04:25 24 Październik 2017
Warszawa+ 6°C
Moskwa-1°C
Na żywo
    Beata Szydło

    Rząd na front

    © AFP 2017/ Janek Skarzynski
    Polska
    Krótki link
    Jakub Korejba
    243506431

    Trudno na razie powiedzieć do czego zdolny będzie nowy polski rząd. Z pewnością można natomiast powiedzieć, że nie jest to rząd Beaty Szydło ale Jarosława Kaczyńskiego i, że jest to oddział politycznych wojowników, który bardziej nadaje się do „dorżnięcia watahy" niż do pojednania Polaków rozdzielonych dekadą wojny „Kaczora z Donaldem".

    Wbrew twierdzeniom pisowskich luminarzy, iż nowy gabinet nie jest rządem autorskim, umeblowanym według gustu i pod potrzeby jednego człowieka, Jarosławowi Kaczyńskiemu wyszła układanka będąca podsumowaniem całej jego kariery — swoisty żywy polityczny testament.

    Z jednej strony teoretycznie stwarza to warunki do sprawnego rządzenia (inna sprawa, ze z tylnego fotela, ale model taki wcale nie musi być nieefektywny — przy odpowiedniej dawce ideologicznej i kadrowej sprawności, której Kaczyńskiemu nie brakuje, Najwyższy Przywódca może żonglować frakcjami i ministrami z pożytkiem dla kraju), z drugiej jednak stanowi istotne ryzyko.

    Przed nowym rządem stoją bowiem zadania, których nie da się wykonać bez twardego, wysokiego i w miarę stabilnego poparcia społecznego, a to możliwe jest do zdobycia i utrzymania wyłącznie drogą dialogu i żmudnego wypracowywania konsensusu. Rząd Szydło albo będzie rządem realnej zmiany, albo pod wpływem chimerycznie fluktuujących nastrojów społecznych szybko upadnie — jak bowiem pokazuje historia III RP, prawica dzieli się znacznie szybciej niż jednoczy i jeżeli Gowin czy Ziobro dostrzegą szanse wyjścia z cienia Prezesa, to zapewne nie zawahają się tego zrobić. I już dziś jest bardzo wątpliwe, iż sklecona na bazie osobistych lojalności i utrzymania równowagi w aparacie ekipa wykonawców woli Ojca Chrzestnego z Żoliborza będzie w stanie sprostać zadaniom, z których najważniejsze to:

    Jaroslaw Kaczynski
    © AFP 2017/ JANEK SKARZYNSKI
    Po pierwsze sprawić, iż Polacy dobrze poczują się we własnym kraju. Mimo bowiem wbijanej od ośmiu lat rządów „partii uśmiechu" propagandy sukcesu, która już dawno dognała i przegnała swój gierkowski pierwowzór (bo dysonans poznawczy między rzeczywistością i jej obrazem kreowanym przez władze jest większy niż za Gierka), Polska nie stała się krajem atrakcyjnym do życia. Kilka wysepek dobrobytu (przy czym najczęściej na paskarski kredyt w niemieckim banku) nie zasypało cywilizacyjnej przepaści, którą co roku przeskakują na Zachód tysiące naszych rodaków.

    Po drugie stworzyć sytuację, w której Polska instytucjonalnie i Polacy indywidualnie dobrze czuć będą się w Europie i na świecie. Oczywiście, w pewnym zakresie można osiągnąć to przy pomocy technologii społecznych i informacyjnych, jednakże na trwałe stan taki jest wyłącznie pochodna realizacji punktu pierwszego: bez wypadającego na korzyść porównania między Polską i innymi krajami, nigdy nie pozbędziemy się narodowych kompleksów i nie przestaniemy patrzeć na innych z mieszaniną zawiści i poczucia krzywdy. Dobrobyt i bezpieczeństwo innych wywołujące reakcję w postaci pogardy i odrzucenia przestaną kłuć nas w oczy tylko, kiedy i u nas staną się one normą.

    Po trzecie sprawić, aby świat dobrze czuł się z Polską. Najlepszym bowiem sposobem zapewnienia dostatniego i bezpiecznego życia wewnątrz państwa jest takie ułożenie stosunków z innymi, w tym przede wszystkim z sąsiadami, aby wreszcie przestali traktować nas jak irytująca zadrę w…powiedzmy, w nodze a spojrzeli na nas jak na odpowiedzialnego, racjonalnego i przewidywalnego partnera. I jeżeli Kaczyńskiemu uda się uczynić z naszego położenia atut a nie ułomność, to korzyści płynące z osiągnięcia konstruktywnych relacji z sąsiadami będą w stanie przesłonić wszystkie niedostatki stylu i wizerunku, które czynią jego pozycję dużo słabszą niż to, z czym zaczynał Tusk.

    Jest oczywiste, iż zadań tych nie da się zrealizować wyłącznie w oparciu o elektorat PiSu — tutaj naprawdę potrzebna jest zgoda narodowa, którą osiągnąć można tylko poprzez otwarcie się na tych, którzy Kaczyńskiego odrzucili i trwają w wewnętrznej niezgodzie na jego rządy, a trzeba pamiętać, iż zliczając głosy oddane na Platformę, Petru, Lewicę i Razem, radyklany anty-PiS to około 40% elektoratu. Wszyscy ci ludzie, w najlepszym wypadku patrzą na nowy rząd skrajnie sceptycznie, a w większości po prostu zapadli w obywatelski sen zimowy czekając na jego upadek.

    Trudno dziś orzec, czy Kaczyński lub ktoś inny z PiS-u rzeczywiście wypowiedział młócone przez platformerską propagandę słowa o Polsce w ruinie. Niezależnie od autorstwa, trudno jednak odmówić im trafności: i nie chodzi nawet o ruinę gospodarczą, finansową czy infrastrukturalną (choć na tych polach pod wieloma względami tuskowski skok naprzód zbudowany jest na bardzo kruchych podstawach i w większości na kredyt), ale o moralną ruinę polskiej świadomości. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat Polacy obrabiani byli przez wrogie sobie i nieliczące się z narodowym interesem siły polityczne w sposób, który doprowadził do wykształcenia się w społeczeństwie dwóch grup, wykluczających się nawzajem z polskości. Bo rzeczywiście, jest dziś tak, iż wyborcy jednej z głównych partii po prostu dyszą nienawiścią do elektoratu drugiej i w tym szczerym uczuciu spotykają się z równie niekłamaną wzajemnością. Największym wyzwaniem dla nowego rządu, sprawą bez której nie uda się ruszyć do przodu w innych dziedzinach, jest — mówiąc, jakby pretensjonalnie i górnolotnie to nie zabrzmiało — odbudowa wspólnoty, a więc wiary Polaków w sens istnienia państwa i narodu, jako zbiorowości realizującej jakieś tożsame dla wszystkich cele.

    Bo w przeciwieństwie do Niemców, Chińczyków, Amerykanów czy Rosjan, trudno nam, ofiarom wojny Kaczora z Donaldem dojrzeć dziś te czerwone nici wspólnych wartości i interesów, którymi przetkana jest nasza codzienna społeczna i narodowa, chciałoby się powiedzieć aktywność, ale na razie to po prostu trwanie.

    I trudno oczekiwać, aby Macierewicz, Ziobro, Waszczykowski i Błaszczak stali się zwornikami tej nowej, zjednoczonej, pogodzonej i przepełnionej wzajemnym szacunkiem Polski zbudowanej ponad wykopanym przez ostatnie lata podziałem. Chyba, że okaże się, że Prezes naprawdę kombinuje na dłuższą niż nam się wszystkim wydaje metę i to, co dla obserwatorów jest sufitem, dla niego jest podłogą a pisowscy „fighterzy" na eksponowanych stanowiskach mają odwrócić uwagę partyjnego betonu i twardego elektoratu od bardziej misternej gry o interesy państwa i jego obywateli. Szykuje się szarpnięcie cuglami. I oby okazało się, że woźnica zna drogę i mocno trzyma wodze, bo na wozie który prowadzi siedzimy my wszyscy.

    Zobacz również:

    Wszyscy ludzie Prezesa
    PiS przedstawił skład rządu
    Tagi:
    rząd, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Beata Szydło, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz