję. Tak, aby Kaczyński mógł rzucić od niechcenia: bo wiecie, kochani lewacy, banksterzy i komisarze, możecie mówić o mnie co chcecie, ale Władimir to mój przyjaciel…

    Kaczyński i jego ludzie (przynajmniej ci, którzy w swoich wypowiedziach i działaniach kierują się dobrem Polski a nie wynikającymi z zagranicznych sympatii czy powiązań „innymi czynnikami"), nawet ci mający o polityce międzynarodowej niewielkie pojęcie, czują więc, iż bez nowego otwarcia z Rosją po prostu nie dadzą rady przeprowadzić wszystkich tych zmian, które obiecali Polakom.

    Roman Polański
    © Sputnik. Jurij Cziczkow
    Oczywiście jakościowa zmiana w podejściu do Rosji wymagać będzie przezwyciężenia oporu istniejących także i w PiS wpływowych grup, które swoją władzę, pieniądze i autorytet moralny czerpią ze sztucznie stwarzanego i podsycanego stanu napięcia w stosunkach z Rosją. Nawet sam Prezes prawdopodobnie nie stanie się rusofilem z miłości. Jeżeli jednak szczerze kocha Polskę, to powinien stać się nim z rozsądku.

    Zobacz również:

    Koalicja „wszyscy przeciwko PIS”?
    Ukraińskie media piszą o związkach Kulczyka z Ukrainą
    Beata Szydło kandydatką PiS na premiera Polski
    Tagi:
    Prawo i Sprawiedliwość, Unia Europejska, Angela Merkel, Jarosław Kaczyński, Warszawa, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Berlin, Bruksela, Unia Europejska, Chiny, Europa, ZSRR, Ukraina, Polska, Rosja
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz